
Brak spójnej wizji, niekończące się debaty i wszechobecny chaos. Nie, to nie opis rzeczywistości w jakimś zapomnianym miejscu. Trudno w to uwierzyć, ale do obrazu nakreślonej sytuacji jak ulał pasuje centrum kraju leżącego w środku Europy w XXI wieku. Wciąż tajemniczo? Spieszymy z wyjaśnieniem. Rzecz dotyczy Śródmieścia Warszawy, stolicy naszej pięknej ojczyzny. To tutaj zawiązał się swoisty „węzeł gordyjski”, którego nikt od dłuższego czasu nie jest w stanie rozplątać, choć niektórzy proponują pójść śladami Aleksandra Wielkiego i go po prostu przeciąć.
REKLAMA
Stolica „inna” niż wszystkie
Pewnie wielu, korzystając ze swobody podróżowania tam, gdzie tylko dusza zapragnie, przyjemność zwiedzania obcych zakątków świata rozpoczyna od wizyty w największych metropoliach. Nowy York, Tokio, Seul, a żeby nie szukać zbyt daleko – leżący po „sąsiedzku” Berlin czy oblegany przez polskich imigrantów Londyn. Jaki wspólny mianownik, poza ogromną powierzchnią i gęstym zaludnieniem, mają wymienione miasta? Chodzi o dobrze zagospodarowane centrum.
Pewnie wielu, korzystając ze swobody podróżowania tam, gdzie tylko dusza zapragnie, przyjemność zwiedzania obcych zakątków świata rozpoczyna od wizyty w największych metropoliach. Nowy York, Tokio, Seul, a żeby nie szukać zbyt daleko – leżący po „sąsiedzku” Berlin czy oblegany przez polskich imigrantów Londyn. Jaki wspólny mianownik, poza ogromną powierzchnią i gęstym zaludnieniem, mają wymienione miasta? Chodzi o dobrze zagospodarowane centrum.
Od razu na usta ciśnie się pytanie – co to znaczy „dobrze zagospodarowane”? Zależy też, kogo o to spytamy. Inną wizję będzie miał nastawiony na szybki zysk deweloper, a co innego powie zaangażowany sercem w sprawy lokalne społecznik. Ale, gdy popatrzymy na światowe świetnie prosperujące stolice, to zobaczymy, że na ogół projektowanie i rozbudowywanie miasta zaczyna się od środka, który warunkuje rozwój „podłączonych” do niego dzielnic.
Z zupełnie odwrotną sytuacją mamy do czynienia w Warszawie. Uchwalanie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego dla Śródmieścia ciągnie się wyjątkowo długo i powoli zamienia się w tasiemiec z gatunku never ending story. Brakuje odgórnie nakreślonej strategii rozwoju miasta, a gdy pojawiają się ambitne plany z rozmaitych powodów (biurokracja, protesty aktywistów, ingerencja konserwatora zabytków) są blokowane i kończą co najwyżej w urzędniczych szufladach, obrastając tam kurzem.
– Z własnego, kilkudziesięcioletniego doświadczenia urbanisty wiem, że nigdy nie było i dziś nie ma powszechnej zgody ani nawet dominującego poglądu na to, czym dla Warszawy ma być "centrum z prawdziwego zdarzenia". Zwłaszcza dziś - gdy "Pałac Kultury" uznaje się za zabytek, a trawniki z leżakami i okazjonalne imprezy stały się synonimem miejskości. Dla władz Warszawy to doskonały pretekst, by planować centrum nijakie i nie spieszyć się z jego realizacją – diagnozuje Jan Rutkiewicz, szef Biura Planowania Rozwoju Warszawy, były burmistrz dzielnicy Śródmieście.
Bez ładu i składu
Bałagan inwestycyjny w największym polskim mieście sprzyja „wolnej amerykance”, czyli budowaniu molochów przez deweloperów, którzy przypominają wypatrujących wolnych miejsc parkingowych kierowców z zatłoczonych miast. Gdy tylko takie miejsce zwolni się, ci nie zwlekają i od razu je zajmują. Z tą różnicą, że samochód kiedyś odjedzie, a wybudowany wieżowiec zostanie po wsze czasy, chyba, że zrówna go z ziemią jakaś katastrofa, czego oczywiście nikt nikomu nie życzy. W każdym razie ofiarą tego chaosu padł już Służewiec (niesławny Mordor) i pada teraz Wola.
Bałagan inwestycyjny w największym polskim mieście sprzyja „wolnej amerykance”, czyli budowaniu molochów przez deweloperów, którzy przypominają wypatrujących wolnych miejsc parkingowych kierowców z zatłoczonych miast. Gdy tylko takie miejsce zwolni się, ci nie zwlekają i od razu je zajmują. Z tą różnicą, że samochód kiedyś odjedzie, a wybudowany wieżowiec zostanie po wsze czasy, chyba, że zrówna go z ziemią jakaś katastrofa, czego oczywiście nikt nikomu nie życzy. W każdym razie ofiarą tego chaosu padł już Służewiec (niesławny Mordor) i pada teraz Wola.
Jest rzeczą zadziwiającą, że węzeł komunikacyjny stolicy – Śródmieście zalicza się akurat do tych lokalizacji w Warszawie, których rozwój stanął w miejscu i za nic nie może ruszyć do przodu. Najbardziej prestiżowe tereny w obszarze tej dzielnicy, takie jak okolice Pałacu Kultury i Nauki czy rejony wokół wieżowców Marriottu i Elektrimu, nie doczekały się planów inwestycyjnych, którym wszystkie kompetentne strony dałyby zielone światło.
– Administracyjna dzielnica Śródmieście - z wątłą tkanką historyczną, intensywnością zabudowy i skalą usług godną peryferii, wielkimi osiedlami mieszkaniowymi Stawek, Nowego Miasta i Muranowa, Żelaznej Bramy czy południowego Powiśla, z pustką Placu Piłsudskiego czy Placu Defilad, z przelotowymi arteriami komunikacyjnymi i dominacją samochodu na każdym skrawku przestrzeni publicznej - nijak nie stanowi funkcjonalnego śródmieścia w strukturze dużego miasta – ocenia Jan Rutkiewicz.
Gwoli sprawiedliwości, trzeba dodać, że projektów inwestorskich nie brakowało. Wieżowiec Banku PKO BP na rogu ulic Marszałkowskiej i Nowogrodzkiej, Roma Tower na terenach archidiecezji warszawskiej czy wysokościowiec u zbiegu Al. Jerozolimskich i ul. Chałubińskiego. Wizje te pozostały tylko na papierze, nic z nich nie wyszło. Można oczywiście stawiać pytania, czy wysoka zabudowa to „lek na chorobę" warszawskiego centrum, ale można też odbić piłeczkę i przewrotnie zapytać – gdzie znaleźć dla niej miejsce, jak nie w samym sercu miasta?
Niechęć do wysokiego centrum nie sprawia, że szklane wielopiętrowe biurowce znikają z mapy Warszawy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tak jak natura nie znosi próżni, tak wieżowce po prostu „przenoszą” się z centralnej strefy do peryferyjnych dzielnic, okolic, które nie są zupełnie przygotowane do tak intensywnej zabudowy. I zdaniem architektów, i urbanistów wynika z tego więcej złego niż dobrego, bo rosną tam koszty komunikacji miejskiej i usług komunalnych, nie mówiąc już o tym, że stolica staje się przez to architektonicznym koszmarem.
I jeszcze jeden problem. Czyż to nie ironia losu, że „ostatni dzwonek” na zmiany w podejściu do zagospodarowania centrum słyszymy akurat wtedy, gdy klimat do przeprowadzenia tych zmian jest najgorszy z możliwych? Przetaczająca się przez Warszawę afera reprywatyzacyjna sprawia, że nie ma odważnych do wdrażania śmiałych wizji. Teraz każdy urzędnik dwa razy zastanowi się (i poniekąd słusznie), zanim podpisze się pod jakąś decyzją, ale najchętniej po prostu schowa długopis i dokument do szuflady i wymyśli jakiś pretekst odsunięcia danego projektu w czasie.
Tu i teraz
Każdy, kto ma oczy, widzi, że Warszawa się rozwija i przyciąga do siebie coraz więcej mieszkańców i inwestorów. Ten napływ ludności i kapitału siłą rzeczy spowoduje, że realne centrum i tak będzie musiało powstać. Najlepiej jednak, żeby stało się to w naturalnym i znakomicie dostosowanym do tego miejscu, jakim jest okolica ul. Emilii Plater, przy dworcach, dwóch liniach metra, zespołach przystankowych, raptem 15 minut od lotniska. Bez spójnej i konsekwentnej strategii rozwoju ta szansa bezpowrotnie przepadnie.
Każdy, kto ma oczy, widzi, że Warszawa się rozwija i przyciąga do siebie coraz więcej mieszkańców i inwestorów. Ten napływ ludności i kapitału siłą rzeczy spowoduje, że realne centrum i tak będzie musiało powstać. Najlepiej jednak, żeby stało się to w naturalnym i znakomicie dostosowanym do tego miejscu, jakim jest okolica ul. Emilii Plater, przy dworcach, dwóch liniach metra, zespołach przystankowych, raptem 15 minut od lotniska. Bez spójnej i konsekwentnej strategii rozwoju ta szansa bezpowrotnie przepadnie.