
– W razie konieczności powinni być na stałe wykluczeni z Unii Europejskiej – tak wpływowy w europejskich instytucjach minister spraw zagranicznych Luksemburga Jean Asselborn mówi w najnowszym wywiadzie dla "Die Welt" o Węgrach. Między słowami sugeruje też, że w kolejce państw do wylotu z UE byłaby też Polska. Czy zatem błędne było powszechne przekonanie, że raz przyjętemu do wspólnoty państwu nie grozi z niej wyrzucenie? Na ile to realne zagrożenie?
Takie typy jak Orban sprawiły, że Unia Europejska postrzegana jest w świecie jako unia, która na zewnątrz aspiruje do obrony wartości, ale nie jest już zdolna zadbać o te wartości także wewnątrz.
Jak ktoś może grozić wykluczeniem z UE, skoro uczono nas, że członkostwo to bilet w jedną stronę. Ostatnia głęboka reforma traktatów co prawda umożliwiła zgłoszenie "przystanku na żądanie" w postaci art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej, który wprowadził procedurę opuszczenia wspólnoty, ale to opcja dobrowolna. O karach za łamanie europejskich standardów wspomina jedynie art. 7 TUE, ale tam mowa tylko o ewentualnym zawieszeniu niektórych praw państwa członkowskiego.
Jak więc widać, teoretycznie z UE wylecieć za karę można. Problem tylko w tym, że doprowadzenie do tego jest naprawdę bardzo trudne. Zarówno w przypadku zastosowania art. 7 TUE mówiącego o czasowym zawieszeniu na skutek stwierdzenia przez Radę Europejską poważnego naruszenia wartości UE, jak i zinterpretowania unijnych traktatów poprzez prawo międzynarodowe, kluczowa jest jednomyślność.
Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl
