Rekonstrukcja walk powstańczych w Warszawie.
Rekonstrukcja walk powstańczych w Warszawie. youtube / Stowarzyszenie Odra Niemen

Rekonstrukcje są od lat bardzo popularne, dlatego nie dziwi fakt, że grup miłośników historii, którzy wcielają się w żołnierzy różnych historycznych formacji wojskowych jest coraz więcej. Kto chce na rekonstrukcjach zarabiać, nie może się bać stanąć do twardej walki z konkurencją.

REKLAMA
Piotr przez kilka był członkiem grupy rekonstrukcyjnej odwołującej się do historii amerykańskiego 502. pułku piechoty spadochronowej. Jeździli po całej Polsce. Zdobywali plaże na Półwyspie Helskim, oraz inne obiekty w górach i na Mazurach. – Jechaliśmy zawsze na swój własny koszt, czasem nawet trzeba było płacić jakieś wpisowe – wspomina Piotr. – Rekonstrukcja to hobby, nie polega na liczeniu pieniędzy. Ale zarobić na tym się nie dało – twierdzi Piotr.
Jego słowa mogą dziwić, bo samorządy wykładają niemałe pieniądze na to, żeby zapewnić odpowiednią oprawę widowiska. Gdy w rekonstrukcji bierze udział kilkadziesiąt osób i dwa czy trzy czołgi, to trzeba znaleźć w budżecie od 100 do 200 tysięcy złotych. Gdzie w takim razie giną te pieniądze?
Zabawa w wojnę kosztuje
– Wynajęcie czołgu na imprezę to około 3 tysięcy złotych brutto, dziennie – mówi pan Karol, jeden z posiadaczy wojskowego sprzętu. Nie chce, żebyśmy podawali prawdziwe imię i nazwisko, bo boi się zemsty ze strony ludzi, którzy żyją z rekonstrukcji. – Prawdziwe koszty są oczywiście niższe. Jeśli ma się własną lawetę, na której można transportować czołg po Polsce, to parę złotych da się zaoszczędzić nawet z „kilometrówki” – dodaje. Za przejazd z bazy na imprezę organizator musi dołożyć dodatkowe pieniądze, stawka wynosi około 3,50 zł za kilometr.
logo
Fundacja Wojskowości Polskiej zaczynała od zbudowania repliki samochodu pancernego wz. 34. Dziś na potrzeby rekonstrukcji ma w sumie 4 pojazdy i przodki do haubic. Paweł Kalisz
Niektórzy żądają dodatkowych pieniędzy na zakwaterowanie. Na miejscu też trzeba liczyć się z pewnymi kosztami. – Musi pójść parę złotych na ropę czy amunicję. Strzelamy oczywiście ślepakami, ale to też kosztuje – dodaje pan Karol. Jego zdaniem imprezy są obstawione przez ludzi, którzy kilka lat temu praktycznie zmonopolizowali rynek i dyktują ceny. Jeden czołg kosztuje organizatorów kilka tysięcy złotych. Kilka pojazdów to już wydatek idący w dziesiątki tysięcy złotych. Jest się o co bić.
Dla niektórych rekonstrukcje historyczne to sposób na życie. Mają polski czołg, niemiecki, jakiś wóz opancerzony i dyktują warunki. Na każdym czołgu można zarobić kilka tysięcy złotych na czystko. Dodatkowo niektórzy wystawiają rachunki za „konsultacje”. Konsultować można wszystko, od sposobu kopania okopów po kształt łyżki czy bagnetu. Ile się płaci za konsultacje? – Słyszałem o stawkach nawet kilku tysięcy złotych za jedną opinię – mówi pan Karol.
– „Zawodowcy” walczą o tę kasę jak lwy. Kilkanaście imprez w roku i w październiku można ogłosić dożynki – śmieje się pan Krzysztof Werlich, członek grupy rekonstruującej oddział polskiej piechoty. – W sezonie bywało tak, że miałem zajęte wszystkie weekendy. Kiedy ja byłem zajęty to oni też. Tyle tylko, że ja nie wystawiam za dreptanie na piechotę takich rachunków – mówi.
logo
Rekonstrukcja bitwy pod Łomiankami. Paweł Kalisz
Jednak Eldorado już się chyba skończyło. Pan Karol jeszcze kilka lat temu wyprowadzał swoje pojazdy z garażu, gdy tylko robiło się ciepło i co tydzień jeździł nimi gdzieś w Polskę. Dziś zleceń jest mniej, a o te co są, toczy się walka między organizatorami.
– To działa tak – opowiada pan Karol. – Gmina ogłasza konkurs na inscenizację bitwy. Zgłaszają się różne podmioty, zwykle ludzie, którzy siedzą w tym od lat. Koszt najmu czołgów jest zbliżony, więc najczęściej wygrywa ten, kto zaoferuje najniższą stawkę. Jeśli ja jadę do Mławy z południa Polski, a ktoś inny spod Sochaczewa, to wiadomo, że jest tańczy o kilkaset złotych. Gdy dodatkowo obieca kilka wodotrysków i zejdzie trochę z kosztów to wygra – dodaje rekonstruktor.
Nie wszyscy grają fair
Czasem jednak sięga się po inne środki. – To wcale nie jest takie duże środowisko. Jeśli ktoś komuś zacznie psuć opinię to wiadomo, że to dojdzie do włodarzy tej czy innej gminy – tłumaczy pan Karol.
Łatkę łatwo przyczepić. Przy dużych imprezach prawnie nigdy nie dzieje się tak, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Zdarzają się awarie, kierowca się rozchoruje i nie ma kto czołgu poprowadzić, były problemy z dowozem sprzętu na miejsce, wszystko działo się w ostatniej chwili... – To wszystko potem punktuje konkurencja, na forach rekonstruktorów mnóstwo jest wpisów o dyletantach z tej czy innej grupy rekonstrukcyjnej. Czasem wystarczy, żeby zawiodła pogoda i już jest pole do popisu dla domorosłych krytyków – mówi pan Karol.
logo
Żeby nad "polem bitwy" mógł przelecieć samolot to przede wszystkim musi być dobra pogoda. Paweł Kalisz
– Najgorsze co widziałem, to kilka lat temu przepychanki na Śląsku. Miała być szarża polskiej kawalerii, koni coś z 60 sztuk. Wiadomo, zjeżdżały z różnych stron Polski. Na miejscu się okazało, że miejsce, gdzie miały mieć popas na noc „nie działa”. Gospodarz w ostatniej chwili dogadał się gościem, który przegrał przetarg na imprezę – mówi Werlich. Rekonstruktor wspomina, jak gorączkowo poszukiwano alternatywnego miejsca. – W końcu coś znaleźli, ale kilku kolegów wkurzonych wróciło wcześniej do domu. A do gminy poszedł jasny przekaz: zapłacili za 60 koni, a przyjechało 40. O człowieku, który to wszystko ogarniał logistycznie konkurencja zaczęła mówić, że jest niesolidny. Na Śląsku do dziś jest spalony – dodaje Krzysztof Werlich.
Pan Karol pamięta inną imprezę. Miały być czołgi, kawaleria i samolot. Zabrakło tego ostatniego. – Był, zakontraktowany, ale niska podstawa chmur uniemożliwiła przelot. Człowiek, który nie wygrał przetargu poleciał do burmistrza i mu naopowiadał, że samolot nie poleciał, bo pilot nie został opłacony. No i burmistrz się wściekł – wspomina rekonstruktor.
Wąska specjalizacja
– Nas konflikt nie dotyczy – mówi Rafał Krajewski. Jego grupa ma replikę polskiej tankietki TKS. – Jedyna taka jeżdżąca w Polsce, wypożyczamy ją od 4 lat. Nie mamy konkurencji, więc walki między rekonstruktorami są nam obce – dodaje pan Rafał. Potwierdza jednak, że wraz z kolegami zaobserwowali zmniejszającą się liczbę imprez. Jak mówi, jedne znikają, inne się pojawiają, ale już z mniejszym budżetem. Przyznaje, że jeśli ktoś ma mniej unikatowy pojazd to musi walczyć o przetrwanie na rynku.
– Potrafimy zebrać kilka pojazdów i około 80-90 ludzi w umundurowaniach z epoki – mówi pan Karol. Przejazd takiej grupy to spore wyzwanie logistyczne, więc wszystko trzeba zaplanować z pewnym wyprzedzeniem. – A potem zaczynają się schody, bo konkurencja „podkupuje” piechotę i nie mam z kim pojechać – żali się Krzysztof Werlich.
Konkurencja nie śpi
W sytuacji, gdy rynek się kurczy, walka o klienta przybiera charakter wojny podjazdowej. Dlatego wszelkie nowe projekty są trzymane w najgłębszej tajemnicy. – Gdyby konkurenci się dowiedzieli, że coś szykuję, to próbowaliby mnie podgryzać – mówi pan Karol. Wystarczy, że zaczęliby rozpuszczać w środowisku plotki na mój temat, żebym stracił zamówienia i nie będzie pieniędzy. To mały światek.
logo
Szarży kilkudziesięciu kawalerzystów towarzyszą ogromne problemy organizacyjne i wiele dni przygotowań. Paweł Kalisz
On sam ma z czego żyć, rekonstrukcje nie są jego jedynym źródłem zarobku. Jak podkreśla, byłoby to zbyt niebezpieczne dla domowego budżetu. – I tak czasem trzeba dołożyć do interesu. Pożyczać albo szukać sponsora. Wystarcza uszkodzenie gąsienicy w czołgu, żeby rachunek za naprawę w znacznym stopniu przyśpieszył oddech. – To co zarobię na imprezach przeznaczam na nowe projekty. Ale jeszcze nie mogę powiedzieć, nad czym teraz pracuję. Konkurencja nie śpi – mówi pan Karol.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl