"Cokolwiek napiszę i tak mnie zaatakują hejterzy" – mówi Joanna Scheuring-Wielgus.
"Cokolwiek napiszę i tak mnie zaatakują hejterzy" – mówi Joanna Scheuring-Wielgus. Fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta

Joanna Scheuring-Wielgus ujawniła komentarze, jakie mogą usłyszeć od kolegów posłanki w Sejmie. Efekt? Jeszcze bardziej obelżywe słowa pojawiły się w internecie. Nazwiska molestujących hejterów upublicznił reportażysta Wojciech Tochman, ale i ona nie daje za wygraną. – Mam zapisane wszystkie wypowiedzi, łącznie z tymi, które zostały skasowane przez autorów. Moi prawnicy przygotowują pozwy – mówi w rozmowie z naTemat.

REKLAMA
Pani hejterzy stali się mimowolnymi bohaterami artykułu Wojciecha Tochmana. Jak się pani poczuła po tej publikacji?
Bardzo ucieszyłam się, kiedy go przeczytałam i mam nadzieję, że zainspiruje dziennikarzy i innych ludzi, aby hejt, agresję słowną i mowę nienawiści zawsze traktować poważnie, a nie tylko od przypadku do przypadku. To nie jest sprawa interesująca medialnie, dlatego dla mnie to przełom i wsparcie działań, do których zachęcam od dawna.
Tochman zwrócił uwagę czytelników na nazwiska facebookowych hejterów. Ciężko tu mówić o upublicznianiu ich, bo były widoczne. Mimo to, czy nie ma pani wrażenia, że to trochę zbyt surowe ramię sprawiedliwości?
To jest jedyna metoda na takie osoby. Mowa nienawiści nie dotyczy tylko posłanki Nowoczesnej, ani nie ma łatki partyjnej. Po prostu jest. Janinę Paradowską hejt spotkał nawet po śmierci. Mimo to mamy do czynienia z ogromnym przyzwoleniem władz, obecnych i poprzednich, dla takiej aktywności. Większość przymyka oko i trywializuje to, a przecież podczas rządów PO-PSL było mnóstwo okazji aby zaostrzyć prawo w tej kwestii. Niestety nie wykorzystano ich i podobnie jest dzisiaj. Milczenie w tej sprawie jest przyzwoleniem. To nie dotyczy tylko tej sytuacji. Nie podobały mi się już określenia, takie jak „moherowe berety”. Rzecz jasna, kiedy to sformułowanie było w powszechnym użyciu, nie byłam politykiem, ale mogłam sprzeciwiać się jako zwykły obywatel. Ja po prostu nie rozumiem tak stereotypowego myślenia i działań podyktowanych brakiem szacunku i tolerancji.
Hejt w pani przypadku nie wybuchł z błahego powodu. Wszystko zaczęło się od artykułu, w którym ujawniła pani niewybredne komentarze kolegi z sejmu.
Jestem tzw. osobą publiczną. Z hejtem spotykałam się już w swoim mieście, a zaczął się tylko dlatego, że zdecydowałam się wejść do polityki i miałam inne poglądy niż prezydent. Im w większą politykę wchodzę tym większy jest hejt. Naprawdę nie ma znaczenia co i na jaki temat powiem. Zawsze po wypowiedziach w jakimkolwiek medium hejt automatycznie się pojawia. Czasami mam wrażenie, że ta grupa w tym samym momencie komentuje. Do tego dołączają się zainspirowane negatywnymi emocjami osoby, które podpisują się z imienia i nazwiska.
Co się stanie z pani „antyfanami”?
Mam zapisane wszystkie wypowiedzi, łącznie z tymi, które zostały skasowane przez autorów. Moi prawnicy przygotowują pozwy. Mam już doświadczenie w takim przypadku. Jakiś czas temu dostałam na prywatną skrzynkę wiadomość od człowieka - podpisanego z imienia i nazwiska - który groził mi, że zabije mnie i moją rodzinę. Upubliczniłam to, a osoby, które mnie obserwowały odnalazły tą osobę i sprawa trafiła do sądu.
Mimo to, nie zdradza pani nazwiska posła, który napastował panią w sejmie.
To nie jedyny poseł, który odzywa się w ten sposób do koleżanek. Ja od razu zareagowałam mocno i dosadnie. Mieliśmy krótką rozmowę i ten pan przeprosił mnie od razu, kiedy uzmysłowiłam mu co powiedział. Dla mnie sprawa jest załatwiona i dzisiaj z nim normalnie rozmawiam. Nie chcę urządzać jakiegoś linczu. To nie o to chodzi. Każdy z nas może popełnić błąd i zachować się w sposób niestosowny. Ale jeżeli przyzna się do błędu i przeprosi to ja nie mam żadnego prawa, żeby go linczować. Nie ma takiej możliwości żeby działać wet za wet.
W komentarzach pod pani wypowiedzią widziałem osoby, które nie widziały nic złego w zachowaniu tego posła. Mało tego, sugerowały, że to był wręcz komplement.
Wiele osób piszących w internecie pozwala sobie na znacznie więcej, niż pozwoliłoby sobie w realu. Pamiętam takiego swojego pierwszego, toruńskiego hejtera, który zaatakował mnie w internecie, a którego potem ktoś wskazał mi na żywo. Podeszłam do niego i przywitałam się w prawdziwym życiu, podając rękę. Ten człowiek był przerażony. Myślałam, ze rozpadnie się na moich oczach. Uścisk dłoni był jak śliska ryba. Po tym przestał hejtować.
Takie sytuacje w państwa pracy nie są jednak wyjątkowe?
O takich sprawach rozmawiam z innymi posłankami na co dzień. Ucieszyło mnie, że po tej publikacji odezwało się do mnie mnóstwo kobiet, które identycznie potraktowano na ulicy, w pracy czy na uczelni. Są jednak kobiety, o czym wiem z własnego podwórka, które po prostu nie reagują. I ja tego nie rozumiem. Bierność stanowi przyzwolenie.
Nie przeraża pani, że nie ważne czy powie pani o polityce, czy o molestowaniu w Sejmie, ci ludzie i tak niemal automatycznie zaczną na panią pluć?
Właśnie dlatego, że mnie to przeraża, zajęłam się tym tematem. Wiedziałam, że wkładam kij w mrowisko i wiedziałam, że nastąpi moment, w którym stanę się tarczą. Z pełną świadomością konsekwencji zajęłam się tym tematem, bo nikt nie traktował go poważnie. Radę do walki ksenofobią zlikwidował PiS, ale PO też z niej nie korzystało. Zaproponowałam w Sejmie uchwałę, którą chciałam, aby przyjęto przez aklamację. Miało to być oświadczenie, że nie będziemy używać mowy nienawiści. Okazało się, że to działania na miarę Don Kichota, Uchwałę odrzucili marszałkowie Terlecki i Tyszka, a obecnie leży i czeka.
Uodporniła się pani na nienawiść?
Kiedy byłam na studiach pół roku się uczyłam, pół harowałam w Wielkiej Brytanii na garach. Obracałam się w kręgu rockowym i wyglądałam inaczej. Kiedy wracałam do domu w Toruniu, mając kolorowe martensy, postawione włosy i koszulkę Sex Pistols o godzinie 15 w tramwaju zaczepiło mnie dwóch panów którzy zaczęli mnie szturchać, wyśmiewać i opluwać. Nikt nie zareagował. Czekałam aż tramwaj dojedzie, żeby z niego wyjść. Wróciłam do domu, wykąpałam się, wyryczałam i obiecałam sobie, że nigdy w życiu nie będzie sytuacji, w której ja nie zareaguje, kiedy ktoś będzie tak traktowany.

Napisz do autora: mateusz.albin@natemat.pl