
Ostatnie dni to wysyp skandali pedofilskich z duchownymi w roli głównej. Głośno komentowane są sprawy ks. Dariusza Z., czy Roberta R. A przecież nie ucichła jeszcze afera związana z ks. Jerzym K. Nie są to w tym roku jedyne przypadki, gdy okazywało się, że polscy księża bywają źródłem najgorszego zgorszenia, a poprzednie lata nie były przecież lepsze. Jak to możliwe, że tacy ludzie w ogóle zostali kapłanami, skoro seminaria uchodzą za sito oddzielające ziarna od plew?
Dlaczego nikt tego nie zauważył?! Organizowanie homoseksualnych orgii z nastolatkami, pedofilska działalność w internecie, molestowanie chłopców i dziewczynek na zakrystii, utrzymywanie bujnego życia erotycznego w sutannie, a nawet przyglądanie się śmierci własnego nowo narodzonego dziecka przychodzącego na świat na plebanii - oto najgorsza twarz polskiego duchowieństwa, którą ostatnimi czasy przed nami odkryto.
I wielu z nas zadaje sobie zapewne pytanie, jak to możliwe, że ludzie zdolni do takich czynów w ogóle duchownymi zostali. Bo przecież zarówno proces rekrutacji do seminariów, jak i długa, wieloetapowa droga do święceń z założenia są sitem, które wyłapuje tych, którzy nie nadają się do przyodziania sutanny czy habitu. Właśnie dlatego nauka w seminariach jest dłuższa od innych studiów. Większość takich uczelni kształtuje przyszłe duchowieństwo przez 6 lat. Są jednak i takie - należące do zgromadzeń zakonnych - gdzie pełna formacja trwa kilka lat dłużej.
Przecież księdzem nie tak łatwo zostać... Wszystkie to szkoły wyższe, więc nie trafiają tam ludzie "z ulicy". Absolutnie minimalne wymagania to świadectwo ukończenia szkoły średniej i zdana matura. Równie ważne są jednak rekomendacje od proboszcza, katechety lub kogoś odpowiedzialnego za organizację, w której kandydat na kapłana się udzielał. To już jedno z pierwszych zabezpieczeń przed dostaniem się do seminarium osób, które znaleźć się tam nie powinny. Środowisko, w którym kandydaci obracają się na co dzień wie bowiem o nich znacznie więcej niż powiedzą dyplomy i rozmowa kwalifikacyjna.
Choć i taka rozmowa jest później ważnym elementem rekrutacji. W większości kapłańskich uczelni odpowiada za nią sam rektor. Już od dawna nie brakuje też seminariów, w których na którymś z wczesnych etapów rekrutacji chłopaków marzących o kapłaństwie wysyła się do psychologa. Nie byle jakiego i po zwykłe zaświadczenie, a do kościelnego speca w swojej dziedzinie. Do tego dochodzą egzaminy, w tym ten najważniejszy z wiedzy teologicznej i etyki.
Później teoretycznie też nie idzie z górki. Trzeba przebrnąć przez okres propedeutyczny lub postulat zakonny. To nawet rok poświęcony głównie na modlitwę i poznawanie z bliska na czym tak naprawdę życie księdza czy zakonnika polega. Najsłabsze powołanie ma wypalać się właśnie wtedy.
A dalsze lata w seminarium mają polegać nie tylko na studiowaniu ksiąg. Najważniejsza jest wciąż formacja duchowa. Nawet największych prymusów można więc odesłać do domu, jeśli nauczyciele dostrzegą, że ich powołanie jest jednak niepełne lub nieprawdziwe. Wielu do takiej autorefleksji i rezygnacji skłania kontakt z kierownikiem duchowym. Czyli kimś odpowiedzialnym za formowanie przyszłych kapłanów nie tylko w imieniu swoim, ale i Ducha Świętego.
Grzech przymykania oczu Im więcej więc doniesień na temat rozpustników, pedofilów i przestępców w Kościele, tym głośniej pytania o to, dlaczego nikt nie zauważył wcześniej ich niezdrowych skłonności rodzą się nawet wśród duchowieństwa. Choć są to raczej pytania retoryczne. Bo księża tak naprawdę dobrze znają odpowiedź.
– Czy się nie da wyłapać takich ludzi przed święceniami? Oczywiście, że to możliwe. Po to proces nauki w naszym fachu zaplanowano w taki skomplikowany sposób. Tylko że polskie seminaria, które nie noszą grzechu przymykania oczu można policzyć na placach jednej ręki – mówi w rozmowie z naTemat o. Marek, 42-letni zakonnik obecnie pełniący posługę w Gdańsku.
– Kiedy wybuchają takie skandale, jak te ostatnie trzeba zawsze spojrzeć na wiek księdza, który za nie odpowiada. Bo z innych powodów przymykali oczy na tych wyświęconych za komuny i na początku lat 90-tych, a z innych robią to w ostatnich latach – tłumaczy.
Bo duchowni po 40-tce to, ci którzy przygotowywali się do kapłaństwa w czasach bumu na seminaria. W lach 70-tych i 80-tych chętnych na zostanie księdzem była bowiem cała rzesza. Gdy Kościół stanowił najsilniejszy bastion oporu przeciwko komunizmowi, panowała wręcz moda na to, by zostać księdzem. – Wielu mówiło też, że "kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie pobodzie". Co stało się szczególnie popularną motywacją po upadku komuny, gdy skończenie seminarium kojarzyło się niektóry z łatwym sposobem na zarobienie na glofa czy passata – stwierdza gorzko o. Marek.
Jego zdaniem, w tamtych czasach tak cieszono się ze skłonności młodych Polaków do założenia sutanny, że w wielu miejscach stracono kontrolę nad rocznikami, na których były setki mężczyzn. – Wtedy zakładano, że idziemy na ilość. Że najważniejsze jest zdawanie egzaminów i szybkie odesłanie do parafii, które powstawały na potęgę i brakowało tam rąk do pracy. Masowo powstawały też nowe seminaria – stwierdza nasz rozmówca.
I od razu wskazuje na przyczynę tego, skąd pojawiły się błędy przy ocenie tych, którzy sutanny wdziali stosunkowo niedawno. – Seminariów nabudowano, ale na przełomie tysiącleci nagle nastąpił znaczny spadek powołań. Już o moim roczniku mówili, że jest mały, bo było nas na starcie kilkudziesięciu. A dziś? Nawet najbardziej renomowane uczelnie przyjmują czasem po kilku chłopaków – mówi o. Marek.
– I jaka myśl pojawia się w głowie rektora? Żeby zrobić wszystko, by tę grupkę przepchnąć dalej, bo śmiech będzie, jak na roku nikt nie zostanie. Jeśli oceny się zgadzają i nikt nie odwali niczego poważnego, to idzie dalej i "jakoś to będzie" – konstatuje zakonnik.
Bo liczy się ilość W tej opinii wtóruje mu też ks. Grzegorz, 35-latek z Krakowa. – Proszę zwrócić uwagę na to, że najwięcej grzechu i wstydu mamy z kapłanami diecezjalnymi. Ilu zakonników się tak skompromitowało? Nie przypominam sobie zbyt wielu. Moim zdaniem, to dlatego, że niestety mamy dziś do czynienia z formacją "dwóch prędkości". Seminaria diecezjalne mają znacznie gorsze wyniki niż zakony – ocenia.
Ks. Grzegorz sam ukończył seminarium diecezjalne, ale nie ma ochoty zaprzeczać problemom tylko ze względu na "branżową solidarność". – O wielu seminariach diecezjalnych wśród kandydatów mówi się, że po prostu łatwiej się na nie dostać. A ja nie mogę tym opiniom zaprzeczyć. Sam skończyłem jedno z tych o takiej renomie. Na początku było nas 22, święcenia przyjęło aż 18. Nasi nauczyciele byli tacy szczęśliwi. Ale co z tego, jak trzech z rocznika zrzuciło już sutanny, o jednym cała parafia huczy, że ma kochankę, a inny z "kolegów" ma wkrótce apelację w sprawie o molestowanie nastolatki... – podsumowuje gorzko.
*Imiona rozmówców zmienione na ich prośbę. Pełne dane pozostają do wiadomości redakcji.
