Sołtys zrobił wesele i teraz ma męża. Na polskiej wsi, niedaleko Słupska. "Nie mamy nic do ukrycia. Ludzie o nas wiedzą"

Łukasz Włodarczyk (po prawej), sołtys Bobrownik, z drugim Łukaszem – po ślubie w Edynburgu.
Łukasz Włodarczyk (po prawej), sołtys Bobrownik, z drugim Łukaszem – po ślubie w Edynburgu. fot. Robert Motyka
Miejscowość w gminie Damnica, 25 kilometrów od Słupska. Około 860 mieszkańców. Kilka tygodni temu sołtys tej miejscowości wziął ślub w Edynburgu. Z Łukaszem, partnerem od 4 lat. Jak przyjęła ich wieś? Jak ich traktują? – Na początku sami się baliśmy – mówi naTemat Łukasz Włodarczyk. Z wykształcenia biolog, ekolog roślin, masażysta. Robi doktorat, ale nie ma czasu go skończyć. Od sierpnia sołtys. Mocno podbudowany tym, jak obu Łukaszów w tej miejscowości przyjęto.


Sam pan się zgłosił na tego sołtysa?

Znajomi mnie namówili, gdy poprzedni zrezygnował. Powiedzieli, że znam się na takich sprawach i mam startować. Wystartowałem. Było dwóch kandydatów, zdobyłem prawie wszystkie głosy.

Mieszkańcy wiedzieli o pana orientacji seksualnej?

Tak, Łukasz wprowadził się do mnie cztery lata temu. Nie mamy nic do ukrycia, wszyscy o nas wiedzą.

Jakie były reakcje?

Nikt nas nie wyzwał od pedałów w cztery oczy, ale do końca nie wiemy, co ludzie o nas myślą. Te wybory na sołtysa były testem. Nie wiedziałem, czego można się spodziewać. I o dziwo, okazało się, że to ja mam zostać sołtysem. Przyznaję, że trochę się zdziwiłem.
A wcześniej, jak mieszkańcy wsi was przyjęli?


Na początku sami się baliśmy. Rodzina Łukasza też bardzo się obawiała. Siostra pytała, czy nie boimy się mieszkać razem w małej miejscowości. A co ludzie powiedzą? A co jak ktoś nam okna wybije? My też mieliśmy takie obawy. Baliśmy się, ale z biegiem czasu widzieliśmy, że nic złego się nie działo. Po pół roku wiedzieliśmy już, że ludzie o nas wiedzą, sami się domyślili. My nic nie mówiliśmy, ale doszły do nas słuchy, że ludzie po prostu o nas wiedzą.


Była sensacja?

Tak. Nawet dotarło do ościennych miejscowości.

Gadali bardzo?

Na pewno były jakieś podśmiewanie się. Jestem o tym przekonany. Znajoma, z którą mieliśmy zacząć współpracować, usłyszała od sąsiadki, czy nie boi się iść pracować do dwóch pedałów. Powiedziała, że właśnie dlatego się nie boi. Nigdy jednak żadne nieprzyjemności nas nie spotkały. Choć zawsze był znak zapytania, bo do końca nie wiemy, co ludzie o nas myślą, jak się zachowają.
Przepraszam, że o to pytam, ale wciąż wśród wielu ludzi pokutuje taki stereotyp wsi – wszyscy się znają, innych wytykają palcami, inni mają trudne życie. Czuliście na sobie wzrok ludzi, gdy byliście razem? Ciekawość?


Właśnie nie. Normalnie chodziliśmy do sklepu, na piwo. Dziwiłem się nawet, bo nic się nie zmieniło. Od momentu zamieszkania z Łukaszem nadal tak samo rozmawiało się z ludźmi, jak wcześniej. Podawało rękę.

A jak przyjęli wiadomość o ślubie? Wtedy był pan już sołtysem.

Ślub odbył się w październiku. Komentarze były takie, że dobrze, że się nie ukrywamy. Najwięcej gratulacji było na Facebooku. Ale też słyszeliśmy je w naszej miejscowości. Ekspedientka ze sklepu nam gratulowała, radni na Radzie Gminy, sołtysowa innej miejscowości. To było bardzo budujące.

Rodzina też mnie zresztą zadziwiła. Kuzyni z Kanady czy Niemiec słali życzenia. Zaskoczyły mnie ciotki, których nie widziałem od 10 lat. Jedna jest mocno religijna, też życzyła nam dużo miłości.

Skąd w ogóle pomysł z tym ślubem?

Wpadliśmy na to na początku tego roku. Docierało do nas dużo sygnałów, że ludzie nie traktowali naszego związku na serio. Z ościennej miejscowości doszły nas słuchy o tym, że mam kochanka. Stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zalegalizować nasz związek. Dla nas samych, ale też dla innych, żeby pokazać, że można zrobić coś takiego. Zacząłem szukać informacji internecie.

Dlaczego Szkocja?

Bo najłatwiej. W innych krajach też są takie możliwości, ale we Francji czy Hiszpanii wymagają zaświadczenia z polskiego urzędu, w którym trzeba podać dane osoby, z którą chce się zawrzeć związek małżeński. Jeśli poda się osobę takiej samej płci, to urzędnik może nie wydać takiego zaświadczenia. W Londynie są obostrzenia, że na przykład trzeba tam mieszkać 7 dni. A w Szkocji wymagają tylko polskiego zaświadczenia o stanie cywilnym. Zwyczajnego, jak do kredytu. Formalności są szybkie. Ustala się termin, potem mamy 29 dni na złożenie całej dokumentacji. I to wszystko.
Ile kosztuje taki ślub?

225 funtów. Do dyspozycji jest piękna sala na ponad 100 osób. Można zamówić muzykę, wszystko, co się chce, jest czas na przemówienia.

Jak było u was?

U nas było skromnie. My, świadkowie i urzędniczka. Nie mogliśmy zabrać całej rodziny do Edynburga, bo zwyczajnie nie było nas na to stać.

Ale wesele się odbyło?

Oczywiście, u nas na wsi, w lokalu dyskoteki. Na 40 osób. Nawet chłopaki ze wsi grali na naszym weselu.

Nie obawiał się pan tego ślubu?

Bardziej wesela. Ale zdecydowaliśmy, że robimy wszystko na miejscu, nie będziemy ściemniać, nie będziemy uciekać do Łeby czy do Ustki i robić tajemnicy. Mamy na miejscu dyskotekę. Dlatego powiedziałem – wesele robimy tutaj. I nic się nie stało.
Wcześniej miałem jeszcze inne obawy. Gdy zostałem sołtysem, okazało się, że muszę w półtora tygodnia zorganizować festyn, a potem – tydzień po tygodniu – mam dożynki gminne i powiatowe. Bardziej niż organizacji, bałem się tego, co ludzie myślą. Ten festyn szczególnie był sprawdzianem. Wieczór, niektórzy popiją. Wiadomo, mogą być różne sytuacje. Obyło się bez niczego. Co ciekawe, obcy ludzie stawiali nawet piwo dla sołtysa!

Zna pan Roberta Biedronia?

Osobiście nie. Spotkaliśmy się tylko przy okazji, zrobiliśmy zdjęcie.

A porównują pana czasem do niego?

(Śmiech) Raczej nie słyszałem.

Jak mieszkańcy oceniają pana sołtysowanie? Bo mam wrażenie, że teraz dużo dzieje się w Pana miejscowości.

Spotkałem się z takimi głosami. Jak zostałem sołtysem, to pierwsze co zrobiłem, wywiesiłem na tablicy ogłoszeń mój numer telefonu. I zaraz słyszałem, wow, sołtys podał numer. Mnie to zdziwiło, bo jak sołtys może nie podawać kontaktu do siebie?

Albo rozpisałem wszystkie fundusze na co i ile zostało wydane, po czym podałem informację do publicznej wiadomości. I też ludzie byli zaskoczeni, bo wcześniej takie informacje były owiane tajemnicą.

Czuć Biedronia, niech mnie pan poprawi.

(śmiech)

Chodniki, grille, plac zabaw, siłownia – to za Pana urzędowania widać, że miejscowość zmienia się, a to raptem niecałe 4 miesiące...

Miałem półtora tygodnia na zorganizowanie festynu. Uruchomiłem swoje znajomości, załatwiłem sponsorów. Długopisy dla dzieciaków, traktor, wóz bojowy ze straży dla dzieciaków, miejsce na ognisko, drewno od leśniczego, chłopaków, którzy grali. Wszystko się udało. Od razu założyłem na FB stronę sołecką.

A potem udało mi się nawiązać kontakt z dyrektorem Zakładu Gospodarki Komunalnej oraz z wójtem. Jak wcześniej nie działo się w naszej miejscowości dużo, tak teraz udaje się coś robić. W urzędzie gminy słyszę: "dobrze, że to ty jesteś sołtysem".
Spytam przy okazji – odczuwa pan wpływ rządów PiS?

Szkoda czasu na komentowanie tego, co robią w kraju, to widzą wszyscy. Lokalnie władza nam nic nie zrobiła. Jedyne co, to wpłynęła na jedno, i to bardzo negatywnie. Za rok miała się zaczynać u nas budowa drogi ekspresowej. Miała przebiegać przez naszą miejscowość, nad rzeką Łupawą miała być półtorakilometrowa estakada na słupach. Dokładnie u nas miał być węzeł.

Teraz okazało się, że funduszy brak. Budowa drogi od Słupska do Gdańska zacznie się za 5 lat. To już bezpośrednio wpłynęło na status życia naszych mieszkańców. Zamiast np. jechać na lotnisko do Gdańska w 40 min, jedziemy w 2 godziny. Widocznie pieniądze poszły na 500+. A ostatniej zimy były już robione odwierty i badania, wszystko było robione wokół tej drogi.

Co zamiast? Ma pan konkretne plany na najbliższe miesiące?

Będziemy upiększać naszą wieś, ale zaczęliśmy myśleć o ludziach starszych, budować dla nich ławki. Chcemy przeznaczyć pieniądze na różne rajdy, wycieczki, spotkania dla dzieciaków. Żeby im pokazać naszą okolice. Dotychczas jeździły na wycieczki np. do Koszalina, a nie znają najbliższej okolicy. Chcemy aktywizować ludzi. Ustawiliśmy, np., grille. Ale nie chodzi o to, by zrobić super hiper nowoczesną wieś, ale żeby wyciągnąć ludzi z domów.
Nie boi się pan już mieszkać ze swoim partnerem na wsi?

Obawy pozostaną do końca. Ale te ostatnie miesiące nastawiły mnie mocno pozytywnie. I mimo iż słyszy się o homofobii, która faktycznie jest, bardzo mnie to podbudowało. Wybory na sołtysa i festyn pokazały, że myślimy stereotypami. Co innego komentarze w internecie, co innego realne życie na wsi, gdzie wszyscy się znają. I okazało się, że nie ma tragedii.

Zmieniła się świadomość ludzi na wsi. Ale na pewno nie wszędzie.

Chyba minęły już te lata, gdy gej kojarzony był z pedofilem, gdy uważane to było za zboczenie i powód do śmiechu. Dziś dla ludzi robi się to normalne. U nas może to efekt Roberta Biedronia. Może tego, że nasze rejony są takie, że każdy ma kogoś gdzieś – w Anglii, Holandii, ogólnie na Zachodzie. Również u nas jest międzynarodowa firma – jest dużo obcokrajowców, ludzie mają z nimi styczność. Wiedziała pani, że wszystkie frytki w McDonald's są od nas? Wszystko z pól koło mojej miejscowości!

Nie wiedziałam. Spytam jeszcze, jak drugi Łukasz odnajduje się u pana na wsi.

Ma takie same odczucia. Obaj powoli przekonujemy się, że życie dwóch facetów nie jest na wsi takie straszne. Powiem jeszcze jedną rzecz. U nas w gminie zrezygnował jeden radny. Wybory mają być w lutym. I już mnie namawiają, bym startował. Zawiązał się nawet komitet wyborczy.

Napisz do autorki:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl