
Amerykańscy użytkownicy masowo kasują aplikację najpopularniej firmy przewozowej. O co chodzi? Prezes Ubera został posądzony o cyniczne wykorzystanie antyprezydenckiego strajku taksówkarzy. – Podlizywanie się władzy ze szkodą dla ludzi budzi moje najzwyklejsze obrzydzenie – mówi Michał Michalski, polski użytkownik Ubera, który teraz zamierza przerzucić się na konkurencyjne aplikacje.
Wszystko zaczęło się w Nowym Jorku. Stowarzyszenie tamtejszych taksówkarzy ogłosiło w minioną sobotę bojkot Portu Lotniczego imienia Johna F. Kennedy'ego. Kierowcy w ten sposób zaprotestowali przeciwko dekretowi Trumpa, który zakazał wstępu do USA osobom z siedmiu państw muzułmańskich.
Kto chociaż raz był w Nowym Jorku, łatwo zauważy, że właśnie miejscowi taksówkarze w większości są imigrantami. Bardzo dużo z nich pochodzi z krajów arabskich bądź z Indii. – Nasz związek zawodowy, liczący 19 tysięcy osób, mocno sprzeciwia się dekretowi Donalda Trumpa zakazującego wjazdu do kraju muzułmanom – napisali w oświadczeniu. – Jako organizacja składająca się w znacznej większości z muzułmanów, i w której pracownicy są prawie wyłącznie imigrantami, a także jako ruch, który broni uciskanych, nie zgadzamy się na taki niekonstytucyjny zakaz – podkreślają.
Bojkot taksówkarzy natychmiast został wykorzystany przez Ubera, którego kierowcy w sobotę pojawili się na lotnisku. Mało tego, firma ogłosiła, że tego dnia nie podniesie ceny kursów w kierunku Portu Lotniczego, rezygnując z dodatkowego zarobku. Prezes Ubera, Travis Kalanick, prezes Ubera, znalazł się ostatnio w radzie doradców Trumpa, co jeszcze dodatkowo oburzyło użytkowników popularnej apki.

Od kilku dni na portalach społecznościowych akcja #DeleteUber rozchodzi się w błyskawicznym tempie. Dotarła już do Polski, gdzie Uber także jest modny. – Nie wiedziałem, że są pro-trumpowi i nawet nie chodzi o ich poglądy polityczne, bo te prowadząc biznes, można zachować dla siebie. Podlizywanie się jednak władzy ze szkodą dla ludzi budzi jednak moje najzwyklejsze obrzydzenie. A gdy przy okazji wyszło też, że ich CEO dostał za swoje akcje stanowisko w radzie, był to dla mnie kolejny argument, że działania Ubera nie były apolityczne – mówi w rozmowie z NaTemat, Michał Michalski.
Do protestu odniósł się już polski oddział Ubera. Oto co usłyszeliśmy w biurze prasowym firmy: – Rzeczywiście prezes Travis Kalanick został doradcą prezydenta Donalda Trumpa, jako jeden z 18 reprezentantów przedsiębiorców z Doliny Krzemowej. Jako jeden z dwóch, skrytykował jednak antyimigracyjny dekret prezydenta. W żaden sposób nie nie miało związku ze strajkiem i chęcią przyjęcia większej liczby kursów – mówi Magdalena Szulc, odpowiedzialna z kontakt z mediami.
Magdalena Szulc, Uber Polska
Tłumaczenie Ubera nie wszystkich przekonuje, a Michał Michalski już szuka konkurencyjnych aplikacji, takich jak MyTaxi, czy iTaxi. Okazuje się, że usunięcie Ubera nie jest takie łatwe, a odinstalowanie ikonki z telefonu nie rozwiązuje umowy, bo konto wciąż jest aktywne.
– Ale można ją po prostu usunąć, z niej nie korzystać i nie dać zarabiać firmie, która chce zarabiać na ludzkiej krzywdzie – komentuje Michalski. – To zresztą nie pierwsze kontrowersje wokół tego startupu. Wiele mówiło i mówi się o unikaniu podatków, wyzyskiwaniu kierowców, obiecywaniu im gruszek na wierzbie, czy też nie branie odpowiedzialności za to co oni robią, bo przecież nie są ich pracownikami w sensie prawnym – mówi nasz rozmówca.
Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl
