
Zaczęło się od listu Julii w "Gazecie Wyborczej", w którym opisała, że została wyrzucona z salonu golibrodów, do którego poszła by towarzyszyć koledze. Według jej relacji panowie zachowywali się grubiańsko i wskazali jej naklejkę zakazu wprowadzania kobiet, zaprojektowaną analogicznie do zakazu wprowadzania psów. Teraz sprawą zajmą się prawnicy.
REKLAMA
Panowie pracujący w salonie odnotowali zamieszenie, które powstało wokół ich działalności. "Zrozumienie dla barbersów płynie z każdego zakątka Polski!" - napisali wczoraj na swoim fanpejdżu na Facebooku. Dziś okazało się, że sprawą kobiety, którą wyrzucili z lokalu, zajmie się Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego.
List kobiety opublikowała "Gazeta Wyborcza". Natychmiast w sprawę zaangażowali się prawnicy, którzy przeciwdziałają dyskryminacji. Skierowali do firmy pismo z prośbą o wyjaśnienia. "W piśmie wyjaśniliśmy właścicielom zakładu barberskiego dlaczego naszym zdaniem możemy mieć w tej sytuacji do czynienia z zakazaną przez prawo dyskryminacją ze względu na płeć. Stworzyliśmy również możliwość uzasadnienia swojego stanowiska przez fryzjerów" - komentuje Eliza Rutynowska z PTPA.
Sama kobieta, którą wyrzucono z lokalu z powodu płci, podkreśla, że fryzjerzy nie mieli prawa tak się zachować. "Kazano mi wyjść ze zwykłego, usługowego lokalu, który niczym nie różni się od innych tego typu miejsc. Dodam, że zakaz wprowadzania kobiet jest jedynym obowiązującym w tym miejscu zakazem, więc rozumiem, że mężczyzna chcący zgolić brodę, może tam wnieść absolutnie wszystko, łącznie ze zwierzętami i bronią i wtedy problemu nie ma. To jest skandaliczna sytuacja, poczułam się w tamtym momencie gorzej niż kiedykolwiek, a naprawdę mam bardzo duży dystans do siebie. Jednak „zakaz wprowadzania kobiet” jest poniżej jakiegokolwiek poziomu i jeśli miał być śmieszny, to nie był" - napisała kobieta.
źródło: Wyborcza.pl
