Fabryka bólu i śmierci. Pod Bydgoszczą rozbili największą pseudohodowlę zwierząt. Umierały leżąc we własnych odchodach

Zwierzęta były trzymane w makabrycznych warunkach.
Zwierzęta były trzymane w makabrycznych warunkach. fot. Pogotowie dla Zwierząt/ Grzegorz Bielawski
Dręczone miesiącami, wystraszone, tonące we własnych odchodach. Makabryczna hodowla psów i kotów działała w Dobrczu pod Bydgoszczą. W sobotę Pogotowie dla Zwierząt oraz policja wkroczyły do tego najsmutniejszego miejsca w Polsce. – Pracuje w pogotowiu wiele lat, ale nigdy nie widziałem zwierząt żyjących, w takich złych warunkach – mówi naTemat Grzegorz Bielawski, który razem z policją brał udział w likwidacji hodowli.


Wegetowały w ciasnych i ciemnych klatkach oraz skrzyniach. Nigdy nie wychodziły na dwór, nikt też nie sprzątał odchodów, w których zwierzęta dosłownie brodziły. To straszne miejsce, gdzie cierpiało ponad 170 psów i kotów należało do małżeństwa, które sprzedawało zwierzęta pod przykrywką"Stowarzyszenie Przyjaciela Psa". Według naszych informacji, małżeństwo jest w rękach policji. Grozi im do trzech lat pozbawienia wolności.


– Wpadłem na trop tej hodowli dzięki czujności weterynarza oraz zbiegowi okoliczności. Kilka miesięcy temu do lekarza zgłosił się właściciel zakupionego psa. Chodziło małego buldożka francuskiego – mówi nam Grzegorz Bielawski z Pogotowia dla Zwierząt Pies był w bardzo złym stanie. Odwodniony, przeraźliwie chudy. Kiedy weterynarz ocenił, że jego leczenie będzie kosztowało około tysiąc złotych, właściciele postanowili go zwrócić – opowiada Bielawski.

– Zbieg okoliczności sprawił, że do tego samego lekarza, z tym samym psem zgłosili się kilka miesięcy później kolejni ludzie. Wtedy piesek był już w stanie agonalnym. Z weterynarzem skontaktowałem się dzięki znajomej. Wziąłem dane tych ludzi, adres hodowli i zawiadomiłem policję – kontynuuje nasz rozmówca.

Na szczęście policjanci nie zbagatelizowali problemu. Razem z Bielawskim przygotowali akcję wkroczenia na posesję właścicieli pseudohodowli. Mimo nakazu przeszukania, nie obyło się bez problemów.
– Chcę podziękować policjantom, bo okazali się fajnymi, niezmanierowanymi chłopakami, którzy nie uciekli w procedury. Miejsce, gdzie znajdowały się zwierzęta mieściło się w wypasionej willi. Wiedziałem, że właścicielka nie wpuszcza tam nikogo, nie odbiera też telefonów – kontynuuje opowieść Bielawski.


– Psy sprzedawane były przez ogłoszenia w internecie i tam był też telefon kontaktowy. Właścicielka nie mówiła niemal do samego końca, gdzie dokładnie jest dom. Użyliśmy podstępu: nasza koleżanka powiedziała przez telefon, że chce porozmawiać, bo zmarł jej pies kupiony u nich w hodowli.

Udało jej się dostać do środka – relacjonuje nasz rozmówca – Kiedy posesję otoczyła policja, właścicielka nie chciała wypuścić dziewczyny ani funkcjonariuszy. Zrobiła to dopiero po ostrych napomnieniach. To, co zobaczyliśmy w środku, naprawdę wszystkich nas mocno ruszyło ...
Według słów naocznego świadka, część psów leżała martwa na dziedzińcu, inne były rozmieszczone w bardzo małych pomieszczeniach. Wszędzie unosił się odór zwierzęcych odchodów. Podobno kobieta próbowała uniemożliwić przeszukanie kolejnych izb. A tam niemal w każdym kącie znajdowały się skrzynie z śmiertelnie wystraszonymi zwierzętami.
Łukasz Balcer
Dyrektor Schroniska dla Bezdomnych Zwierząt w Celestynowie

Pseudohodowle to patologia, a ich właściciele, powinni odpowiadać przed sądem. Niestety podobnych miejsc w Polsce może być nawet kilkaset. Wielokrotnie mieliśmy do czynienia z psami, które zostały do nas oddane, bo właściciele nie mogli sobie z nimi poradzić. Psy z takich pseudohodowli jest łatwo rozpoznać: przede wszystkim kosztują zamiast 2-3 tys. już nawet 400 złotych. Zazwyczaj sprzedawane są z "bagażnika", albo sprzedawcy umawiają się poza hodowlą. Najczęściej "podrabiane" rasy to teraz spaniele. Należy też pamiętać, że rasowa suczka powinna rodzić tylko raz w roku.

– Znaleźliśmy koty, które od urodzenia nie widziały światła. Psy, które wymagają natychmiastowej interwencji lekarza. Niektóre nie wychodziły z tych pomieszczeń od roku. Najgorsze jest to, że ci ludzie działali legalnie. Właścicielka była prezeską Stowarzyszenia Przyjaciela Psa. To prawdziwa ironia, że właśnie w ten sposób nazwali swoją działalność – mówi Bielawski.
Jak udało nam się dowiedzieć, małżeństwo z "domu złego" już prowadziło podobne miejsce w Bydgoszczy. Jak wynika ze śledztwa, rok temu uciekli stamtąd, kiedy coraz więcej osób zaczęło się przyglądać ich działalności. Niektóre zwierzęta, które były tam przetrzymywane, zostały odnalezione Dobrczu.

Za znęcanie się z wyjątkowym okrucieństwem małżeństwu grozi trzy lata więzienia. Od środy są zatrzymani przez policję. Niestety, takich hodowli w Polsce może być nawet kilkaset. Wiele schorowanych zwierząt nigdy nie odzyskuje zdrowia, ma problemy z agresją i najczęściej kończy w schroniskach. Należy więc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kupując rasowego psa "z okazji", nie przykładamy ręki do fabryki cierpienia.

Uratowanym psom można pomóc przez wpłacanie pieniędzy na numer konta bankowego Stowarzyszenia „Pogotowie dla Zwierząt” Pl. Pocztowy 4/6, 64-980 Trzcianka 87 1020 3844 0000 1702 0048 1093 z dopiskiem „likwidacja fabryki psów”.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl