Na zlotach ogólnopolskich można spotkać setki klubowiczów, którzy chwalą się swoimi samochodami.
Na zlotach ogólnopolskich można spotkać setki klubowiczów, którzy chwalą się swoimi samochodami. Fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta

Ich pasją są samochody. Ale nie jest im wszystko jedno, jakiej są marki. Oni kochają przede wszystkim Citroeny. Obojętne, czy najnowsze modele, czy te sprzed kilkudziesięciu lat. Rozpoznają się na ulicach, służą radą w internecie i pomagają wzajemnie w potrzebie.

REKLAMA
Znacie powiedzenie, że nie kupuje się samochodów na „F”? Fiata, Forda i francuskich... W powszechnym przekonaniu potrafią odmówić współpracy w najmniej spodziewanym momencie i zaczynają się kłopoty. Ale słowo kłopot zdaje się nie występować w słownikach właścicieli „cytryn” zrzeszonych w Klubie Cytrynki. Oni zawsze mogą liczyć na pomoc innych klubowiczów. Dotyczy to zarówno porad, jakie można znaleźć w internecie, jak i doraźnej pomocy na drodze. Tworzą wielką społeczność, są niemal jak rodzina.
Samochody z żółtym kółkiem
To, że powstają kluby fanów konkretnej marki, czy modelu samochodu, nie jest niczym nowym. Są kluby właścicieli Skody Octavia i samochodów Subaru, fankluby miłośników Porsche i klub posiadaczy BMW. Wszyscy mają jakieś znaki rozpoznawcze. Ci z Klubu Cytrynki naklejają na lusterka lub klapę bagażnika żółte kółka wycięte z folii, a pod tablicami rejestracyjnymi często mają klubowe podkładki.
– Dzięki temu możemy się pozdrawiać na drogach – mówi pan Tomasz, właściciel „już od dawna pełnoletniego” citroena BX. – Gdy widzę, że z przeciwka jedzie jakaś "cytryna" automatycznie patrzę na jej lusterko. Jak jest kółko to macham ręką albo mrugam światłami – dodaje. Zresztą, jak mówi, często macha innym Citroenom nawet jak nie są "oznakowane".
Czasem się zdarza, że klubowicz sprzedaje swój samochód komuś, dla kogo te znaki są kompletnie nieczytelne. Nie wie, dlaczego ma żółte kółko na lusterku, takie auto kupił i nie odkleił. – Znam takiego dziadka, kupił Saxo, jeździ nim od dwóch lat. Mieszka chyba gdzieś blisko mnie, czasem go spotykam, machnąłem mu łapą raz, drugi. I kiedyś mnie zaczepił na światłach, co mu tak salutuję – wspomina pan Tomasz. Po wyjaśnieniach starszy pan zalogował się na stronie internetowej klubu. – Jest całkiem aktywny, dwa razy był nawet na regionalnym zlocie. Przemiły pan – twierdzi pan Tomasz.
logo
Na zlotach zawsze znajdzie się okazja na zrobienie kilku zdjęć prawdziwych klasyków, takich jak Citroen DS. Fot. Jarosław Kubalski / AG
Duże zloty regionalne odbywają się raz na jakiś czas, ale w dużych miastach miłośnicy Citroenów spotykają się częściej. – W Warszawie była tradycja spotkań raz na tydzień wieczorem w Galerii Mokotów – wspomina pan Piotr. Przy piwie, coli i pizzy spotykali się właściciele Citroenów i rozmawiali. O dzieciach, o polityce, o pogodzie i o swoich ukochanych autach. – Przyjeżdżali nie tylko Ci, co byli wpisani do dowodu rejestracyjnego. Znałem kilka małżeństw, gdzie trudno było jednoznacznie stwierdzić, kto ma większego hopla na punkcie cytrynek, on czy ona – wspomina pan Krzysztof.
Od kilku nie przyjeżdża już na zloty własnym Citroenem. Życie zmusiło go do sprzedaży samochodu, a po powrocie do kraju okazało się, że ma służbowe auto i własnego nie musi kupować. – To wygodne rozwiązanie taki pojazd firmowy, ma tylko jeden feler. Swoim hydro pływałem po drogach, a tym oplem to czuję, jakbym jakąś drezyną jeździł. Strasznie trzęsie – żali się Krzysztof.
Z tym autem polubili polskie drogi
Z tą opinią zgadza się zdecydowana większość klubowiczów. Inne samochody mogą być piękniejsze, bardziej niezawodne, bardziej wyrafinowane technicznie, ale żaden nie pływa tak po drogach jak Citroeny z hydropneumatycznym zawieszeniem. „Citroen – polubisz każdą drogę”. – Tak brzmi hasło reklamowe Citroena i naprawdę rzadko które jest tak prawdziwe jak to – twierdzi Rafał, kolejny klubowicz.
Co ciekawe, nie każde auto z „choinką” na masce (tak klubowicze określają logo Citroena) ma układ hydropneumatyczny zamiast typowych sprężyn. Od lat układ hydropneumatyczny wsadzany jest tylko samochodów klasy wyższej, wszystkie małe i średnie „cytryny” mają klasyczne zawieszenie. – Ale i tak są bardziej miękkie niż samochody niemieckie – twierdzi pan Rafał. Jego zdaniem Citroen przepływa nad torowiskiem, a „niemiec” się przetacza po nim trzęsąc niemiłosiernie pasażerami.
Pan Krzysztof
członek klubu miłośników Citroena

Znałem kilka małżeństw, gdzie trudno było jednoznacznie stwierdzić, kto ma większego hopla na punkcie "cytrynek", on czy ona

O tym, że warto zastanowić się nad kupnem "cytryny" dowiedział się przypadkiem. Szukał samochodu. Musiał być duży, bo on sam też do małych nie należy, komfortowy i w miarę niedrogi. – Nie mógł kosztować majątku, bo kasy dużo nie miałem. Przeglądałem internet i znalazłem zdjęcie auta, które zawsze bardzo mi się podobało na ulicach – wspomina.
To był Citroen XM. – Różnie to auto nazywają. „Najszybsze żelazko świata” to określenie bardziej pochlebne. Inni mówią o XM-ach, że to najpiękniejsza nieruchomość świata. W przypadku samochodu słowo nieruchomość nie brzmi najlepiej – śmieje się pan Rafał. Szukając informacji na temat modelu XM trafił na stronę internetową klubu. Zalogował się i wciągnął.
Nikt pomocy nie odmówi
– Super ludzie , bardzo pomocni– twierdzi pan Rafał. – Wygląda to tak, że na forum zadaje się pytanie i zaraz ktoś odpowiada. Typowe dolegliwości konkretnego modelu? Proszę bardzo, ktoś albo napisze albo wskaże wątek na forum, gdzie są nie tylko opisane bolączki, ale też można znaleźć dziesiątki sposobów na to, jak sobie z nimi radzić – wyjaśnia pan Krzysztof. – Nikt na forum nie pozostaje bez odpowiedzi czy pomocy – podkreśla pan Piotr.
Na stronie jest sporo takich instrukcji dla użytkowników, za których publikację mechanicy w ASO powinni być wściekli. – Pamiętam, że swego czasu wymiana żaróweczki podświetlającej jakąś kontrolkę na desce rozdzielczej kosztowało kilkaset złotych. Dzięki instrukcji zamieszczonej na forum zrobiłem to sam, wymieniłem wszystkie żaróweczki, kosztowało mnie to z 15 zł i godzinę czasu – wspomina pan Paweł. Roboty przy tym było dużo, klubowicz wspomina, że trzeba było bez mała pół deski rozdzielczej odkręcić. – Ale warto było, przy okazji podkleiłem plastiki od środka gąbką i nic mi teraz na dziurach nie skrzypi – śmieje się.
Na pomoc można liczyć już w chwili zakupu używanego auta. Wystarczy zapytać, czy ktoś nie mógłby podjechać do komisu i zerknąć na sprzedawany w nim samochód,. Na pewno znajdzie się ktoś, kto pomoże sprawdzić auto. Dzięki temu nie trzeba jeździć po całej Polsce w poszukiwaniu wymarzonego Citroena. Jeśli ktoś z Rzeszowa znajdzie w internecie ogłoszenie o samochodzie w Szczecinie, jakiś klubowicz obejrzy je za niego i będzie wiadomo, czy stan faktyczny odpowiada temu, który jest na zdjęciach umieszczonych w sieci. – Pewnie, że potem i tak trzeba pojechać i zobaczyć samemu, ale przynajmniej wiadomo, czego się można spodziewać – wyjaśnia Krzysztof.
Klubowe Assistance
– Pomoc przy zakupie to nic. Ja pamiętam swoją podróż nad morze z rodziną – wspomina pan Piotr. Miało być pięknie, wyjazd z samego rana, żeby jeszcze przed obiadem usłyszeć szum Bałtyku. – Dojechaliśmy prawie do Torunia i samochód się rozkraczył. Porażka na samym początku wakacji – wspomina. – Stałem na środku drogi, żadnych zabudowań dookoła, taka lokalna pustynia. I zero pomysłów co dalej robić. Holować się do Warszawy? Nad morze? Zjechać z trasy i szukać na szybko jakiegoś mechanika? – wspomina. I wtedy przypomniał sobie o klubowym assistance.
Ideę tej formy pomocy tłumaczy Piotr Biegała, założyciel Klubu Cytrynki. Jego zdaniem od początku chodziło o to, żeby wykorzystać potencjał tkwiący w każdym z klubowiczów. Ktoś potrafi naprawić samochód, ktoś inny ma możliwość holowania auta. On sam też kiedyś miał „podróż przerywaną”, gdy okazało się, że na trasie zepsuł mu się jego Citroen BX. Szybki telefon do znajomego, ten zamieścił ogłoszenie na forum o koniecznej pomocy, i godzinę później Piotr siedział w „domu gościnnym” przy ciepłej herbacie. Później wspólnie z gospodarzem coś tam połatali przy samochodzie i następnego ranka można było kontynuować podróż.
logo
Takie zabytki częściej można zobaczyć na filmach historycznych niż na ulicy. Fot. Przemysław Skrzydło / Agencja Gazeta
Kiedyś było w klubie więcej klasyków w stanie technicznym dalekim od doskonałości, teraz królują zdecydowanie młodsze auta. Ale nie zmienia to faktu, że wciąż wystarczy na forum poprosić o „czuwanie”, żeby móc ruszyć w podróż bez obawy. W przypadku jakiegoś problemu nie trzeba będzie zmagać się z nim samemu. – Dzięki temu nawet jeśli będę jechał samochodem prosto z komisu przez pół Polski, mam pewność, że w razie awarii ktoś mi pomoże. Całą trasę dzieli się na sektory, przejmują mnie poszczególni klubowicze niczym kontrolerzy lotu. W okolicach Torunia czuwa nad przejazdem Maciek, pod Bydgoszczą Jacek, i tak dalej – tłumaczy Biegała.
Są wśród nich mechanicy, prawnicy, lekarze i handlowcy. Nie każdy musi się znać na samochodach, można dzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami na różne sposoby. – Żona wymyśliła sobie konkretny model zmywarki do naczyń, jak to często bywa – jeden z najdroższych na rynku. Kupiłem, z gigantyczną zniżką, za pośrednictwem kolegi z klubu, który akurat pracował w firmie handlującej zmywarkami – wspomina pan Paweł. Porady prawne dla klubowiczów? Proszę bardzo, za darmo i po godzinach pracy. Przykłady można mnożyć...
Połączyła ich miłość do "cytryn"
– Tworzymy coś na kształt wspólnoty. Jasne, że czasem trafi się baran, który napsuje trochę krwi na forum. Zapisać się może każdy. Życie potem weryfikuje, czy to ktoś fajny czy nie. Zwykle fajni zostają, a ci przypadkowi się wykruszają – tłumaczy pan Rafał. On sam już nie jeździ citroenem, ale wciąż należy do klubu. – To są często dobre znajomości, a może nawet przyjaźnie, na całe życie – podkreśla.
– Tylko proszę podkreślić, że nie jesteśmy żadną sektą. Już prędzej jesteśmy komuną – śmieje się pan Krzysztof. Dodaje, że klubowicze tworzą społeczność ludzi pozytywnie zakręconych, których łączy miłość do citroenów. – To wspaniałe samochody, mają duszę. Warto je kochać, nawet jeśli nie są tak doskonałe jak te bezduszne niemieckie czy japońskie cudeńka techniki – podkreśla na koniec.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl