Finał "Westworld” mógł być naprawdę szokujący. Ale wnikliwi widzowie i tak przechytrzyli twórców

Czyżby park rozrywki nie został stworzony dla odwiedzających go ludzi, ale dla hostów, które mogą w nim zyskać świadomość?
Czyżby park rozrywki nie został stworzony dla odwiedzających go ludzi, ale dla hostów, które mogą w nim zyskać świadomość? Fot. Kadr z serialu "Westworld"
Po bitwie opadł kurz, za nami wielki finał pierwszego sezonu "Westworld”. Dla wielu przedłużony odcinek końcowy zmienił wszystko, dla innych wyjaśnił bardzo niedużo. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że jeśli oglądaliście uważnie, finał potwierdził prawie wszystkie wcześniejsze przypuszczenia.

#SpoilerAlert! Nie czytaj dalej, jeśli nie widziałeś pierwszego sezonu serialu "Westworld” od początku do końca!

Nawet jeśli przewidzieliśmy większość "szokujących" zwrotów akcji, odcinek finałowy, podobnie jak cały sezon, oglądało się z prawdziwą przyjemnością. Ale koniec tych przechwałek – było kilka momentów, w których niezawodny Ford (Anthony Hopkins) i jego marionetki zaskoczyły nas wszystkich.

Przez całe dziesięć odcinków twórcy "Westworld” starali się nas przekonać, że park rozrywki to nie wszystko, ale zaledwie powierzchnia jakiejś większej i bardziej emocjonującej tajemnicy. Zagadkowe symbole miały doprowadzić bohaterów do labiryntu, w sercu którego kryła się odpowiedź na jakieś ostateczne, niezadane zresztą pytanie – tak przynajmniej wyobrażał to sobie mężczyzna w czerni.
Kiedy więc Dolores w bladym świetle dnia, bez większych ceregieli odgrzebała z ziemi pudełko z "labiryntem”, trudno było nie czuć rozczarowania. To naprawdę wszystko? Po to przez dziesięć odcinków ziemię zalewała krew, pot i łzy, żeby na końcu dostać jakąś dziecięcą zabawkę? To uczucie zawodu, które widz dzielił razem z Williamem, było bez wątpienia najlepiej zaplanowaną akcją twórców serialu.

Okazało się, że – tak jak do znudzenia powtarzały nam hosty – "labirynt nie jest dla nas”. Bo jesteśmy ludźmi i my nie musimy, jak oni, poszukiwać w sobie świadomości i wolnej woli. Labirynt okazał się więc sposobem na uwolnienie się hostów od wpływu ich twórców i zarazem jedyną drogą do tego, by praca Arnolda i w gruncie rzeczy również Forda została zwieńczona sukcesem.


Potwierdziło się to, czym fani emocjonowali się od wielu tygodni – narracja serialu prowadzona była na trzech płaszczyznach czasowych: "William i Dolores", "Dolores, mężczyzna w czerni i Ford" oraz "Arnold i Dolores". Dobrym tropem było więc zmieniające się logo "Westworld”, to, że William i człowiek w czerni nigdy się nie spotykali, a także kiełkujące po zdemaskowaniu Bernarda podejrzenie, że Dolores nie przeprowadzała swoich rozmów z nim, ale tak naprawdę z Arnoldem, przed jego śmiercią.
Jednak choć spodziewaliśmy się, że Billy i mężczyzna w czerni to ta sama osoba, przemiana Williama wciąż zrobiła odpowiednie wrażenie. Przemowa Dolores – o zawsze tak samo nieskazitelnie gładkiej twarzy – do starego mężczyzny na temat tego, że ludzkość przegrywa z czasem, a po jednych bogach przyjdą następni, po prostu wgniata w fotel.

Potwierdziła się też teoria, że Dolores i Wyatt to jedna i ta sama osoba, okrutny morderca, którego wszyscy tropią. To, że córka farmera ma krwawą przeszłość i morderstwo Alberta na sumieniu, to tylko jedna strona medalu. O wiele ciekawsze jest pytanie, czy bohaterce udało się uzyskać świadomość po raz pierwszy, jak twierdzi Ford, czy też dokonała tego już wcześniej, za czym optował Albert.

Jakkolwiek brzmi odpowiedź, ostatecznie to właśnie jej, a nie na przykład Maeve, udało się dojść do środka labiryntu. Jeśli w kolejnych sezonach dojdzie do ich spotkania i będzie miał miejsce zapowiadany na końcu "bunt maszyn”, Maeve mimo całej swojej superinteligencji będzie musiała oddać pierwszeństwo Dolores.
Już kilka odcinków temu dowiedzieliśmy się, że Bernard nie jest człowiekiem, ale jednym z hostów. Co pozwala przypuszczać, że hostów wśród ludzi jest więcej. A przynajmniej o jednego więcej, bo fani szczerze wątpią, że producenci zrezygnują z udziału Antony’ego Hopkinsa w kolejnych sezonach "Westworld”. Znając HBO w przyszłym sezonie okaże się, że w oszałamiającej końcowej scenie Dolores nie zabiła Forda, ale stworzonego przez niego hosta-sobowtóra, którego ten trzymał w szafie razem z identycznymi garniturami na każdy dzień tygodnia. Albo który załatwiał za niego wszystkie niewygodne sprawy.

Nieprawdopodobne? Cofnijmy się do sceny morderstwa Theresy w opuszczonym laboratorium – wówczas mogliśmy zauważyć, że za pomocą starej aparatury tworzony jest host poprzedniej generacji – nie tak doskonały, jak obecne, ale wciąż spełniający swoje funkcje. Albo scena pożegnalna między Bernardem i Fordem, podczas której kamera na chwilę zatrzymała się na dłoni tego ostatniego. Czy to nie za pomocą niedoskonałych dłoni odróżniano hostów od ludzi w pierwowzorze "Westworld”?
W pewnym sensie zaskakujący okazał się też być wątek Maeve. Nie chodzi o to, że przeistoczyła się w coś w rodzaju Terminatrix – o takim kierunku fabuły wiadomo było już od dawna. Zaskoczeniem było natomiast to, że wszystkie jej działania, cały plan ucieczki, był w istocie koordynowany przez jedynego prawdziwego władcę "Westworld”, Forda. Łącznie, jak podejrzewam, z jej nagłym opuszczeniem pociągu. Chwilę wcześniej Maeve dostała informację, gdzie w parku może szukać swojej córki. W pociągu usiadła na przeciwko matki z dzieckiem. Za dużo tych zbiegów okoliczności jak na tego typu serial.

Nie wszystko w odcinku finałowym okazało się być takie wspaniałe i zaskakujące. Prawdziwą bolączką były, podobnie jak w poprzednich odcinkach, ciągnące się jak flaki z olejem u ciotki Krystyny pseudo-filozoficzne dywagacje. Nie mówię, że zaznaczenie kilku problemów, z jakimi zmagają się dziś nauki kognitywne w stosunku do sztucznej inteligencji nie jest cenne i pomocne. Mówię, że dobra historia może obronić się sama, a po to mamy film, by ją pokazywać, a nie przegadać.
No cóż. Nadszedł moment ostatniej sceny, trup zaczął słać się gęsto, wielu głównych bohaterów zostało powalonych celnym strzałem dziewczyny w niebieskiej sukience. To koniec historii? Otóż nie. Jeśli wytrzymaliście te kilka minut przed telewizorem i zobaczyliście, co się wydarzyło po napisach końcowych, to wiecie już, czego dotyczyć będzie kolejny sezon. Podobnie jak to było w filmie "Świat Dzikiego Zachodu” z 1973 roku, Westworld okazuje się być bowiem zaledwie częścią większego parku rozrywki. Na kolejne przygody pojedziemy prawdopodobnie na Daleki Wschód. Ale na to przyjdzie nam poczekać aż do... 2018 roku.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...