Najwyższy czas pokazać, że premier rządu stać na taką samą niezależność od woli prezesa PiS, jaką pokazał prezydent Andrzej Duda.
Najwyższy czas pokazać, że premier rządu stać na taką samą niezależność od woli prezesa PiS, jaką pokazał prezydent Andrzej Duda. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Gdy prezes PiS Jarosław Kaczyński nazwał posłów kanaliami i zdradzieckimi mordami, premier Szydło pierwsza biła mu brawo. Choć poniżana, odsuwana na boczny tor, nigdy nie zdobyła się choć na jeden gest niezależności od szefa partii. A może nadszedł czas, gdy Szydło powinna pokazać, że to premier stoi na czele rządu?

REKLAMA
– Beata Szydło to malowany premier, kukiełka sterowana przez Jarosława Kaczyńskiego – powiedzieć, że wpisów podobnej treści pełno jest w internecie to jakby nic nie powiedzieć. W sieci aż wrze od postów pełnych słów krytyki pod adresem premier, która robi tylko to, co wskaże jej Jarosław Kaczyński. Firmuje swoim nazwiskiem wszystko, co zostanie postanowione w biurowcu przy ulicy Nowogrodzkiej. Mało kto ma jeszcze złudzenie, że prawdziwym premierem jest Jarosław Kaczyński, a premier Szydło wypełnia jedynie funkcje pomocnicze.
Niczym zderzak w samochodzie. Każde auto musi go posiadać, ale mało kto tak naprawdę zajmuje się jego wyglądem. Zderzak ma jedno zadanie – przyjmować na siebie wszystkie uderzenia, do jakich dojdzie na skutek błędnych decyzji kierowcy. Musi być wytrzymały, ale jednocześnie na tyle plastyczny, żeby drobne uszkodzenia nie skutkowały potrzebą wymiany całego auta lub co gorsza obrażeniami kierowcy.
Broszka
Gdy "wyszło szydło w worka" i ogłoszono nazwisko kandydata na premiera, wielu obserwatorów sceny politycznej widziało w Szydło drugiego Kazimierza Marcinkiewicza. Człowieka, który swoją osobą będzie firmował rząd i kierował jego pracami. Owszem, podatnego na naciski ze strony Jarosława Kaczyńskiego, ale jednak w jakimś stopniu niezależnego. Nic takiego nie miało miejsca, niezależność pani premier ogranicza się tylko do podjęcia decyzji, jaką broszkę przypiąć do żakietu. Wszystkie decyzje zapadają w cieniu gabinetu w siedzibie partii przy Nowogrodzkiej.
Beata Szydło na nowo definiuje pojęcia „wolność”, „niezależność”, a proces ten zaczął się na długo przed rozpoczęciem batalii o Trybunał Konstytucyjny. Z chwilą podjęcia decyzji o niepublikowaniu wyroków TK premier Szydło zeszła z drogi ku demokracji i weszła na meandrującą ścieżkę ku rządom autorytarnym. Ale to nie ona będzie beneficjentem tych rządów, za to na niej skupi się być może za kilka lat uwaga sędziów Trybunału Stanu, jeśli ten będzie miał kiedyś okazję badać okoliczności łamania prawa i konstytucji w Polsce.
Beata Szydło jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Z jednej strony musi mieć świadomość, że dalsza spolegliwość wobec Jarosława Kaczyńskiego może nie zaprowadzi jej na szafot, te czasy już minęły (miejmy nadzieję, że bezpowrotnie). Ale dzień, w którym PiS przegra walkę o władzę może być ostatnim w jej karierze politycznej. Pozostanie rozpamiętywanie jej kilku chwil blasku i chwały w rodzinnym Pocieszynie. No i nowa droga dojazdowa do wsi, szeroka, równa, asfaltowa, oraz mała broszka z literami układającymi się w napis „500+”. Trochę mało jak za cenę, którą przyjdzie jej zapłacić.
Dziś Beata Szydło nawet o włos nie wychodzi poza kierunek wytyczany przez Jarosława Kaczyńskiego. Gdy on obraża posłów opozycji, jako pierwsza bije mu brawo. Przykład innego polityka wskazuje jednak dobitnie, że wcale nie zawsze tak musi być. Zawsze jest czas, by wybić się na niezależność.
Dał jej przykład Andrzej Duda
Jeszcze kilka dni temu mało kto przypuszczał, że Andrzej Duda sprzeciwi się woli lidera partii, której zawdzięcza swoją oszałamiającą karierę polityczną. Wszak to dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu Duda piastuje dziś najwyższy urząd w państwie i stoi na straży konstytucji. To znaczy powinien stać, bo w ciągu ostatnich niemal dwóch lat miał z wypełnianiem tego obowiązku niejakie problemy. Nie zapobiegł powołaniu nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego w sposób dalece odbiegający od zasad opisanych w Konstytucji. To Duda odpowiada za postawienie na czele TK sędzi Przyłębskiej, osoby która w żaden sposób nie zasłużyła na piastowanie takiej funkcji. To wreszcie Duda oddał zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi, które minister Antoni Macierewicz demoluje na wiele sposobów.
A mimo tego, Andrzej Duda potrafił zdobyć się na chwilę odwagi i przeciwstawił się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Prezydent zawetował dwie z trzech ustaw o sądownictwie. Można się zżymać, że wykonał tylko dwie trzecie z tego, co do niego należało, można snuć teorie spiskowe, że działał w ramach misternego planu, którego celem jest ocieplenie wizerunku głowy państwa. Nie brakuje podobnych teorii w sieci, ale fakty są takie, że wczoraj kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości ewidentnie stanęło wobec wizji wielkiego pożaru, który strawi tę partię. W akcji gaśniczej dzielnie walczyła premier Szydło, która dziwnym trafem wygłosiła swoje orędzie do suwerena w tym samym momencie, gdy do narodu przemawiał Andrzej Duda.
Przystanek "Niepodległość"
Józef Piłsudski, na którego spuściznę tak często powołują się politycy PiS powiedział kiedyś, że jechał czerwonym tramwajem socjalizmu aż do przystanku „Niepodległość”, na którym wysiadł. Te słowa nie mogły się spodobać jego dawnym towarzyszom z PPS. Wydaje się, że podobny krok powinna rozważyć premier Beata Szydło. PiS był tym tramwajem, którym dojechała do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Czas zauważyć, że w Alejach Ujazdowskich już od lat nie ma torów tramwajowych i wagon PiS prędzej czy później będzie musiał się wykoleić. To może być ostatni moment dla premier Szydło, żeby wysiąść. Przypuszczalnie nie uda się uniknąć licznych zadrapań, ale może uda się zachować twarz.