Fot. na:Temat

Najpierw pójdę do fryzjera. Albo nie, najpierw na ciuchy, potem do fryzjera, a jak będę wracać, to jeszcze raz na ciuchy. Sklepową marszrutę zaczynam sobie szykować w głowie mniej więcej w połowie miesiąca, bo myśl o tym co to nie ja, jak tylko stan konta osiągnie najwyższy możliwy poziom, pozwala jakoś sprawniej dotrwać do „pierwszego”. Tym razem też tak miało być: oczyma wyobraźni już widziałam się w nowych szpilkach, nowych dżinsach, nowych… – W tym miesiącu dostaniesz tysiaka mniej – usłyszałam głos, który w żadnym razie nie mógł być częścią mojego cudownego śnienia na jawie. W takim razie… musiał być rzeczywistością?

REKLAMA
Był. Rzeczywistością, w której, w ramach eksperymentu, miałam przeżyć miesiąc za wypłatę pomniejszoną o tysiąc polskich złotych. Rzeczywistością, w której nie tylko nie kupię sobie w tym miesiącu nowej kiecki, książki czy blendera, ale dodatkowo będę musiała przyglądać się, jak kolega Grzegorz, w ramach tego samego eksperymentu, szasta dodatkowym tysiakiem na prawo i lewo. Nie ma to jak pozytywna motywacja.
I mimo, że wszyscy w redakcji poklepywali mnie po pleckach i zapewnili, że będzie dobrze, i że kawa w pracy przez ten miesiąc dalej będzie za darmo, to zamienić nikt się specjalnie nie chciał. Wtedy się nie dziwiłam, ale wiecie co, szydercy? Rzeczywiście nie było (aż tak bardzo tragicznie) źle. Co robiłam, żeby przetrwać miesiąc za tysiaka mniej? Już mówię. Na pierwszy ogień poszło oczywiście cięcie wydatków spożywczych.
logo
Kawa w pracy za friko - jest to jakieś pocieszenie. Gdybym tylko miała termos... Fot. na:Temat

Rozwiodłam się z panem kanapką

Nie chciałam go ranić, ale biorąc pod uwagę okoliczności, pan kanapka zasługiwał na kogoś lepszego. Kogoś, kto nie będzie mu przy każdej okazji wypominał złodziejskiej marży narzucanej na kilka listków zieleniny z dodatkiem (zwanych sałatką) czy zapakowaną próżniowo garstkę ryżu z sosem (zwaną daniem obiadowym). Było mi go żal, choć w głębi duszy wiedziałam, że jeśli chcę ten miesiąc przeżyć jako tako komfortowo, nie mogę dłużej przymykać oczu na jego ekonomiczne łajdactwo. 9 zł – tyle dzień w dzień, kosztowały mnie nasze schadzki. Pomnożone przez wszystkie pracujące dni w miesiącu stanowiły koszt 180 złotych, na który nie mogłam sobie pozwolić. Za porozumieniem stron ustaliliśmy, że tak będzie dla mnie lepiej. Nadal jesteśmy przyjaciółmi.
logo
Żegnaj panie kanapko, witajcie pojemniki próżniowe Fot. na:Temat
Coś jednak w pracy jeść musiałam. Do łask wrócił więc pojemnik próżniowy, w którym co rano lądowały właściwie te same składniki, które plastikowym widelcem wybierałam z opakowania od pana kanapki. Z tą różnicą, że 9 zł płaciłam teraz za kilo pomidorów, główkę sałaty i kawałek kury - pasza na co najmniej dwa dni robocze. Dodatkowo, jako lunchowa konwertytka, zyskałam aprobatę w oczach innych „pudełkowców”, którzy, jak się okazało, byli jednocześnie zawziętymi łowcami marketowych promocji. Kiedy zaczynaliśmy się wymieniać cynkami o najtańszych ziemniakach, czy promocjach na masło, robiło mi się jakoś raźniej. Nie mówiąc już o wspólnym przeglądaniu sklepowych katalogów.

Zrobiłam użytek ze wstydliwego hobby (przynajmniej próbowałam)

Za dzieciaka gazetki reklamowe miały na mojej czytelniczej liście status równy z komiksami. Ten dziwny pociąg do gapienia się na zdjęcia przecenionych szynek, pięciopaków czekolad i tekstyliów na wagę utrzymuje się do dziś. Mam nawet teorię, która go tłumaczy (czemu wszystkie katalogi tak samo intensywnie pachną? I czy to na pewno farba drukarska? NO WŁAŚNIE!), ale z ujawnieniem jej szczegółów poczekam, aż obecne pokolenie spiskowców odejdzie na drugi krąg. Tymczasem postanowiłam ze swojej przypadłości czerpać jak najwięcej korzyści.
Jedyny problem, jakiego nie przewidziałam, był taki, że o ile fajnie ogląda się lidlowską sekcję “lux” i fantazjuje o profiterolach za 9,99 czy łódeczkach melona galla owiniętych 100 gramami szynki parmeńskiej (7,99 - OKAZJA!), to porównywanie cen ryżu w poszczególnych dyskontach nie jest już takie zabawne. Niemniej niezabawne jest robienie dwóch kilometrów do najbliższej biedry, za każdym razem, kiedy zapomniało się kupić czegoś zawczasu.
logo
Wstydliwe hobby? Nigdy więcej Fot. na:Temat
Z drugiej strony muszę przyznać, że te sprinty do dyskontów, koniec końców, okazały się pożyteczne, i to nie tylko dla mnie. Obsługa osiedlowego sklepu zapewne chciałaby gorąco podziękować pomysłodawcy tego reportażu, dzięki któremu przez miesiąc nie musiała oglądać mojej rozczochranej i obutej w ranne papucie osoby, łapiącej co popadnie na śniadanie. Ja z kolei nauczyłam się nie ładować wszystkiego co popadnie do koszyka i dopiero przy kasie łapać się za głowę na widok kwoty na paragonie. Zostałam też mistrzynią robienia list zakupowych, których trzymałam się z nabożnością godną odmawiania pokutnych zdrowasiek. Niczego nie pomijałam, niczego nie dodawałam. Skrupulatnie przeliczona w domu lista była święta (okej, parę razy się złamałam i dorzuciłam nadprogramową czekoladę. Na swoje usprawiedliwienie przyznam, że potem było mi głupio).

Uwierzyłam internetom

Wiedziałam, że moim sprzymierzeńcem w przeprawie przez finansową dolinę będzie internet - skarbnica wszelkiego rodzaju lifehacków, tych oszczędnościowych też. Szczególnie tkliwie wspominam moment, gdzieś w połowie miesiąca, kiedy z dnia na dzień zaczynały wykańczać się kolejne tubki i pojemniczki - z pastą, kremem czy płynem do demakijażu. Nie żebym używała jakichś burżujskich marek. Raczej średniawka, ale mając do wyboru wydanie dwóch dych na ulubione mazidło do ciała, albo dorzucenie ich do budżetu na sobotnie wyjście ze znajomymi, wybór był oczywisty, co nie znaczy, że konieczność rezygnacji z ulubionych zakupów nie działała mi na nerwy.
logo
Olej kokosowy - kosmetyk uniwersalny. Zużyłam cały, kupuję nowy Fot. Tiia Monto / CC BY-SA 4.0
Dużym wsparciem była siedząca parę biurek dalej ekipa Blissu, która na początek rzuciła mi kilka kół ratunkowych (to na przykład, i to). Do samodzielnego wyszukiwania „tanich, ale genialnych” kosmetyków podchodziłam na początku sceptycznie, zwłaszcza, że nieudane eksperymenty absolutnie nie mieściły się w moim biznesplanie. Okazało się jednak, że jak się nie ma co się lubi, to trzeba lubić co się ma i ufać internetowi. Ten podpowiedział na przykład, że pamiętający czasy finansowej beztroski olej kokosowy, ponoć świetnie nadaje się jako wielofunkcyjny kosmetyk. Tak, ten sam olej, który pół roku temu kupiłam do smażenia i którego ani razu nie użyłam, miał się nadawać do demakijażu. Dość skrupulatnie sprawdziłam, jak wysokie jest prawdopodobieństwo, że aplikacja białej mazi na oko skończy się zapaleniem spojówek. Ponoć niewielkie. Spróbowałam, zadziałało. I wiecie co? Polecam.

Przekonałam się, że rzeczy są drogie, a ludzie - dobrzy

Funkcjonowanie na okrojonym budżecie nie pozostało bez wpływu na zaspokajanie moich potrzeb społecznych. Jasne, przyjaciele nie są twoimi przyjaciółmi dla pieniędzy i „totalnie” rozumieją twoją sytuację. Chętnie spotkają się z tobą w domu, gdzie sobie posiedzicie, popijecie herbatki, pogadacie, wypijecie kolejną… Ekhm, dziwnym trafem na kolejną herbatkę zwykle jakoś nikt nie miał ochoty. A imprezy, koncerty, kino - kosztują. Kino zwłaszcza. Nie zapomnę swojego wyrazu twarzy, kiedy pani w jednym z kinopleksów zaszczebiotała, że Bridget Jones za dwie godziny swojego niezbyt wyszukanego towarzystwa liczy sobie ponad trzy dychy. Od kiedy niska kultura tak wysoko się ceni? I dlaczego wcześniej mi to nie przeszkadzało?
Z drugiej strony, nagły odpływ gotówki miał też swoje dobre strony. Po pierwsze, uświadomiłam sobie, jak dużo i bezsensownie za niektóre rzeczy przepłacam. Po drugie, znajomi jednak na te herbatki przychodzili. Kiedy skończył mi się bilet miesięczny, wraz ze mną ryzykowali życie wracając do domu rowerami miejskimi wątpliwego stanu technicznego. No i dokarmiali smakołykami niczym sikorkę w zimie. Koniec końców nie było aż tak tragicznie, jak na początku zakładałam. Może więc powinnam moim zapobiegawczym pracodawcom podziękować za wyciągnięcie mnie z bańki finansowej beztroski? Dziękuję. Nie róbcie tego więcej. Jeśli będę potrzebowała korepetycji z planowania wydatków, zajrzę tutaj. Blogerzy akcji "Co z tym hajsem?" finansowe eksperymenty ochoczo prowadzą na własnej skórze i, co najważniejsze, z własnej woli.

Artykuł powstał we współpracy z Provident.