
Zdałeś maturę. Zdążyłeś kilka razy osiwieć - najpierw odbierając wyniki egzaminu, potem - kompulsywnie odświeżając stronę z listą przyjętych na wybrany kierunek. Teraz, w końcu, szykujesz się do przeprowadzki. W ferworze poszukiwania studenckiego lokum może niewystarczająco często zadajesz sobie pytanie, ile za przywilej wstąpienia w szeregi “wykształciuchów” przyjdzie ci zapłacić. Wysłuchiwanie wykładów, zaliczanie “wejściówek” i kolosów, czy nocne kucie do egzaminów to pakiet darmowy, zgadza się. Ale już kofeinowe paliwo, podręczniki, kserówki oraz utrzymywanie kontaktów towarzyskich z ich dostarczycielami - kosztują. Ile?
Jeśli do tej pory nie przekonałeś się, że człowiek potrafi funkcjonować śpiąc po cztery godziny na dobę, na sprawdzenie tej tezy będziesz miał co najmniej trzy lata. Podobnie sprawa ma się z bywaniem poza domem - może się zdarzyć, że praktycznie zapomnisz, jak wyglądają twoi współlokatorzy.
Czasami wydaje mi się, że właściwie nie potrzebuję pokoju. Nie raz bywało, że na wykłady szło się praktycznie prosto z imprezy. Z kolei w trakcie sesji praktycznie mieszka się w bibliotece i u znajomych, gdzie przez noc, przynajmniej w teorii, uczycie się do egzaminów.
Mieszkałam w akademiku całe studia, bo wychodziło najtaniej. I pewnie, że czasem ktoś wpadał na genialny pomysł, żeby w środku nocy puścić na full muzę, albo spontanicznie urządzić pidżama party w środku sesji. Ale nikt ci nie zagwarantuje, że w wynajmowanym mieszkaniu czegoś takiego nie będzie. Zdecydowanie wolałam więc przyoszczędzić na mieszkaniu. I żyję.
Nawet nie próbuj obiecywać rodzicom, że przysyłane przez nich pieniądze będziesz wydawać tylko na jedzenie, ksero i bilety do teatru. Będąc studentem, uczysz się żyć w “stadzie”, a to wymaga bywania w różnych miejscach i, nie oszukujmy się, spożywania mniejszych lub większych ilości napojów. I wcale nie chodzi tylko o te wyskokowe. Dycha za kawę na mieście (do której czasem zachce wam się dokupić ciastko) pomnożona przez kilka wyjść w tygodniu to spory koszt. Ale umówmy się, na imprezach raczej nie będziesz pił kawy.
Weekendy to zdecydowanie najbardziej kosztowne dni. Chcesz się wyluzować po całym tygodniu, pójść na imprezę, na koncert. Wejście do klubu zaczyna się zwykle od 10 zł, koncerty, wiadomo, są znacznie droższe. Do tego jakieś piwo w trakcie - co najmniej 8 zł. I nie ma co ukrywać, że ze znajomymi wychodzi się tylko w soboty, a od poniedziałku do piątku siedzi grzecznie w domu.
Sprawdzone informacje o tym, jak i gdzie można skutecznie dorobić są na wagę złota. Ale opcji dla obrotnych studentów tak naprawdę nie brakuje. Opcja “klasyczna” to bar, restauracja lub kawiarnia.
Do tej pory zaliczyłam chyba wszystkie etapy pracy w gastronomii: zaczynałam w lecie na ogródkach, co było niezłą opcją bo zdarzały się całkiem spore napiwki. Potem przez chwilę pracowałam w kawiarnianej sieciówce. Zarobki niższe, a wymagania dużo bardziej wyśrubowane. Czepiali się właściwie wszystkiego - od ubrania, po moje podejście do klientów. Dlatego po kilku miesiącach zaczepiłam się w “normalnej” restauracji.
Na słuchawce wytrzymałam pół roku. Dostawałam 11 złotych za godzinę plus prowizję od sprzedaży. Niby całkiem sporo, ale po całym dniu gadania i kłamania w żywe oczy byłam totalnie wypruta. Musiałam przekonywać ludzi, że kołdra z wielbłąda to coś, czego potrzebują najbardziej na świecie. Oczywiście nie wspominając o tym, że ludzie po drugiej stronie kabla często nie pozostawali mi dłużni - taką ilością wyzwisk nikt mnie nigdy nie obrzucił.
Artykuł powstał we współpracy z firmą Provident.