
Bartłomiej Misiewicz, sprawca jednego z największych kryzysów wizerunkowych PiS, wrócił do MON. I pracuje na kolejne wpadki swojej partii. W "komunikatach" wydawanych przez resort wdaje się w publicystykę rodem z "Gazety Polskiej". Zarzuca np. "Gazecie Wyborczej" "prowadzenie działań dezinformacyjnych mających na celu obronę aparatu sowieckiego rządzącego w przeszłości Polską", a polityków PO nazywa "funkcjonariuszami".
Ledwo prokuratorzy podlegli Zbigniewowi Ziobrze oczyścili Bartłomieja Misiewicza z zarzutów stawianych mu przez PO (bez możliwości odwołania od decyzji), a młody współpracownik Antoniego Macierewicza wrócił do rzecznikowania. I to z przytupem, bo dwa ostatnie komunikaty prasowe Ministerstwa Obrony Narodowej bardziej przypominają twórczość Piotra Lisiewicza z "Gazety Polskiej", czy Krzysztofa Feusette z "wSieci".
Pierwszy z komunikatów jest wymierzony w "Gazetę Wyborczą", a główny zarzut to sianie dezinformacji.
Bartłomiej Sebastian Misiewicz
rzecznik MON
Drugi komunikat także jest o dezinformacji, która stała się ostatnio jednym z motywów przewodnich przewijających się w wypowiedziach Macierewicza i jego podwładnych. – "W związku z dezinformacjami upowszechnianymi m.in. przez funkcjonariuszy Platformy Obywatelskiej, Ministerstwo Obrony Narodowej stwierdza jednoznacznie, że projekt nowelizacji tzw. ustawy dezubekizacyjnej w ogóle nie dotyczy, ani żołnierzy poborowych sprzed 31 sierpnia 1990 r., ani zawodowych po 31 sierpnia 1990 r." – pisze Misiewicz.
Ciekawe, czy na członków Prawa i Sprawiedliwości też mówi "funkcjonariusze"?
Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl
