
Po zachodzie słońca, Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe odebrało informacje, że na szlaku zabłądziło 80 osób. Dyżurni usłyszeli, że turyści "nic nie widzą i nie posiadają latarek". Po grupę wysłano samochody straży pożarnej. – Daliśmy im światło. Bo co innego można było zrobić – relacjonuje naTemat dyżurny TOPR-u.
Zbłąkani turyści utknęli na asfaltowej trasie do Morskiego Oka. Postawili na nogi wszystkie możliwe służy ratunkowe. – Wysłaliśmy do nich samochód straży pożarnej. Trzeba było świecić im pod nogi, żeby ułatwić znalezienie drogi. Turyści byli nieprzygotowani do takiej wycieczki i zaskoczyły ich ciemności. Już bezpiecznie zostali sprowadzeni ze szlaku – mówi naTemat dyżurny TOPR-u.
Ratownik był jednak wyrozumiały i nie pozwolił sobie na żadną złośliwość. A mógł, bo jak relacjonuje Tygodnik Podhalański: "Okazało się, że tak naprawdę transport potrzebny jest tylko jednej starszej osobie. Funkcjonariusze zaczęli legitymować turystów. Wtedy ci przestraszyli się i nagle przybyło im sił. Schodzą na nogach."
Turyści popisali się podobną niefrasobliwością jak bohaterowie akcji sprzed roku. Niemal o tej samej porze i w tym samym miejscu, zagubiło się dwustu turystów. Również nie na skale, ani w śniegu, tylko na asfaltowej drodze... Droga była wówczas oblodzona, a turyści słabo przygotowani do wycieczki.
źródło: Gazeta Krakowska
