Anita Włodarczyk rzuca młotem firmy Polanik. Po sprzęt tej polskiej  firmy sięgały wszystkie  zawodniczki w turnieju.
Anita Włodarczyk rzuca młotem firmy Polanik. Po sprzęt tej polskiej firmy sięgały wszystkie zawodniczki w turnieju. fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

– Widziałem w relacjach telewizyjnych, że niemal wszystkie zawodniczki rzucające młotem sięgały po nasz sprzęt. Cieszę się, bo wysyłając nasze produkty do Rio inwestujemy raczej w wizerunek marki niż zarabiamy – mówi naTemat Dariusz Szczepanik, prezes firmy Polanik z Piotrkowa Trybunalskiego. – Jeśli jakiś zawodnik rzucając nasz młot, dysk, oszczep czy pchając kulę, bije rekord świata, to inni zawodnicy również chcą używać tego sprzętu i w ten sposób nasz biznes się kręci – dodaje.

REKLAMA
Gdyby na igrzyskach olimpijskich oprócz klasyfikacji medalowej poszczególnych reprezentacji, stworzyć klasyfikacje konstruktorów sprzętu, Polska byłaby w czołówce. Dzięki mistrzowskiej ręce Anity Włodarczyk również firma Polanik, producent wyczynowych młotów, oszczepów i dysków świeci sukcesy.
Ta w sumie niewielka manufaktura, zatrudniająca 100 osób, przebojem wdarła się na areny igrzysk olimpijskich. Większość sprzętu sportowego na stadiony dostarcza bowiem jeden z oficjalnych sponsorów Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, ale w przypadku "sprzętu do rzucania" wielu zawodników ma własne preferencje. I wtedy pojawia się marka Polanik z dyskretnym logo, które czasem mignie w telewizyjnych relacjach.
Dariusz Szczepanik, prezes firmy Polanik

Oczywiście, najwięcej udziału w rekordowym rzucie ma siła zawodnika i technika rzutu. Ale na kolejnych miejscach wpływu na rekord pojawia się fizyka sprzętu, precyzja wykonania, użyte surowce, niuanse dotyczące średnic, wymiarów, położenia punktów ciężkości. To przekłada się na centymetry czasem decydujące o wygranej w wyczynowym sporcie. Dlatego zawodnicy i trenerzy przywiązują dużą wagę także do sprzętu

Młot, którym polska zawodniczka pobiła rekord świata, to: kulista głowica, drut cięgła i uchwyt, pozornie wydaje się prymitywnym wyrobem, ale to precyzyjna robota. Komentatorzy sportowi mówią, że kobiecy młot waży 4 kg, ale przepisy sportowe bardzo szczegółowo opisują jego wagę oraz konstrukcję. Tolerancja wynosi dokładnie od 4 kg i 5 gramów do 4 kg i 25 gramów i w tych gramach toczy się pasjonujący wyścig na rekordy. Producentów wyczynowego sprzętu jest zaledwie kilku na świecie i wszyscy dążą do obniżenia wagi do przepisowego minimum.
Od samego rzucania i tarcia o darń stadionu młoty, dyski i oszczepy wycierają się tracąc gramy. Dlatego każdy z zawodników ma komplet treningowy oraz własny wychuchany sprzęt do bicia rekordów na komercyjnych imprezach. Z kolei na mistrzostwach świata i igrzyskach olimpijskich organizator wybiera jednego dostawcę. Sprzęt sportowy też przechodzi „kontrole antydopingowe”. – Zanim nasze produkty pojawiły się na olimpijskiej arenie przeszły bardzo dokładne badania zgodności z przepisami federacji IAAF w laboratoriach m.in. w Australii – dodaje prezes Szczepanik.
logo
Dariusz Szczepanik, prezes firmy Polanik opowiada, jak rodzinna firma weszła na lekkoatletyczne stadiony fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Dorobek medalowy producenta jest imponujący: złoty i brązowy medal na mistrzostwach Europy w Zurychu w 2014 roku, srebrny medal mistrzostwach świata w Moskwie w 2013 roku, a wcześniej srebro na igrzyskach w Londynie i złoto na mistrzostwach świata w Berlinie. Nazwiska mistrzów i ich rekordy ciągną sprzedaż firmy z Piotrkowa. Polanik Gold Hammer, którym rzucała Anita Włodarczyk kosztuje 1666 złotych, a mistrzowski młot Szymona Ziółkowskiego (obecnie rzuca takim Paweł Fajdek) ponad 1700 złotych. Poza sprzętem rzutowym firma dostarczyła do Brazylii także kompleksowe wyposażenie stadionu lekkoatletycznego w Belo Horizonte, który jest miejscem treningów brazylijskich lekkoatletów. Ten biznes to oczywiście nisza, ale kontrakty z międzynarodowych imprez przekładają się na 10 do 13 mln wpływów rocznie i stabilny milion zysku na czysto.
Pan Wiesław, konstruktor, amator
Aż trudno uwierzyć, że firma szczycąca się 30 międzynarodowymi patentami, partner sprzętowy lekkoatletycznej Diamentowej Ligi wyrosła z rzemieślniczego zakładu konstruktora -amatora. W 1966 roku Wiesław Szczepanik produkował produkował spinki do szelek, tablice rejestracyjne i deski kreślarskie. Poproszony przez sportowca przygotował na prywatne zamówienie wyczynowy oszczep. Produkt wykonany ze stali był tani, wytrzymały i szybko stał się popularny.
logo
Proste jak młot? Niekoniecznie. Sprzęt sportowy Polanika to precyzyjna robota. fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Szczepanik postanowił przestawić firmę na sport. Rozpoczął produkcję seryjną na opracowanej przez siebie maszynie. Polski produkt wprowadzono do oferty centrali handlu zagranicznego i tak wszedł na zagraniczne rynki. Szczepanikowi, któremu wcześniej władze PRL dokładały domiary podatkowe za zbyt duże dochody, niespecjalnie to pasowało. Kiedy kilka lat później wymyślił własną konstrukcję oszczepu z rury duraluminiowej, sprzedawał produkty samodzielnie jeżdżąc na zagraniczne imprezy sportowe. Na paszport i bezpośrednie kontrakty zezwolono mu tylko dzięki wcześniejszym sukcesom eksportowym. Żeby było zabawniej, przedsiębiorca nigdy nie uprawiał sportu, a wszystkie konstrukcje to efekt jego teoretycznych rozważań dopasowanych do przepisów federacji lekkoatletycznej oraz wrażeń klientów-sportowców. Ponieważ nikt z zagranicznych klientów nie potrafił wymówić jego szeleszczącego nazwiska, firmę nazwał POL - od Polska i dodając końcówkę nazwiska.
Samo tak wyszło
– Nadspodziewanie wysoka jakość oszczepów, przy atrakcyjnej cenie, pozwoliła na pozyskanie odbiorców już po pierwszej podróży. Były to duże i znane w branży firmy belgijskie i niemieckie, z którymi współpracujemy do dnia dzisiejszego – wspomina Dariusz Szczepanik, syn założyciela firmy i obecny prezes.
Twardą walutę rodzina zainwestowała w kolejny biznes – składane płotki lekkoatletyczne. W firmie pod Tomaszowem opracowano spryty patent na składanie 40 płotków do jednej skrzyni. Zamówienia na ten uznany za jeden z najlepszych na rynku produkt zaczęły spływać z najdalszych zakątków świata: Korea, Wenezuela, Kanada. W 1997 roku logo firmy pojawiło się na sprzęcie pokazywanym w relacjach Mistrzostw Świata w Lekkiej Atletyce Ateny '97. A potem było już z górki: ich sprzęt gościł na igrzyskach w Sydney, Atenach, Pekinie oraz Londynie.
Te sukcesy przedsiębiorca podsumowuje z wyjątkowa skromnością: – Gdy zakładałem tę firmę, nie spodziewałem, że tak bardzo się rozwinie, po prostu robiłem to, co lubiłem... reszta stała się niejako przy okazji – mówi Wiesław Szczepanik.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl