- Kto jak Węgry narusza wolność prasy i niezależność wymiaru sprawiedliwości, powinien zostać czasowo, a w razie konieczności na stałe wykluczony z Unii Europejskiej - twierdzi Jean Asselborn.
- Kto jak Węgry narusza wolność prasy i niezależność wymiaru sprawiedliwości, powinien zostać czasowo, a w razie konieczności na stałe wykluczony z Unii Europejskiej - twierdzi Jean Asselborn. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

– W razie konieczności powinni być na stałe wykluczeni z Unii Europejskiej – tak wpływowy w europejskich instytucjach minister spraw zagranicznych Luksemburga Jean Asselborn mówi w najnowszym wywiadzie dla "Die Welt" o Węgrach. Między słowami sugeruje też, że w kolejce państw do wylotu z UE byłaby też Polska. Czy zatem błędne było powszechne przekonanie, że raz przyjętemu do wspólnoty państwu nie grozi z niej wyrzucenie? Na ile to realne zagrożenie?

REKLAMA
Jean Asselborn
w wywiadzie dla "Die Welt"

Takie typy jak Orban sprawiły, że Unia Europejska postrzegana jest w świecie jako unia, która na zewnątrz aspiruje do obrony wartości, ale nie jest już zdolna zadbać o te wartości także wewnątrz.

Szef luksemburskiego resortu dyplomacji tak ostro o rządzie w Budapeszcie wypowiada się przede wszystkim ze względu na to, jak na Węgrzech traktowani są uchodźcy. – Płot, jaki budują Węgry dla zatrzymania uchodźców, staje się coraz dłuższy, wyższy i niebezpieczniejszy. Węgry nie są już daleko od rozkazu strzelania do uchodźców – oburzał się Jean Asselborn.
Jednak jego najnowszy wywiad dla niemieckiej prasy to stanowczy sygnał także w sprawie innych grzechów, które na sumieniu ma nie tylko obecny establishment Węgier. Luksemburczyk stwierdził, że "czasowo, a w razie konieczności na stałe wykluczony z Unii Europejskiej" powinien być ten, "kto jak Węgry narusza wolność prasy i niezależność wymiaru sprawiedliwości". Czy zatem Węgrzy i inne państwa skonfliktowane z instytucjami europejskimi naprawdę mają powody do obaw o swoją unijną przyszłość?
To można wylecieć z UE?!
Jak ktoś może grozić wykluczeniem z UE, skoro uczono nas, że członkostwo to bilet w jedną stronę. Ostatnia głęboka reforma traktatów co prawda umożliwiła zgłoszenie "przystanku na żądanie" w postaci art. 50 Traktatu o Unii Europejskiej, który wprowadził procedurę opuszczenia wspólnoty, ale to opcja dobrowolna. O karach za łamanie europejskich standardów wspomina jedynie art. 7 TUE, ale tam mowa tylko o ewentualnym zawieszeniu niektórych praw państwa członkowskiego.
W rzeczywistości i to może być już jednak faktyczne wykluczenie z UE. Zakłada on bowiem możliwość odebrania prawa do głosowania przedstawicielowi państwa członkowskiego w Radzie Europejskiej. Co de facto oznacza brak jakiegokolwiek wpływu na to, co w Unii się dzieje. Jakie inne prawa zostaną zawieszone i na jak długom będzie zależało od woli Brukseli. Kraj, który taką karą zostałby dotknięty, mógłby więc zapłacić za sprzeczne z unijnymi standardami decyzje swojego rządu bardzo wysoką cenę, na przykład tracą fundusze europejskie.
Jednak Jean Asselborn mówi przecież, że w razie konieczności powinno dojść do całkowitego wykluczenia członka, który przestał szanować podstawowe wartości, o których mowa w art. 2 TUE i za nic nie pasuje już do wspólnoty. W unijnych traktatach próżno szukać takiej możliwości. To znaczy, że Luksemburczyk zapędził się i wykazał nieznajomością prawa?
Niekoniecznie. Choć europejscy urzędnicy lubią twierdzić, że UE powstała na bazie zupełnie nowych ram prawnych, których wcześniej świat nie znał i są one odrębne od prawa międzynarodowego, to w razie konieczności to klasyczne normy międzynarodowe mogłyby zostać przez Unię wykorzystane. A dokładnie Konwencja wiedeńska o prawie traktatów.
W art. 60 ust. 2 tego ratyfikowanego przez większość państw członkowskich UE aktu czytamy, iż istotne naruszenie wielostronnego traktatu przez jedną ze stron upoważnia pozostałe strony drogą jednomyślnego porozumienia do zawieszenia w stosunkach między nimi a państwem winnym naruszenia. "Istotne naruszenie" zdefiniowano w kolejnym ustępie Konwencji jako "pogwałcenie postanowienia istotnego dla osiągnięcia przedmiotu i celu traktatu".
Bez wątpienia za taki czyn uznać można poważne odstępstwo od poszanowania "godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, oraz praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości", które stanowią absolutnie minimalne wymagania stawiane przez unijne traktaty chętnym do dołączenia do wspólnoty.
Tyle prawo, ale polityka...
Jak więc widać, teoretycznie z UE wylecieć za karę można. Problem tylko w tym, że doprowadzenie do tego jest naprawdę bardzo trudne. Zarówno w przypadku zastosowania art. 7 TUE mówiącego o czasowym zawieszeniu na skutek stwierdzenia przez Radę Europejską poważnego naruszenia wartości UE, jak i zinterpretowania unijnych traktatów poprzez prawo międzynarodowe, kluczowa jest jednomyślność.
W praktyce dnia dzisiejszego oznacza to więc, że na jakiekolwiek ukaranie Węgrów musiałaby zgodzić się w Radzie Europejskiej Beata Szydło (a wcześniej oczywiście Jarosław Kaczyński). A to przecież niemożliwe.
Nie ma wątpliwości, że Bruksela w kącie lub kolejce do wyjścia chętnie ustawiłaby dziś także Polskę, ale i na to nie pozwoli przyjaźń między Warszawą a Budapesztem. Choć to akurat nieco mniej pewne ze względu na fakt, iż Viktor Orban w rzeczywistości jest bliższym sojusznikiem Angeli Merkel w Europejskiej Partii Ludowej niż osamotnionego w Europie PiS. Jak w zgodzie z mottem "wilk syty i owca cała" premier Węgier mógłby wyjść z tej sytuacji tłumaczyliśmy w naTemat już, gdy zaczynały się polskie problemy w z Komisją Europejską i Parlamentem Europejskim.
Takich nieformalnych sojuszów między poszczególnymi członkami UE jest jednak więcej, co gwarantuje większości państw całkowitą bezkarność, gdy po wstąpieniu do wspólnoty odechce im się wypełniać nawet najbardziej podstawowych wymogów. Jak słusznie zauważył w "Die Welt" Jean Asselborn, państwa takie, jak dzisiejsze Węgry nigdy nie miałyby przecież szans na dołączenie do UE.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl