
W piątek film "Smoleńsk" Antoniego Krauzego wchodzi do kin, ale wybrani dziennikarze już mogli go obejrzeć. Portal Niezależna.pl opublikował recenzję. Co zaskakujące, jest ona naprawdę krytyczna. Ale wszystko i tak przekreśla jedno zdanie. "Film - co chyba będzie najistotniejsze dla wielu widzów - zachowuje wierność faktom" – przekonuje autor. Pewnie dlatego są w nim wybuchy i forsowanie tezy o zamachu.
REKLAMA
Od pierwszych przecieków na temat scenariusza było wiadomo, że film "Smoleńsk" nie będzie oddawał stanu wiedzy o katastrofie smoleńskiej, tylko przekonywał widzów do pewnej wersji wydarzeń. Ci, którzy mieli jeszcze jakieś złudzenia, musieli je porzucić po obejrzeniu pierwszego zwiastuna filmu.
Na ekranie widać wybuchy, które mają rzekomo być przyczyną katastrofy. Czyli zamach. To zresztą nie jedyne przekłamanie – w filmie jest mowa o operatorze polskiej telewizji, który jako pierwszy nagrał film na miejscu katastrofy. Widzowie słyszą, że zmarł w Moskwie. Jak pisaliśmy w naTemat Sławomir Wiśniewski żyje i ma się dobrze, a wykonane przez niego nagranie zostało nawet wykorzystane w filmie.
Tymczasem recenzent portalu Niezależna przekonuje, że największą zaletą filmy "Smoleńsk" jest wierność faktom. – Film - co chyba będzie najistotniejsze dla wielu widzów - zachowuje wierność faktom – pisze Grzegorz Wierzchłowski. Czyżby nie widział w filmie scen z wybuchem? To zdanie całkowicie kompromituje recenzję, która wcale nie jest peanem na cześć filmu – wręcz przeciwnie, sporo w niej krytycyzmu.
źródło: Niezależna.pl
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
