Sprzedawca flag przy rondzie de Gaulle'a w Warszawie.
Sprzedawca flag przy rondzie de Gaulle'a w Warszawie. Paweł Kalisz /naTemat

Wczorajszy dzień był szczególny, w polskie flagi zaopatrywali się zarówno uczestnicy związani z rządem PiS, jak i szeroko rozumianą opozycją. Sprzedawcy niechętnie prezentują swoje poglądy polityczne, ale trzeba przyznać, że dobrze rozumieją rynek i w ciągu roku zdążyli poznać oczekiwania klientów.

REKLAMA
– Stoję tu od godziny, ale na razie słabo idzie. Sprzedałam tylko kilka małych papierowych flag i dwie duże – mówi napotkana sprzedawczyni, która rozstawiła się ze swoim kramikiem w okolicach Banku Gospodarstwa Krajowego, kilkadziesiąt metrów od ronda Charles'a de Gaulle'a. Za godzinę z ronda ruszy czoło demonstracji zorganizowanej przez Komitet Obrony Demokracji. Data jest symboliczna, 35 lat wcześniej 13 grudnia generał Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Te duże są po 35 zł, ale można się targować. Wiadomo, zawsze trzeba tę piątkę opuścić klientowi – śmieje się.
Straganik malutki, wózek, z którego wystają flagi na długim kiju, obok nich są mniejsze, w koszyku leżą takie zupełnie malutkie, papierowe. Zamiast nich klienci mogą kupić trąbki, którymi manifestanci będą robić hałas na ulicy. Obok flag narodowych są też błękitne ze złotymi gwiazdkami. – Te unijne dzisiaj wzięłam z rozpędu, ale raczej się nie sprzedadzą. To nie ta data, nie to święto. Latem to szły jak woda – mówi sprzedawczyni.
Latem protesty były w większej mierze skierowane przeciwko rządowi, który nie publikuje wyroków Trybunału Konstytucyjnego. – Ludzie się oburzali, że nas Prawo i Sprawiedliwość od Unii odcina, to brali błękitne, żeby podkreślić swoją europejskość. Dziś 13 grudnia, pewnie by lepiej szły kukły Jaruzelskiego – dodaje moja rozmówczyni.
W Alejach Jerozolimskich takich straganów stało wczoraj więcej. Co ciekawe, nie przeszkadzały ani straży miejskiej, ani policji. – A kto mnie tu dziś zaczepi? Przecież jak mnie zwiną z majdanem to podniesie się krzyk, że policja próbuje ograniczać demonstrantów, którzy nie mają gdzie flagi kupić – śmieje się sprzedawca w okolicach Kruczej. Stoi na chodniku przy szkielecie po domu towarowym SMYK, po drugiej stronie alei policja otacza tłum prawicowców, którzy stroją na chodniku i czekają na manifestantów z KOD.
– Nie mam unijnych, ale nie dlatego, że ci tam krzyczą o dorzynaniu czerwonej hołoty. Po prostu nie wierzę, żeby unijne dziś się sprzedawały – tłumaczy sprzedawca. Prawicowców się nie boi, są szczelnie otoczeni przez policjantów. Jemu też dzisiaj biznes nie idzie, tłumaczy, że pewnie jest za zimno.
Na placu Trzech Krzyży widzę dwa stragany z flagami. Tylko biel i czerwień, żadnych kolorów
symbolizujących unię europejską. – Tutaj? Pogoniliby, spalili, policję nasłali, skarbówkę i wszystkich świętych – twierdzi sprzedawczyni. Dopiero rozstawia się ze straganem, manifestacja rządowa pod pomnikiem Witosa zacznie się za około półtorej godziny. Ma czas, w oczekiwaniu przytupuje i zaciera ręce. Jest coraz zimniej. Zostawiam sprzedawczynię z jej flagami i wracam do tej sprzed ronda de Gaulle'a sprawdzić, czy jakoś ruszyła sprzedaż. Za 10 minut powinna startować demonstracja KOD w kierunku placu Starynkiewicza i później na Nowogrodzką przed siedzibę PiS.
logo
Demonstranci 13 grudnia nie kupowali wielu flag na straganach. Paweł Kalisz /naTemat
– Słabo – mówi otwarcie sprzedawczyni. – Większość ludzi przyszła z własnymi, trochę tylko tych małych sprzedałam. Są lekkie, można wetknąć choćby za szalik czy kołnierz i ręce nie marzną – próbuje znaleźć wyjaśnienie, dlaczego dziś słabo idzie sprzedaż. – Za to poszło trochę trąbek – pociesza się.
Flagami handluje od kilku lat. – Na Euro szły jak woda, brat mi tylko nowe dowoził. Jak nasi grali, to trąbki kończyły się na długo przed meczem. Teraz jest słabo, ale latem, gdy szły te wielkie marsze KOD, było naprawdę nieźle – wspomina. Niechętnie mówi o swoich poglądach politycznych. – Ja tu po prostu próbuję sobie trochę zarobić. Polityka mnie nie interesuje. To tylko biznes – mówi.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl