Fot. Unsplash.com / CC0

Kosmonauta, cyrkowiec, Lewandowski - takie odpowiedzi na pytanie o wymarzoną pierwszą pracę można by pewnie uzyskać prowadząc sondaż w grupie wiekowej 5-10 lat. Starsi o dekadę z hakiem respondenci pewnie bardziej krytycznie podejdą do swoich talentów sportowych, czy ogólnej wytrzymałości organizmu. W myśl obiegowej opinii, wymagania dotyczące płacy za pierwszą pracę często nadal biorą się z kosmosu, podobnie jak oczekiwania co do warunków w niej panujących i zakresu powierzonych obowiązków. Ale co tak naprawdę kłębi się w głowie “studenciaka”, w momencie odbierania dyplomu i podrzucania w górę kanciastej czapy z frędzlem?

REKLAMA
Stereotyp głosi, że dzisiejszy absolwent wyższej uczelni to chciwa i roszczeniowa bestia, której za 1500 nie opłaca się wstawać z łóżka. Pytanie, czy właśnie za tyle pracodawcy dzisiaj chcą organizować “pobudkę”? Z badań przeprowadzonych przez firmę Sedlak&Sedlak opublikowanych przez wynagrodzenia.pl wynika, że w 2014 roku średnie wynagrodzenie za pierwszą podjętą pracę wynosiło 2380 zł. Pensję na poziomie 3500 zł i wyższą otrzymywało zaledwie 10 proc. badanych, a zajmujący dolne 10 proc. zarobkowej drabinki musiało się utrzymać za 1400 zł lub mniej.
Może nie brzmiałoby to tak tragicznie, gdyby podane liczby nie były wartościami brutto. I tu zaczyna się problem, bo nawet górne 3500 zł po odjęciu podatków topnieje do niecałych dwóch tysięcy. Pocieszeniem powinna być informacja o tym, że na początku tego roku płaca minimalna została ustalona na poziomie 1850 zł. Trudno jednak oczekiwać, że po pięciu latach studiów nawet najbardziej pokorny były student uśmiechnie się wyciągając rękę po 1300 z lekką górką. Czy to przejaw pychy?
logo
Mniej marudzenia, więcej robienia - mówią pracodawcy. Młodzi nie słuchają? Fot. Unsplash.org / CC0
– Jasne, że po zdaniu ostatniego egzaminu ma się mieszane uczucia. Z jednej strony myślisz sobie: “No, teraz im wszystkim pokażę! Niech tylko ktoś da mi szansę”, bo morale wysokie, wiara we własne umiejętności też – mówi Kamila, która obecnie pracuje jako tłumaczka – freelancerka.
Kamila
pracuje jako tłumaczka-freelancerka

Szczęka zaczyna opadać coraz niżej na każdym kolejnym spotkaniu o pracę. Pomijam już pomysły z wszelkiego rodzaju dziwnymi “okresami próbnymi”, które potrafią trwać kilka tygodni i są, lekko mówiąc, kiepsko płatne. Najbardziej denerwowało mnie traktowanie z góry, kiedy rekruterzy dowiadując się ile mam lat i jakie są moje oczekiwania finansowe reagowali ironicznym uśmieszkiem. Bo czy fakt, że dopiero skończyłam studia oznacza, że nie mam problemu z życiem poniżej średniej krajowej?

– Pewnych rzeczy nie dało się jednak przeskoczyć i przez pierwszy rok po studiach zasuwałam na etacie w biurze, a po godzinach robiłam tłumaczenia, żeby jakoś się utrzymać. Łatwo nie było, ale dałam radę, a teraz zarabiam tylko i wyłącznie jako freelancerka. Chyba więc powinnam być za tę lekcję pokory wdzięczna – podsumowuje.
Darmowe doświadczenie to żadne doświadczenie?
Kamila zaznacza, że owszem, niektórzy z jej znajomych okres studiów traktowali jak jedną wielką balangę, ale to zdecydowana mniejszość. – Większość z nas zdawała sobie sprawę, że po pierwsze, filologia angielska to nie informatyka, więc po odebraniu dyplomów Mark Zuckerberg raczej nie wyśle po nas limuzyn i nie poprosi łaskawie, czy nie zechcielibyśmy dla niego pracować – stwierdza.
Kamila
tłumaczka-freelancerka

Przez całe studia słyszałam, że rynek jest trudny, że trzeba ciężko pracować, żeby wyrobić sobie nazwisko, że złapanie pracy w wydawnictwie jako tłumacz to prawie jak wygrana w totka. Korzystałam więc z każdej możliwości, żeby nabrać doświadczenia. Kolekcjonowałam staże i wolontariaty, brałam udział w różnych studenckich projektach. Polecam to każdemu, bo miałam wrażenie, że nauczyłam się bardzo dużo, co też starałam się oddać w CV.

Zdaniem Kamili, niektórzy pracodawcy wprowadzają rozróżnienie na doświadczenie “studenckie” i “profesjonalne”. – Gdybym mogła zrobić coś inaczej, na pewno ograniczyłabym udział w wolontariatach i zaangażowała się w coś, za co zarabiałabym choćby symboliczną złotówkę. Mam wrażenie, że pracodawcy zdecydowanie inaczej patrzą na kogoś, kto realnie przepracował choćby dziesiętną etatu, niż na kogoś, kto non-stop udzielał się za darmo. W myśl zasady, że jeżeli ty sam się nie cenisz, dlaczego ktoś inny ma cię cenić? – sugeruje.
logo
Do humanistów pracodawcy nie ustawiają się w kolejkach - jest dokładnie odwrotnie Fot. Pexels.com / CC0
Informatycy mają łatwiej - przemyśl to
Z samooceną nie mają z reguły problemów absolwenci kierunków ścisłych. Plotki o tym, że o informatyków czy inżynierów pracodawcy niemal się biją są być może przesadzone, ale nie aż tak bardzo. Legendy o górach złota, jakie gwarantuje znajomość Java Scriptu i gotowość chodzenia do pracy we flanelowej koszuli, skłaniają niektórych do szybkiego przekwalifikowania się.
– Studiowałem historię, którą pasjonowałem się od dziecka. Nie mogę powiedzieć, że narzekałem wtedy na brak kasy - mieszkałem w akademiku, miałem stypendium i właściwie na wszystko mi wystarczało - wspomina Mariusz, obecnie pracownik międzynarodowej platformy telewizyjnej. Problem zaczął się, kiedy dostałem się na doktorat. Obowiązków zawodowych miałem w opór, do tego doszły sprawy prywatne - z narzeczoną wynajęliśmy mieszkanie, zaczęliśmy żyć na własny rachunek. I przestało wystarczać. Szukając innych opcji pomyślałem, że w sumie całkiem nieźle idzie mi programowanie. Postanowiłem się podszkolić, złapałem jeden projekt, potem drugi i jakoś poszło – śmieje się, choć to ostatnie sformułowanie jest lekkim niedopowiedzeniem: poszło tak dobrze, że Mariusz dostał pracę w brytyjskiej korporacji medialnej.
– Wiązało się to z przeprowadzką, ale nie żałuję tej decyzji. Mieszkanie w Londynie ma plusy i minusy, ale firma zwraca mi za bilety lotnicze do Polski, żebym do końca nie ześwirował w obcym środowisku – śmieje się Mariusz. Na sugestię, że musi być geniuszem, albo mieć niewiarygodne szczęście, zdecydowanie kręci głową: – Szczerze? Myślę, że za dużą wagę przywiązujemy do kierunku studiów. Jasne, poświęcamy jakiejś dziedzinie pięć lat życia, ale to wcale nie znaczy, że inne furtki już na zawsze się zamknęły. Trzeba korzystać z różnych możliwości. Do nauki programowania wystarczył mi komputer i internet - w życiu nie byłem na żadnym stacjonarnym kursie – tłumaczy.
logo
Staże, wolontariaty, projekty - doświadczenie jest w cenie, to darmowe - w znacznie niższej Fot. Unsplash.com / CC0
Pytanie, jak bardzo – w wartościach bezwzględnych - taki skok na głęboką wodę mu się opłacał, Mariusz zbywa tylko lekkim uśmiechem: – Nie mogę o tym mówić, taki kontrakt. Ale gdybym spróbował narzekać, pewnie by mnie jakiś piorun walnął – podsumowuje.
Umiesz liczyć, licz na siebie – to jedyna rada, jaką zarówno Kamila, jak i Mariusz daliby dzisiejszym studentom. – Czasy studenckie to taka “cieplarnia” – jest miło, w miarę bezpiecznie. Nikt ci nie powie, że już za chwilę zacznie się prawdziwe życie, a piątki z egzaminów nie gwarantują, że na pierwszej wypłacie przed trzema zerami też pojawi się ta cyfra. Przygotuj się raczej, że na pewno tak nie będzie - podsumowuje Kamila.
Brzmi pesymistycznie? Sprawdź co na temat pierwszej "dorosłej" pracy sądzą autorzy bloga coztymhajsem.pl – tacy sami młodzi ludzie jak ty. Na blogu opisują swoje finansowe doświadczenia i razem z czytelnikami szukają sposobu, jak dojść z hajsem do ładu.

Artykuł powstał we współpracy z firmą Provident.