Koncert zespołu, którego członkowie honorują Banderę, odwołany! Apelował o to prezydent Przemyśla – i słusznie

Lider grupy Ot Vinta nie kryje swoich probanderowskich sympatii.
Lider grupy Ot Vinta nie kryje swoich probanderowskich sympatii. Fot. Facebook / Przemyskie Bractwo
Bardzo wątpliwe, aby prezydent Przemyśla Robert Choma, wbrew sugestiom co niektórych, uległ rzekomemu "dyktatowi kiboli", apelując za głosem lokalnego środowiska kibicowskiego o odwołanie koncertu kontrowersyjnego zespołu z Ukrainy. Jego członkowie nie kryją się ze swoimi nacjonalistycznymi sympatiami. Mieliby krzewić na przemyskiej scenie ukraińską kulturę wśród polskiej publiki?

Oburzaliście się na przyjazd Nocnych Wilków? A co powiecie na koncert zespołu, którego członkowie honorują Stepana Banderę? A potem afiszują się na portalu społecznościowym na fotografiach, z czerwono-czarnymi flagami w tle?
Na sobotę, 2 lipca, w Przemyślu zapowiadana jest miejska impreza – "Noc Kupały". Zaproszony na tę okoliczność zespół Ot Vinta wprost odwołuje się do tradycji ukraińskiego nacjonalizmu. Dla mieszkańców Ukrainy Zachodniej – bohaterskiej, dla Polaków – zbrodniczej. Około 100 tys. ofiar, dzieci, kobiety, starcy – bez różnicy. O ile wiadomo, występ miał się odbyć na polskiej ziemi...

Nie ma na to zgody. Lider zespołu Jurij Żurawel to nie tylko wokalista, ale i rysownik czy malarz. W sieci zamieszcza przykłady prac, w których aż roi się od symboliki UPA. Swego czasu opublikował też podobiznę dowódcy tej formacji – Romana Szuchewycza. Czy w ogóle jest dla Polaków wiarygodny? Jak miałby wpisać się w chwalebną ideę dialogu, skoro wiwatuje pod pomnikiem Stepana Bandery, hołubi innych zbrodniarzy, którzy wydali rozkaz mordowania Polaków bez wyjątku. A potem jedzie krzewić szlachetną ideę? Polacy z Przemyśla mieliby go oklaskiwać.
Prezydent miasta podjął optymalną decyzję. Nie chciał kolejnych rozruchów (w mieście niedawno doszło do ataku na ukraińską procesję religijną), zdawał sobie sprawę z "fascynacji" lidera zaproszonej grupy, który się z nimi zresztą nie kryje, wolał uniknąć prowokacji. Zaapelował o odwołanie koncertu, a Związek Ukraińców w Polsce przystał na tę prośbę. Zrobił dobrze. Nie każdy to jednak zrozumie.

"Gazeta Wyborcza" reaguje tytułem: "W Przemyślu kibole dyktują warunki władzy". To ma się nazywać wnikliwe zbadanie problemu. "Kibole", rzecz jasna, zło wcielone. Ich uczuć obrazić nie można? A gdzie głos innych oburzonych całą sprawą? Brak. Nie ma wątpliwości, że jest ich całe mnóstwo.
Cytuje się kibicowski list, którego autorzy podkreślają wprost, że widok barw zbrodniczej formacji rani polskie uczucia patriotyczne. Co w tym obrazoburczego?
Inaczej by się zapewne sprawa miała, gdyby do kraju nad Wisłą wybierała się ulubiona muzyczna kapela Władimira Putina, która chełpiłaby się tą znajomością tu i ówdzie. A co było, gdy granice Polski przekraczały proputinowskie "Nocne Wilki"? Wielu trzymało kciuki, aby nieproszeni goście nie zrobili na naszej ziemi ani kroku. W prasie były dogłębne analizy, wskazujące na "za" lub "przeciw", nie sprowadzające się li tylko do stanowiska kibiców. Ba, nawet prokuratura obiecywała zająć się zbadaniem, czy zabrane przez motocyklistów flagi z sierpem i młotem, aby nie propagują komunizmu.
Teraz, kiedy mowa o sympatykach Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), UPA i Banderze, dziwna głusza. Przecież to... artyści, doroczna impreza, wiele mówi się o pojednaniu obu narodów. I choć leży to także w polskim interesie, jest niesłychanie potrzebne, ale wymaga wielkiego wysiłku (Polaków i Ukraińców), to inny, jakże polski punkt widzenia, nakazuje, aby Ot Vinta zapowiadanego koncertu nie zagrała. Chodzą po tej ziemi jeszcze ludzie, którym czerwono-czarne flagi kojarzą się ze stosami pomordowanych.
Oświadczenie prezydenta miasta

Sygnalizowałem, że wartościowe wydarzenie, pielęgnujące tradycyjne obrzędy i kulturę pogranicza polsko – ukraińskiego może stać się miejscem kolejnego konfliktu a pretekstem będzie występ zespołu „Ot Vinta”, którego lider, według powszechnej wiedzy kultywuje postać Stepana Bandery, skrajny ukraiński nacjonalizm i organizację OUN – UPA.

Koncert zespołu, którego lider nie kryje swych skrajnych poglądów, na tydzień przed kolejną rocznicą ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu, mógłby być przyczynkiem do kolejnego etapu eskalacji napięć.

Władze miasta wyszły z całej tej skomplikowanej sytuacji z twarzą. Niech zaproszą inny ukraiński zespół, albo nawet dwa. Wspomniani "kibole", a w rzeczywistości stowarzyszenie kibiców, nawet sobie tego życzyli. Nikt nikomu nie zakazuje kultywacji czy promocji ukraińskiej kultury.


To, co sprawia, że pojawiają się protesty, związane jest tylko i wyłącznie ze zbrodniczym nacjonalizmem. A wszystkiemu towarzyszy paradoks, że część Polaków skłonna jest tolerować "artystów od UPA", ale z własnymi rodakami ma wyraźny problem. Przecież oni, ten "zaścianek" – jak się przecież mówi – powinni wyzbyć się kompleksów, iść z duchem czasu. Pamięć w "nieakceptowanej formie" oznacza dziś coraz częściej podżeganie do konfliktu, a przywoływanie krzywd z przyszłości ponoć niczemu nie służy...
Przewrotne myślenie. Bo każe przymykać oko na piewców ideologii, która w Polsce – co zupełnie naturalne – kojarzy się ze śmiercią i zniszczeniem.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...