
Premier Szydło miała wypadek i jest w szpitalu pod opieką lekarzy. Tylko tyle wydusili z siebie politycy PiS, przepytywani o stan premier. Opór przed informowaniem opinii publicznej o stanie zdrowia szefowej rządu jest zadziwiający. Zwłaszcza gdy porówna się to, z sytuacją zza Oceanu. – Wiedza o stanie zdrowia osób kluczowych w państwie to fundament tego, czy chcemy na tych ludzi głosować. Dlatego takie dane powinniśmy móc poznać – podkreśla w rozmowie z naTemat prof. Ireneusz Kamiński z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.
REKLAMA
Kilka lat temu do Sejmu wpłynął projekt ustawy zakładającej, że informacje o stanie zdrowia prezydenta, premiera oraz marszałków Sejmu i Senatu będą corocznie upubliczniane w formie specjalnego raportu. Na potrzeby Biura Analiz Sejmowych powstał wtedy dokument, z którego wynikało, że w Europie jedynie Łotwa ustanowiła przepis, że stan zdrowia głowy państwa, wyjęty jest spod ustawy o ochronie danych osobowych. W kilku innych państwach informacje te podawane są zwyczajowo. W Polsce projekt jakiejkolwiek regulacji ostatecznie upadł. – Nie jestem zwolennikiem, żeby każde zachowanie było uregulowanie przepisami, wiedza o stanie zdrowia osób na kluczowych pozycjach powinna być jawna – podkreśla prof. Kamiński.
Jak powinien zachować się rzecznik rządu w tej sytuacji?
Ja rozumiem, że to jest sytuacja kryzysowa. Dlatego trzeba dać państwu chwilę czasu, żeby jego funkcjonariusze ochłonęli. Mówiąc kolokwialnie: "ogarnęli się". A potem jak najszybciej powinni powiedzieć prawdę. Jako wyborcy mamy prawo ją poznać, bo to my wybieramy tych ludzi na stanowiska. A jeśli państwo przez kilka dni nie potrafi się "ogarnąć" z przekazywaniem takich informacji, nie świadczy to o nim najlepiej.
Każda informacja o polityku powinna być publiczna?
Taka, która mówi o jego zdrowiu na pewno. Zresztą po części również powinno być tak w kwestii życia prywatnego. Przecież informacja o tym, że ktoś jest niewierny jest istotna z punktu widzenia, czy chcemy na taką osobę głosować. Mamy prawo wyrobić sobie opinię.
Politycy nie lubią mówić prawdy o stanie swojego zdrowia.
No tak, w Polsce tylko premier Leszek Miller po wypadku śmigłowca którym leciał zdobył się na powiedzenie prawdy. O dolegliwościach kardiologicznych mówiło się szeptem. Nikt ich nie chciał oficjalnie potwierdzić. Podobnie nie ustają plotki o chorobie wieńcowej Jarosława Kaczyńskiego. A to powinna być wiedza ogólnodostępna. To jest uczciwe, jeśli wyborca wie, czy jego kandydat nie ma np. kłopotów z psychiką.
A za granicą?
Europa jest pod tym względem skostniała. Tylko w kilku państwach dobrym obyczajem jest przekazywanie wiedzy o zdrowiu czołowych polityków do publicznej wiadomości. Tylko na Łotwie uregulowanie jest to prawnie. We Francji informacjom o raku prostaty Francois Mitterranda zaprzeczano do końca jego prezydentury. Dziennikarze, którzy to ujawnili stanęli nawet przed sądem.
A w USA?
Tam też regulacji prawnych nie ma. Swego czasu ukrywano niepełnosprawność Franklina D. Roosevelta i choć jeździł na wózku, to w czasie wystąpień publicznych stał podtrzymywany przez ochroniarzy. Sztab Johna F. Kennedy'ego też zaprzeczał jego jakimkolwiek chorobom. Dziś jest inaczej. Wszystko podawane jest do wiadomości.
Dlaczego?
Bo oni doskonale czują, że tak jest uczciwie, że to jest ich obowiązek. Politycy sami się tam wystawiają z takimi informacjami. Tak się zachowuje państwo przyzwoite.
Napisz do autora:przemyslaw.penconek@natemat.pl
