
"Zapraszamy wszystkich samotnych", "żeby nikt w tym wyjątkowym dniu nie został sam"... Wdzieliście takie zaproszenia na wigilie organizowane przez samorządy, czy różne organizacje? A zwróciliście uwagę na datę wydarzenia?
W młodości nic nie wskazywało na to, że tak się potoczy jego życie. Ale... na szczęście miał wypadek. Na swoje szczęście i tych tysięcy osób, które dzięki niemu co roku mają niezapomnianą Wigilię.
Jednocześnie zaczęło się też życie rodzinne - Mikołaj poznał Jolę z Sanoka, zamieszkali razem. Ale dyskoteki do rana się nie skończyły. Aż doszło do wypadku. Jego samochód dachował, on cudem wyszedł z auta bez szwanku. Jola prosi, by zmienił wreszcie tryb życia, on przyznaje, że czas najwyższy, ale... dzwonią koledzy. I wszystko wraca do dawnego rytmu. Aż nadchodzi rocznica wypadku i opamiętanie. A efektem tego opamiętania są dziś wigilie organizowane w paru miastach w Polsce, ale też i na świecie. I choć jest z tym niemało pracy, Mikołaj Rykowski jest w swoim żywiole.
Zaczęło się od Chorzowa od wigilii dla kilkudziesięciu samotnych osób. Dziś organizujemy wigilie dla tysięcy. Odbywają się już teraz nie tylko w Chorzowie, ale też w Katowicach, w Tarnowie, w Wiśle, w moim rodzinnym Kołobrzegu, po raz pierwszy w tym roku w Łodzi. No i w paru miejscach na świecie: w Cork w Irlandii, w Calgary i w Toronto w Kanadzie, czy nawet Cruz Machado w Brazylii. Co roku pojawia się jakieś nowe miasto. To idzie jak kula śnieżna.
"Wioskę rybacką" w Parku Śląskim w Chorzowie pomagał mu budować Darek, z którym Mikołaj się zaprzyjaźnił. W sumie to dzięki Darkowi organizowane są "Wigilie dla samotnych".
Darek zwierzył się Mikołajowi, że odkąd zmarli jego rodzice został sam. W każdą Wigilię odwiedza groby bliskich, a potem wraca do domu, wyjmuje sztuczną, przystrojoną choinkę, którą kupił już „gotową” – z ozdobami, ponieważ wiedział, że ubieranie choinki w pojedynkę nie należy do radosnych wydarzeń. Kiedy choinka, otrzepana z kurzu, już się pojawia, Darek zasiada sam do pustego stołu, na którym nie ma świątecznych potraw… One smakują tylko wtedy, kiedy spożywa się je w obecności bliskich, a Darek wie, że jego nikt nie odwiedzi… Mikołaj nie wahał się ani chwili. Zaprosił Dariusza do swojego domu na kolację wigilijną. Czytaj więcej
Jak zorganizować tak potężne przedsięwzięcie? Oczywiście, sam Mikołaj rady by nie dał. Potrzeba setek wolontariuszy i darczyńców. I na szczęście oni są i z każdym rokiem jest ich coraz więcej. – Okazuje się, że także wolontariusze to bardzo często osoby samotne. One w ten sposób zamieniają swoją samotność, swój życiowy dramat w coś wspaniałego i pomagają innym. Łatwiej im przyjść jako wolontariusze niż jako potrzebujący – tak Rykowski tłumaczy jeden z fenomenów tej akcji.
Mikołaj Rykowski nie wyobraża sobie, aby Wigilię obchodzić w inny dzień, niż 24 grudnia. Sam zauważa, że z roku na rok jest coraz mniej miast, w których samotni mogą liczyć na wspólną wieczerzę wigilijną tylko przed właściwym dniem. Jego zdaniem ze znalezieniem wolontariuszy na 24 grudnia nie powinno być problemu. – Mamy ludzi w kuchni, mamy kelnerów, mamy tych, którzy biorą udział w przedstawieniu. Oni wszyscy – nawet kelnerzy, choć ci na samym końcu – zasiadają do wspólnej wigilii. Bo to jest normalna wigilia, tyle że na wiele osób – tłumaczy Rykowski.
Praca w wolontariacie sprawia, że spotyka się mnóstwo ludzi, nawiązuje się wiele niesamowitych relacji i przyjaźni. My się ze sobą nawzajem we wspólnej pracy sprawdzamy. Czym innym jest praca za pieniądze, kiedy ze sobą rywalizujemy, a czym innym praca bez wynagrodzenia, gdzie jest wspólny cel. Tu wychodzi charakter człowieka.
Czy gdyby nie wypadek, byłby Pan tym człowiekiem, którym jest Pan teraz?
Nie da się tego powiedzieć. Ja się bardzo cieszę, że mogę dziś pomagać ludziom. Myślę, że wiele osób przeżywa w życiu coś, co zmienia ich wrażliwość. Jedni mówią, że narodzili się na nowo. Inni, że osiągnęli dojrzałość. Nie każdy musi przeżyć wypadek, by się zmienić.
Napisz do autora: tomasz.lawnicki@natemat.pl
