
Nie milkną echa wokół informacji prasowych na temat Polaka ormiańskiego pochodzenia, którego antyterroryści wywlekli z samolotu linii Wizzair. Nie dość, że nie poleciał z Gdańska do Londynu, to jeszcze trafił na listę osób potencjalnie niebezpiecznych. Tylko za to, że ma ciemną karnację skóry i jedna z pasażerek uznała, że wygląda jak terrorysta. Postanowiliśmy sprawdzić, co mieszkańcy Warszawy mówią o uchodźcach, którzy są ich sąsiadami.
REKLAMA
W tym celu pojechaliśmy do ośrodka dla uchodźców na warszawskim Targówku. O tym ośrodku kilka miesięcy temu było głośno, gdy mieszkańcy dzielnicy głośno protestowali przeciwko planom umieszczenia na Targówku uchodźców z Syrii. Pisali nawet protest skierowany do prezydent miasta, Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Na miejscu okazuje się, że tych sąsiadów, którzy bali się o bezpieczeństwo własne i swoich bliskich ... właściwie nie ma. Ośrodek położony jest praktycznie pośrodku niczego. Jest stacja RWE, betoniarnia, zakłady produkcyjne. Jeszcze dalej duży teren z tabliczką informującą o tym, że to teren wojskowy i nieupoważnionym wstęp jest wzbroniony.
Do tego hostel, jedna tania noclegownia i dosłownie kilka budynków mieszkalnych tworzy okolicę, której nawet samochody Google nie obfotografowały dokładnie. A takie miejsca w Warszawie naprawdę należą do rzadkości. Co ciekawe – pośród ludzi których spotkaliśmy na ulicy około połowy stanowiły kobiety w chustach na głowie.
Bo w ośrodku dla uchodźców na ulicy Księżnej Anny na Targówku są wyłącznie kobiety i dzieci. Jak twierdzi Jakub Dudziak, rzecznik prasowy Urzędu do spraw Uchodźców, większość z nich pochodzi z Armenii i Czeczenii. Chodzą w chustach na głowie, zakrywają twarze, dla większości mieszkańców Targówka, z którymi rozmawialiśmy wyglądają jak muzułmanki i tak też o nich mówią.
– Panie, łażą tu cały czas – mówi pan Krzysztof, mieszkaniec jednego z nielicznych domów stojących w okolicy. – Bo i co mają robić, przecież chyba muszą sobie zrobić jakieś zakupy. A do sklepu mają, że ho-ho... – dodaje. Jemu i jego żonie mieszkanki ośrodka w niczym nie przeszkadzają. Podkreśla, że kobiety są ciche, spokojne, nie awanturują się. – Lepsze takie towarzystwo niż w Niemczech mają. W telewizji mówią, że tam same chłopy z Syrii przyjechały, no to u nich to musi być ostro – podkreśla.
– Niektóre to nawet fajne są. Wie pan, jest na co popatrzeć. Szkoda tylko, że twarze próbują zakrywać, i w ogóle w worki się ubierają, figury nie sposób ocenić. Ale z daleka widać, że fajne babki. Tylko jakieś takie niedostępne – śmieje się Łukasz Izdebski. Pracuje w pobliżu, czasem spotyka na ulicy kobiety z ośrodka. Jedną z nich próbował kiedyś zagadać na przystanku autobusowym, ale bez efektu. – Coś tam mówiła, język jakby skrzyżowany rosyjski z arabskim, ni cholery nie zrozumiesz. I wszystkiego kilka słów po polsku, więc podryw nie wyszedł – śmieje się.
Sensu w protestach nie widzi najmniejszego. – Ja tu w życiu żadnego Araba nie widziałem. A te Arabki jakoś nie wyglądają na terrorystki. No, niby mogłyby mieć pod tymi ciuchami i ze 20 kg trotylu, ale ja jakoś nie wierzę, żeby one uciekały z tej swojej Arabii czy innego Kaukazu i tutaj chciały zginąć. Chyba dość przeszły u siebie – mówi nasz rozmówca.
Większość zapytanych nawet nie ma pojęcia, że w pobliży znajduje się ośrodek dla uchodźców. – Ja tu tylko przejazdem, przyjechałem do urzędu celnego, wracam z Polsatu – takie tłumaczenia to w tej okolicy niemal norma. Dlatego spróbowaliśmy poszukać gdzie indziej.
– Proszę Pana, przecież ci Arabowie to bomby odpalają i ludzi ciężarówkami rozjeżdżają, po co nam tu oni. Jeszcze ich zapraszamy? A na co nam oni, mamy dość własnych problemów – zaperza się pani Henryka zapytana o uchodźców na ulicy Koszykowej. Stoimy przed delikatesami, po drugiej stronie jest biuro Fundacji Ocalenie. Choć nie ma tu ośrodka takiego jak na Targówku, to często można spotkać ludzi, którzy próbują w biurze załatwić swoje sprawy związane z pobytem w Polsce.
– Takie bezrobocie w Polsce, a oni tu przyjeżdżają i jeszcze na nich trzeba pracować. Lepiej mają niż moje wnuki. Bo widzi pan, wnuk bez mieszkania, tuła się po znajomych, a taki Arab to ma jak pączek w maśle. Nic nie robi, a jeszcze mu nieba przychylają – wtóruje jej sąsiadka, pani Alina. Obie codziennie robią zakupy w delikatesach. – E, zakupy, proszę pana, na bułki ledwo wystarcza i jakieś herbatniczki czasem – mówi pani Alina. Rzeczywiście, z torby na zakupy wystaje pudełko wafelków o smaku kakaowym.
Pani Henryka i Alina ponarzekały jeszcze trochę na politykę rządu, który „obcych zaprasza, żeby nasz chleb zjadali” i poszły na popołudniową herbatkę z ciasteczkami. My zaś szukaliśmy dalej ludzi, którzy by mogli powiedzieć coś na temat obcokrajowców spotykanych w biurze fundacji przy ulicy Koszykowej. Większość przechodniów nie miało pojęcia, że w pobliżu jest jakakolwiek fundacja zajmująca się uchodźcami.. Nie widują też żadnych obcych na ulicy. – A w ogóle to przepraszam, śpieszę się, już jestem spóźniony – mogliśmy usłyszeć tłumaczenie.
– Mnie tam oni w ogóle nie przeszkadzają – twierdzi pan Modzelewski, mieszkający w sąsiednim budynku. Przecież to tacy sami ludzie. Uciekali przed wojną. Moi dziadkowie też uciekali, tak uciekali, że pół świata zwiedzili z Andersem. Każdy chce żyć – mówi zapytany o to, czy Polska powinna udzielać schronienia uchodźcom. Choć jednocześnie ma świadomość, że różnice kulturowe niewątpliwie utrudniają asymilację.
„Trudno, żeby było inaczej”. Mówi nam o tym pan Filip, mieszkający przy ulicy Koszykowej. W rozmowie z naTemat wspominał, że zatrudnił kiedyś Marokańczyka w swoim zakładzie. – Oni mają taki system pracy, że trochę porobią, a potem się modlą. Znów robią, i znów się modlą. A od 12 do 14 to właściwie nie robią. Tak się przyzwyczaili, u nich to pewnie w tych godzinach to najgorsze upały są – mówi pan Filip. – Po jakimś czasie dogadaliśmy się, przychodził rano, pracował do południa, potem wychodził i wracał około 16 i już siedział do końca. Spec był, dobrze robił, to jakoś te jego modły łatwiej mi było znosić, choć na początku to parę razy chciałem go pogonić na cztery wiatry – wspomina.
Czy czuję się zagrożony? Nie, chyba nie. Prędzej zejdę z drogi jakiemuś łysolowi, idącemu z przeciwka, niż będę się bał ciemnoskórego z orlim nosem – mówi pan Andrzej Rozen. – Przecież oni żyją wśród nas od lat. Na rogu jest bar i co? I pójdzie jeden z drugim na kebaba, a potem grzeje ulicą i krzyczy „bij brudasów”. Jak tacy brudni, to dlaczego wpiernicza jedzenie, które właśnie mu przygotowali? – ironizuje. On sam kebabów nie je, bo nie lubi. Ale jak podkreśla – Kuskus już może być, czasem się skuszę, choć drogo.
– A ja to bym ich wszystkich rzucił do Nilu i patrzył, jak krokodyle puchną z przeżarcia – powiedział młody chłopak stojący opodal. Mieszka niedaleko, ale nie na tyle, żeby przechodzić codziennie obok siedziby fundacji. – Właściwie to nie widziałem tu nigdy żadnych „ciapatych”, muszę z kumplami pogadać, może oni coś wiedzą” – przyznaje. Studiuje na Uniwersytecie Warszawskim na wydziale … socjologii. – Arabusów nie lubię i moje studia nie mają tu nic do rzeczy – powiedział na odchodne.
Tak jak właściwie można było się spodziewać – zdania na temat uchodźców są podzielone. Jednym przeszkadzają, innym nie. Są i tacy, którzy wyrobili sobie zdanie wyłącznie na podstawie doniesień prasowych i relacji telewizyjnych, osobiście nigdy nie spotkali się z uchodźcami. Sprzeciwiają się obecności obcych i nie chcą, żeby byli ich sąsiadami.
Co ciekawe, nikt z zapytanych nie wierzył, że kobiety z Targówka czy ci, którzy przychodzą do ośrodka na Koszykowej mogą być terrorystami. Panowało przekonanie, że to zwykli ludzie, zagubieni. Ocena Warszawiaków różniła się tylko w tym, czy tych wędrowców należy przyjąć, czy odesłać.
Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl
