"Niegrzeczne" zdjęcia pana doktora. Osiemdziesiąt lat historii Polski w obiektywie Wojciecha Tuszko

Wojciech Tuszko przekazuje do Narodowego Archiwum Cyfrowego około 60 tysięcy swoich prac.
Wojciech Tuszko przekazuje do Narodowego Archiwum Cyfrowego około 60 tysięcy swoich prac. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta
Zdjęcia zaczął robić jeszcze przed wybuchem wojny, od lat jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, ale pierwszy wernisaż swoich prac miał dopiero w wieku 95 lat. O życiu w cieniu fotografii rozmawiamy z doktorem Wojciechem Tuszko


Kiedy zaczął pan fotografować?

Jeszcze przed wojną. Brałem aparat ojca i robiłem zdjęcia. Dla przyjemności, to nie była jakaś wielka sztuka, zwykłe fotografie rodzinne, czasem jakiś widoczek. Chyba się nie zachowały.

A potem wybuchła wojna. Co się wtedy z panem działo?

Mieszkaliśmy na Saskiej Kępie. Niedaleko stąd, przebiegała we wrześniu linia frontu, niemal przed naszym domem, przy ulicy Walecznych, stała bateria polskiej artylerii broniącej Warszawy. Przenieśliśmy się do rodziny w Śródmieściu. Na Saską Kępę wróciliśmy w 1940 roku, zamieszkaliśmy na Paryskiej 39.
Do tego mieszkania, gdzie teraz rozmawiamy?


Tak, mieszkam tu już od ponad 70 lat, codziennie schodzę po schodach trzy piętra, żeby nakarmić gołębie. Potem wchodzę. Teraz już często muszę przystawać, żeby odpocząć.

Pamięta pan okupację?

Saska Kępa wyglądała wtedy inaczej, to były właściwie przedmieścia. Z okien naszego mieszkania widziałem Wawer, pan wie? Widać było drogę na Mińsk i stację kolejki. Dziś, to już niemożliwe. Na te peryferia rzadko zapuszczali się Niemcy, nie było posterunków. Czasem spotkało się jakiś patrol i tyle.


Niemal idealne warunki do konspiracji.

To prawda. Mnie wciągnął mój brat cioteczny, a jednocześnie ojciec chrzestny, Tadeusz Miciński. Miał pseudonim „Prus”. Byliśmy w Narodowej Organizacji Wojskowej związanej ze Stronnictwem Ludowym. Tadek miał pseudonim, ale my mieliśmy tylko numery. Ja miałem „1005”.
To jakiś późny numer?


A skąd. Gdy dwadzieścia lat później spotykaliśmy się w gronie kombatantów, koledzy mówili, że mają numer, "dwa czy trzy tysiące ileś". Ja miałem 1005, co znaczy, że byłem piątą osobą w organizacji.

Czy w czasie okupacji robił pan zdjęcia?

Nie. Wróciłem do tego dopiero po wojnie. W czasie wojny byłem szkoleniowcem z zakresu technik hodowli bydła.

Na Saskiej Kępie?

Proszę pana, to była świetna praca. Dawała mi bardzo mocny "Ausweis", chroniący praktycznie w stu procentach przed wywózką w razie łapanki. Takich specjalistów, nie wywożono na roboty do Niemiec.
Brał pan udział w Powstaniu Warszawskim?

Właściwie nie. Dostałem rozkaz stawienia się na punkt zborny, ale gdy przyszedłem na miejsce okazało się, że stacjonował tam niemiecki oddział. Nie miałem tam czego szukać, wróciłem do domu, praktycznie bez możliwości nawiązania kontaktu z moim oddziałem. Gdzieś w połowie sierpnia, przez sąsiadkę, nawiązałem kontakt z batalionem saperów AK „Praga”. 1 sierpnia próbowali w 70 osób zdobyć "most Kierbedzia" broniony przez 900 ludzi z dywizji pancernej "Hermann Goering". Niemcy "przykryli" ich ogniem, mieli zabitych i rannych. Wycofali się i wrócili do konspiracji. Wtedy nawiązałem z nimi kontakt. Wycofaliśmy się na Pelcowiznę, a później do Choszczówki.

Koniec Powstania?

Dla nas tak. Broń zakopaliśmy jeszcze na Pelcowiźnie, a potem w Choszczówce stacjonowaliśmy po sąsiedzku z Niemcami.

Jak to?

My udawaliśmy grzecznych cywili, oni udawali, że w to wierzą. Byliśmy kimś "na kształt" sąsiadów.

Rozmawialiście ze sobą?

Pamiętam dwie rozmowy. Jeden oficer mówił, że walczył w Stalingradzie, ale takich walk, jak w Warszawie, to on nie widział. O powstańcach mówił, że to „prawdziwi fachowcy”. Innym razem, Niemcy byli bardzo poddenerwowani. Pytamy, co się stało, a oni tłumaczą, że wczoraj rosyjskie katiusze waliły tu, przedwczoraj tam, to teraz czas na nich. Bali się tych katiusz jak samego diabła.
Po zakończeniu okupacji wrócił pan do Warszawy?

Tak. I zaraz pojechałem do Łodzi na studia. Warszawska Politechnika jeszcze nie ruszyła, tymczasem w Łodzi można już było studiować.

UB aresztowała wielu żołnierzy AK. Pana ominęły represje?

Można tak powiedzieć. Brat cioteczny, ten co mnie wciągnął do konspiracji miał wyrok śmierci, który został zamieniony na dożywocie przez Bieruta. Wyszedł z więzienia w 1956. Mnie też aresztowano, ale ja miałem więcej szczęścia. W mieszkaniu na Paryskiej jeden z pokojów zajmowała spolszczona Żydówka. Przyjaźniła się z wyższym oficerem NKWD.

I co?

Gdy przyszli Rosjanie to mógłbym przysiąc, że dowodził nimi właśnie ten enkawudzista. Znaleźli list, który mnie pogrążał. Zakończyli rewizję, ale listu „zapomnieli” wziąć ze sobą. Mnie tylko przesłuchali i dali spokój.

Kiedy wrócił Pan do fotografii?

Po wojnie, ale też nie od razu. Gdzieś w 1953 roku. Gdy skończyłem studia zacząłem pracować jako chemik w Zakładzie Chemii Organicznej na Uniwersytecie Warszawskim. Kolega mnie namawiał, żebym zaczął pisać do miesięcznika „Fotografia” o przechowywaniu odczynników fotograficznych. Mieliśmy w zakładzie niezły aparat, uznałem, że dziennikarska uczciwość wymaga gruntownego zbadania tematu. Zacząłem fotografować.
Co było tematem tych zdjęć?

Praca, spotkania, zabawa, znajomi. Wydrukowano kilkadziesiąt z tych zdjęć. Większy sukces odniosłem jako publicysta.

Pisał pan o odczynnikach?

Nie tylko. Kiedyś zamieściłem tekst w „Fotografii”, w którym pochwaliłem zdjęcie hokeisty. Było poruszenie. I wielkie poruszenie wywołał ten tekst u „kolegów radzieckich” z "Sowietskoje Foto". Towarzyszka, Lidia Dyko, na dwóch stronach tekstu opieprzała mnie, że nie doceniam realistycznych tradycji sztuki sowieckiej, że sugeruję im formalizm.

Jak się skończyła ta historia?

W redakcji „Fotografii" zapanowała konsternacja. Koledzy nagrodzili mój „sukces” szczerymi oklaskami, a redaktor naczelny Zbyszek Dłubak, partyjny ale rozsądny człowiek, stwierdził, że „tłumaczyć się nie będziemy, dyskutować nie możemy, więc pominiemy sprawę milczeniem”.
Upiekło się panu.

Kilka lat później, ta Dyko przyjechała do Warszawy. Spotkaliśmy się i przy kieliszku wina powiedziała mi: „Wojtek, nie gniewaj się, musiałam. Takie były czasy”. I to prawda, takie właśnie były. I ja bardzo mam nadzieję, że nigdy już nie wrócą te dni, gdy jakiś pierwszy sekretarz, czy pierwszy prezes, będzie mógł narzucać dziennikarzom to, co mają napisać.

Panie Wojciechu, wchodzimy w politykę, a mieliśmy rozmawiać o fotografiach.

Całe nasze życie toczy się gdzieś w cieniu polityki.

Od ilu lat jest pan członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików?

Honorowym. Głosowanie w tej sprawie odbyło się w 1990 roku. Bałem się tego, widzi pan, ja nigdy nie prezentowałem jakoś publicznie swoich prac. Oceniałem prace innych, skopiowałem amerykańską fotokomórkę, eksperymentowałem z różnymi chemikaliami i odczynnikami, a nawet byłem autorem haseł w Encyklopedii PWN, tych dotyczących fotografii, ale pierwszy wernisaż moich prac, zorganizował mój wnuk dopiero w styczniu tego roku.
Po 80 latach od zrobienia pierwszych zdjęć?

Feliks Tuszko: Tak. Chcieliśmy, żeby coś zostało z tego, co widzi pan w tym pokoju. Całe nasze życie, naszego ojca zresztą też, obracało się gdzieś dookoła fotografii dziadka. Uznaliśmy, że warto je pokazać szerszej publiczności. Zorganizowaliśmy wystawę w "Pracowni Duży Pokój". Cieszyła się naprawdę wielkim zainteresowaniem, oglądali ją seniorzy, rodziny z dziećmi i młodzież.
Wojciech Tuszko: Zdjęcia wybierał Feliks, ja od 10 lat nie widzę po tym, jak przez błąd lekarski praktycznie straciłem wzrok. Potem, zdjęcia przeglądał jeszcze Jasiek Rolke. Wybrali co wybrali, ja chciałem dać więcej zdjęć „niegrzecznych”. Wie pan, że mnie koledzy nazywali "świn-Tuszko"?
A kiedy przyjmowano pana do ZPAF, nikt nie był przeciwny pańskiej kandydaturze?

Nie. Bałem się, że znajdzie się ktoś, kto zapyta, czy ktokolwiek widział zdjęcia Wojciecha Tuszko. Ale nikt nie zapytał. Gdy poproszono o zagłosowanie „za” przez podniesienie ręki w górę, ktoś z tyłu tylko zapytał, czy można podnieść dwie. To było strasznie miłe i wzruszające.

A skąd pomysł przekazania swoich zdjęć do Narodowego Archiwum Cyfrowego?

Feliks Tuszko: To trochę tak, jak ze zorganizowaniem wystawy. Chodzi o to, żeby całą spuściznę jakoś zabezpieczyć, niech cieszą się nią także kolejne pokolenia. Gdy w trakcie wystawy z taką propozycją wystąpili do nas pracownicy NAC, zgodziliśmy się.
Wojciech Tuszko: Oddaję około 60 tysięcy fotografii. Także te, z których jestem zadowolony, te które wiele dla mnie znaczą. Zdjęcia mojej Saskiej Kępy, takiej której nie ma już od lat. Ludzi, którzy od dawna nie żyją. Jest na przykład zdjęcie Tadeusza Kotarbińskiego zrobione w trakcie jakiegoś wykładu. Tadeusz miał tak, że gdy mówił do studentów, to miał zamknięte oczy. Dwadzieścia minut stałem z aparatem przy oku, żeby trafić w moment, gdy je otworzy. Udało się.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl