
Obleśne, homofobiczne żarty, zawoalowane groźby, obciążanie pracą ponad siły i przemoc psychiczna - taki obraz redakcji "Głosu Wielkopolskiego" wyłania się z relacji jej - od wczoraj - byłego już dziennikarza, 25-letniego Marcina Karabasza. Jego wstrząsającą wiadomość opublikowała na Facebooku strona Grupa Stonewall.
Zadzwoniłam do niego, by zapytać o szczegóły. Według niego fakt, iż relacjonował poznański Marsz Równości i zrobił sobie zdjęcie z Maciejem Nowakiem, był tylko kolejnym pretekstem dla jego prześladowców, bo mobbing zaczął się znacznie wcześniej. O komentarz poprosiliśmy "Głos Wielkopolski" - redakcja odesłała nad do wydawcy, a wydawca wysłał oświadczenie, które publikujemy pod wywiadem.
Kiedy zaczął pan pracę w "Głosie Wielkopolskim"? Marcin Karabasz: Dokładnie 17 stycznia 2016 roku. Wcześniej byłem tam na miesięcznych praktykach w 2014 roku.
I wtedy było normalnie? Tak, byłem jednym z kilku praktykantów. Nikt się mnie nie czepiał, uwagi miały charakter merytoryczny. Chciałem się jak najwięcej nauczyć w praktyce, bo studiowałem dziennikarstwo.
Jestem idealistą, dla niektórych być może frajerem, bo uważam, że dziennikarz to zawód zaufania publicznego. Dlatego go wybrałem. Chciałem być głosem tych, których głosu nie słychać.
A więc w połowie stycznia zaczął pan pracę w redakcji "Głosu Wielkopolskiego". Jak było na początku? Czułem się tak, jakbym wygrał na loterii. Mieszkam w małej miejscowości ponad 100 km od Poznania. Nagle zostałem panem redaktorem, który zarówno relacjonował ważne wydarzenia polityczne, jak i zajmował się dramatami zwykłych ludzi, którzy np. mieszkają w strasznych warunkach w zatłoczonym mieszkaniu bez kuchni. Czułem, że urosły mi skrzydła, robiłem coś ważnego. Przy czym ważniejsze niż konferencje polityków były dla mnie sprawy społeczne.
Kiedy i dlaczego pierwszy raz pomyślałeś, że coś jest nie w porządku? To było na przełomie marca i kwietnia. Uświadomiłem sobie, muszę siedzieć w pracy od rana do nocy. Okazało się, że szefowie dają mi znacznie więcej pracy niż starszym kolegom z redakcji - miałem realizować 2, a nawet 3 duże tematy dziennie. Na palcach dwóch rąk mogę policzyć sytuacje, gdy wyszedłem z pracy o 17:00.
Szybko okazało się, że nie mam już życia osobistego. Nawet, gdy się z kimś umawiałem na 19 lub 20, to często musiałem odwoływać, bo coś musiałem zrobić w redakcji. Kiedyś przełożony trzymał mnie w redakcji do 22 by sprawdzić mój tekst i wstawić kilka przecinków. To tylko przykład tego, jak wyglądała ta praca od kuchni. Na zewnątrz splendor, bo jestem dziennikarzem, a w redakcji pomiatanie.
Jak to wyglądało od strony finansowej? 400-500 złotych na rękę na umowie o dzieło. Raz zdarzyło się 700 złotych - mogłem zaszaleć (śmiech).
Miesięcznie?! Tak. Na szczęście mogłem liczyć na pomoc mamy i mojej dziewczyny, z którą mieszkam.
Na Grupie Stonewall napisał pan, że był ofiarą homofobicznego mobbingu. Bo tak było. Moim prześladowcom z redakcji nie przeszkadzało to, że jestem heteroseksualny. Wystarczyło, że w ramach swojego dyżuru relacjonowałem poznański Marsz Równości. Zrobiłem sobie zdjęcie z Maciejem Nowakiem, którego bardzo cenię. To dało im pretekst do kolejnych drwin. Zmieniali sobie tapety na komputerze na takie, które miały sprawić mi przykrość. Na korkowej tablicy przybili moje zdjęcie z nim i dopisali złośliwy komentarz. Zrobiłem dziś zdjęcie tej tablicy. Gdy wczoraj odszedłem z redakcji, nawet nie zatarli za sobą śladów.
Co było tą ostatnią kroplą, która przepełniła czarę goryczy? Mejl od mojego przełożonego, który jakąś drobną pomyłkę wyolbrzymił w karykaturalny sposób. Napisał mi, że mam to potraktować jak ostatnie ostrzeżenie. I wtedy się wściekłem. Jestem uprzejmym człowiekiem, grzecznym aż do przesady. Ale coś we mnie pękło. Ja tu wypruwam sobie żyły świątek, piątek i niedziela, po kilkanaście godzin na dobę, za psie pieniądze, a tu coś takiego. Odpisałem, że nie robi mi łaski że mogę dla niego pracować i czekam na przeprosiny.
Domyślam się, że nie przeprosił. Oczywiście, że nie. Wczoraj chciał ze mną pogadać w gabinecie, ale ja powiedziałem przy wszystkich, że domagam się przeprosin. On na to "no to wypad!". Więc sobie poszedłem. Dziś rano wróciłem po swoje rzeczy - pojemnik na jedzenie i takie tam drobiazgi. To dziś zrobiłem to zdjęcie z Maciejem Nowakiem, którym mi dokuczali.
Chce pan zostać w zawodzie? Tak, ale obawiam się, że zamknąłem sobie właśnie drzwi. Boję się, że tak może być w większości redakcji.
Jak się pan czuje? Jestem wrakiem człowieka. Na szczęście mam świadków, którzy sami się do mnie zgłosili, że będą jakby co zeznawać na moją korzyść w sądzie, ale jestem wykończony. Studiuję zaocznie, jestem osobą z kłopotami zdrowotnymi. Dodatkowo przez to wszystko muszę korzystać z pomocy psychiatry.
Jest pan pewien, że chce, by o tym napisać? Wiele osób nadal uważa korzystanie z pomocy psychiatry za coś wstydliwego, a nawet kompromitującego. Tak. Ja nie mam się czego wstydzić. Mam to gdzieś.
Oświadczenie Polska Press
14 października 2016 r.
Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl
