
Damien Hirst kolonizuje świat sztuki za pomocą kropek. W 11 galeriach jednocześnie, w 8 miastach, na trzech kontynentach trwa gigantyczna wystawa, którą specjaliście od lukratywnych skandali zorganizował ekscentryczny kolekcjoner, Larry Gagosian. Szalbierstwo, efektowna wydmuszka, PR-owa gimnastyka – zżymają się krytycy. Choć są i tacy, których kropki Hirsta hipnotyzują w równym stopniu, co rosnące zera na koncie artysty.
REKLAMA
Wyobrażam sobie, jak Damien Hirst w zaciszu swojego gustownie urządzonego salonu czyta wielopoziomowe analizy swoich prac i szczerze się zaśmiewa. Jak przy szklaneczce czegoś mocniejszego dowiaduje się za pośrednictwem iPada, że jego sztuka to skowyt ponowoczesności. Wszystko, co dzieje się wokół jego dzieł, staje się bowiem ich integralną częścią. Hirst, z pomocą swoich asystentów, narysował setki, tysiące, może i miliony kropek. A publiczność wieńczy to dzieło, kreśląc linie znaczeń, łącząc kropki w coraz to nowe konstelacje, których istnienia sam Hirst nawet by nie podejrzewał.
Artysta, którego najsłynniejszym dziełem jest ludzka czaszka wykonana z platyny i wysadzana diamentami, musi mieć poczucie humoru oraz szacunek do pieniędzy. Te dwa komponenty były zawsze motorem twórczości Hirsta. Inna sprawa, że jego żarty nie śmieszą wszystkich. Cóż z tego, skoro krytyków Hirsta i tak nie byłoby stać na centymetr kwadratowy jego obrazu? Im bardziej denerwujący, niewygodny, prostacki intelektualnie robi się Hirst, tym droższe stają się jego dzieła na aukcjach i w galeriach. Artysta zbudował genialną definicję siebie, która – niczym definicja w tabelce programu Exel – błyskawicznie buduje mu przychody.
Damien Hirst pierwsze obrazy w kropkowany wzór, rzucony na białe tło, zaczął malować w 1986 roku. Nie był to szczyt nowatorstwa – miłość do kropek o zróżnicowanej wielkości i natężeniu barw artyści z kręgu Op-Artu przeżywali już w latach 60. Dzisiaj Hirst jest autorem niemal 1500 obrazów w kropki, spośród nich 331 trafiło właśnie do galerii Larry’ego Gagosiana w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, Genewie, Rzymie, Atenach, Hong Kongu oraz w Beverly Hills. Triumfalnego pochodu Hirsta przez światowe galerie sztuki z pewnością nie zatrzymają głosy krytyczne, towarzyszące wystawie. To woda na młyn Hirsta, który rozwija się i działa, kiedy ma z czego szydzić i od czego się odbić.
Damien Hirst to marka. Taka sama, jak Coca Cola czy zupy Campbell, sportretowane niegdyś przez Warhola. Nazywanie Hirsta nowym Warholem jest uprawnione, chociaż on sam widzi się pewnie bardziej w roli błyszczącej puszki niż Andy’ego. Hirst doprowadza do ściany strategie artystycznej dywersji. Oferuje nam abstrakcyjny kosmos z kolorowych kropek. Setki obrazów w różnych formatach, które można dopasować do wnętrz luksusowych biurowców, apartamentów i ambasad. Obrazów, które – wedle recenzji w „New York Times’ie” – „operują wizualnym Esperanto”, więc są zrozumiałe wszędzie i przez wszystkich. Sensu w kropkach mogą szukać i znawcy sztuki, i laicy. Mają identyczną szansę na to, że rozwiążą łamigłówkę, którą skomponował dla nich Hirst.
Czy to ważne, że – jak donosi „Daily Mail” – Hirst własnoręcznie namalował tylko pięć spośród obrazów prezentowanych w ramach wystawy, zatytułowanej „Damien Hirst the Complete Spot Paintings 1986-2011”? Nie sądzę. Inaczej: jestem pewna, że kwestia bezpośredniego autorstwa nie ma tutaj znaczenia. To nie Montmartre w XIX wieku. W supermarkecie sztuki XXI wieku sprzedaje się koncepty, a nie roboczogodziny spędzone przy sztalugach. Handluje się uczuciami i własnym nazwiskiem. Hirst robi to z wdziękiem, bo jest iluzjonistą. Takim, jakim był Warhol, a dzisiaj jest Banksy. Kropka. Kropka. Kropka.
