W Polsce powstanie nowa "bieda-pakowalnia". A niemieckie Zalando dostanie jeszcze zwolnienie z podatku

Tysiąc osób ma znaleźć pracę przy pakowaniu zamówień internetowego sklepu Zalando.com
Tysiąc osób ma znaleźć pracę przy pakowaniu zamówień internetowego sklepu Zalando.com Zalando.com, materiały prasowe / archiwum ZDF
Niemiecki gigant handlu internetowego chce zatrudnić tysiąc pracowników, ale najtaniej jak się da. Nie przetransferuje do Polski swojego cennego know-how, nie stworzy też firmowego centrum badań i rozwoju – inwestycja to przecież magazyn dystrybucyjny.

W tym samym czasie polski sklep internetowy Answear.com szuka najlepszych programistów i informatyków, a także wielojęzycznych handlowców i marketingowców, bo z Krakowa rozbudowuje biznes na ościenne zagraniczne rynki. Buduje możliwie najdoskonalsze know-how sklepu internetowego, w dodatku w ich biznesie lokują pieniądze polscy inwestorzy.

Kto bardziej zasługuje na wsparcie rządu? Odpowiedź niby prosta, ale to dla firmy miliarderów z Berlina przygotowano ofertę raju podatkowego w Polsce. Uruchamiając w Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej magazyn do obsługi zamówień sklepu internetowego skorzystają z następującej oferty: "Duży przedsiębiorca podejmujący działalność gospodarczą na terenie strefy może skorzystać ze zwolnienia z podatku dochodowego CIT w wysokości 35 proc. poniesionych nakładów inwestycyjnych lub 35 proc. dwuletnich kosztów pracy" – cytat z oferty Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Rząd pomaga polskim firmom
Answer.com nie korzysta z bonusów podatkowych. Mało tego, wraz z innymi polskimi sklepami internetowymi dopiero co uciekli spod podatku handlowego jaki wymyślili eksperci gospodarczy rządu Beaty Szydło. W debacie publicznej prezes Answear.com musiał uciec się do oficjalnych gróźb, że jeśli podatek wejdzie w życie wyprowadzi biznes z Polski:
Krzysztof Bajołek

Polskie sklepy mogą stać się całkiem dużymi eksporterami i promotorami polskich produktów za granicą albo odwrotnie. Jeśli polski e-commerce będzie słaby Polacy będą kupować w zagranicznych sklepach i wzbogacać budżety obcych państw. Władze w krajach zachodnich zwykle wspierają handel internetowy jako biznes technologiczny i jako nowo tworzącą się formę działalności gospodarczej. Przykład z najwyższej półki to ulgowe traktowanie Amazona przez rząd USA. Postępują tak bo widzą w tym przyszłość, możliwość zajęcia pozycji na rynku międzynarodowym przez rodzime firmy, szansę na nowe miejsca pracy, eksport rodzimych produktów poza granicę.

Oczywiście trudno winić menedżerów Zalando, że korzystają z okazji. Aż dziwne, że graniczną Odrę przekroczyli z inwestycjami dopiero teraz. Rok temu niemiecki rząd podniósł płacę minimalną do skandalicznie wysokiej (z punktu widzenia pracodawców) stawki 8,5 euro za godzinę. Jednocześnie większość pracowników ich centrów dystrybucyjnych w Niemczech to Polacy. Zalando deklaruje, że chce być "bezwzględnie najtańsze", może więc pięknie zyskać przybliżając miejsca pracy do ojczyzny swoich pracowników. Przecież w Polsce pensja minimalna to 12 zł, a w przyszłym roku 13,5 zł za godzinę.


Bogaci i innowacyjni
W tym kontekście niemiecka inwestycja sprowadza szczytne cele Planu Morawieckiego do parteru. Rząd deklarował pomoc firmom tworzącym wysoko płatne miejsca pracy, eksporterom oraz biznesom innowacyjnym, których produkty zawierają wysoką wartość dodaną. Morawiecki sam mówił, że kończy się epoka kiedy zagraniczne firmy widzą w nas tylko zasoby taniej siły roboczej. Tymczasem w praktyce kolejna polska "bieda-pakowalnia" (określenie zapożyczyłem z komentarza jednego z czytelników) zbiera oklaski i benefity.

Sprawa pokazuje brutalnie faktyczne miejsce naszego kraju w rynkowej rzeczywistości. Zanim Polacy zaczną zarabiać więcej niż Włosi (co według Morawieckiego nastąpi najpóźniej 2030 roku). Zanim przesiądziemy się do miliona elektrycznych samochodów (co według projekcji wicepremiera stanie się w 2026 roku), a samochody te będą lepsze od produktów Tesli, gdyż stworzą je polscy inżynierowie ze start-upów wspieranych 3 miliardami rządowymi grantami. Zanim to wszystko się stanie, musimy odwalić czarną robotę w pakowalni internetowego sklepu.

Oby tylko warunki pracy były bardziej humanitarne niż te pokazane w 2012 roku w materialne telewizji ZDF. Ujawniono wtedy, że w magazynie Zalando obowiązywał "zakaz siadania" podczas 7,5 godzinnej zmiany. Na kilkuset pracowników przypadała jedna, lecz brudna toaleta.
Podobna historia dwóch biznesów
Answear i Zalando to Dawid i Goliat handlu internetowego. Przychody polskiego sklepu to około 60 mln rocznie, a Niemców prawie 3 mld euro. Jednak obie firmy konkurują na modowym rynku, a w Polsce często oferują nawet te same produkty. Narodziny biznesów były bardzo podobne. Oba sklepy do niedawna były start-upami – z tą różnicą, że biznes Roberta Gentza i Davida Schneidera z Berlina w 2008 roku wystartował na kilkukrotnie większych i zamożniejszych rynkach Niemiec, Austrii i Szwajcarii. Od początku korzystał z funduszy internetowych milionerów - braci Samwer. Jednym zdaniem miał wszystko, aby szybciej urosnąć.

Answear.com powstał dwa lata później, w grudniu 2010 roku. Założycielem i prezesem firmy jest Krzysztof Bajołek, współautor sukcesu takich marek jak Mohito czy House. W 2013 roku fundusz MCI.TechVentures (fundusz inwestycyjny Grupy MCI) zainwestował w jego biznes obejmując mniejszościowy pakiet udziałów spółki będącej operatorem sklepu. Szefowie MCI mówili, że od początku myślą o Answear jako o biznesie globalnym. Sklep uruchomił sprzedaż w Czechach i na Słowacji, a planuje na Ukrainie, w Rumunii, na Węgrzech i Białorusi oraz w Kazachstanie. Dynamika przychodów w kolejnych latach ma wynosić przynajmniej 50-60 proc. rocznie. Czy jest skazany na przegraną z gigantem? Niekoniecznie. Choćby najnowszy ranking sklepów internetowych daje mu więcej punktów nad konkurencją.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...