Otwarcie apteki w Zielonej Górze. Zdjęcie poglądowe.
Otwarcie apteki w Zielonej Górze. Zdjęcie poglądowe. Fot. Agnieszka Wocal / Agencja Gazeta

Jedna informacja o rzekomej awarii w belgijskiej elektrowni wystarczyła, by Polacy masowo ruszyli po płyn Lugola i jod. Największe zatrzęsienie apteki przeżyły na początku tygodnia. Jeden z farmaceutów wyliczył, że tylko jednego dnia o preparaty z jodem zapytało aż 50 osób. – Kupowali, panika jest. Ludzie naczytają się głupot w internecie i od razu do aptek. Teraz od dwóch dni jest spokój – słyszę od innej pracowniczki apteki.

REKLAMA
Wieść o rzekomej awarii w belgijskiej elektrowni Tihange gruchnęła przed tygodniem. "Skażenie radioaktywne nad Polską", "chmura radioaktywna zagraża Polsce"– pisali internauci. Niektórzy deklarowali, że już wzięli sprawy w swoje ręce i wybrali się do aptek po jod, czy płyn Lugola. Dodatkowo nakręcał ich fakt, że w niemieckim mieście Akwizgran za darmo wydawano tabletki stabilnego jodu (więcej o jodzie pisaliśmy tutaj). Takie same przyjmowano po wybuchu w Czarnobylu. Mają one zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka tarczycy w przypadku uwolnienia szkodliwego promieniowania.
Szkodliwe skutki przyjmowania płynu Lugola
(za portalem Abczdrowie.pl)

"Picie płynu Lugola może powodować podrażnienia błon śluzowych, zapalenie skóry, swędzenie czy nadżerki. Występują również: gorączka, powiększenie węzłów chłonnych i wysypka. Przyjęcie zbyt dużej dawki jodu może skutkować też zatruciem jodem, ciężkimi zaburzeniami oddychania oraz serca". Czytaj więcej


Tego pędu Polaków do aptek nie zatrzymały nawet zapewnienia Państwowej Agencji Atomistyki, która wydała oświadczenie i uspokajała w nim, że żadnej awarii nie było i żadne zagrożenie radiacyjne na terenie Polski nie istnieje. PAA w komunikacie wyraźnie napisała, że: "dystrybucja tabletek ze stabilnym jodem na terenie okolic elektrowni jest działaniem wynikającym z polityki bezpieczeństwa i nie wynika z jakiejkolwiek sytuacji awaryjnej". Poza tym, PAA przestrzega przed przyjmowaniem na własną rękę preparatów z jodem. O to samo apelowało zresztą polskie Ministerstwo Zdrowia. – Jod, jak każdy lek, może powodować działania niepożądane, dlatego nie należy przyjmować go na własną rękę – ostrzegali przedstawiciele resortu.
logo
Komunikat polskiego MSZ w sprawie elektrowni Tihange w Belgii Fot. Screen ze strony Mz.gov.pl

Masowe ruszenie

Ale co tam oświadczenia, zapewnienia i ostrzeżenia ministerstwa, PAA. Polak swoje wie, i to najlepiej. Dlatego już w piątek mieszkańcy różnych polskich miast udali się do farmaceutów.
– Zaczęło się w okolicach piątku, soboty. Od poniedziałku, a także we wtorek i środę co druga osoba pytała o Lugol. Z 50 osób dziennie – wylicza farmaceuta z Wrocławia. Podkreśla, że w hurtowniach zabrakło i jednego, i drugiego preparatu.
Farmaceuta z Wrocławia

Panie z hurtowni przez infolinię w poniedziałek pytały, co to za epidemia nastąpiła.

– Kupowali, panika jest. Ludzie naczytają się głupot w internecie i wykupowali. Teraz od dwóch dni jest spokój. Ale panikę zrobili. Jodu było dużo, gorzej z płynem Lugola, w którymś momencie w hurtowni brakowało – przyznaje inna farmaceutka. Zresztą sami pracownicy aptek w piątek nie wiedzieli, co takiego się stało, że co trzeci klient prosi o płyn Lugola.
logo
Płyn Lugola kosztuje około 25 zł. Fot. Screen ze strony Allegro.pl
– Największe zainteresowanie tymi rodzaju preparatami było od piątku wieczorem. Kiedy wreszcie trzecia osoba zapytała o jod, to ja zapytałam, skąd takie zainteresowanie. I wszystko się wyjaśniło – dodaje inna farmaceuta z Wrocławia.
Farmaceutka z Wrocławia

Była taka pogłoska, że lekarz przekazał informacje, by zabezpieczyć się w preparaty z jodem. Klienci nie mieli recept, ale tego rodzaju preparaty, myślę o płynie Lugola, ogólnie są dostępne bez recepty. I płynu Lugola, i suplementów na bazie jodu zabrakło w aptekach. Ale już jest spokojniej.

Ale nie tylko we Wrocławiu robiono zapasy jodu. To samo w Warszawie. – Kupowano częściej niż zwykle – mówi farmaceutka ze stolicy. Nie ma czasu dłużej rozmawiać, bo w aptece czekają na nią klienci.
Farmaceuta z Poznania

Ludzie byli przekonani, że była awaria elektrowni. I bardzo często przychodzili do aptek po jod, płyn Lugola. To była epidemia. Nawet jak mówiliśmy, że nie ma zagrożenia i że w Niemczech rozdawali tabletki, ale nie kazali łykać, to niektórzy byli bardzo oburzeni. Odradzaliśmy im.

– W poniedziałek i wtorek ludzie chcieli kupować jod, płyn Lugola, później już nie – słyszę w jednej z aptek w Poznaniu. Jak to tłumaczyli?– Mówili, że było to związane z awarią elektrowni w Belgii i dlatego wykupowali jod. Domyślałyśmy się, o co chodzi. Tych preparatów później już nie było w hurtowniach – rozwija. Inna pracowniczka apteki z tego samego miasta dodaje: – Był szał w związku ze sprawą belgijskiej elektrowni. W hurtowniach płynnego Lugola brak.
Pracownik apteki

Mieliśmy wzmożone zapytania. Argumentacja była rożna. Niektórzy po prostu nie podawali żadnych powodów. Niektórzy mówili, że słyszeli o awarii. Bez problemu można kupić jod, ale potrzebna jest recepta. Ci, którzy nie mieli recepty, poszli się o nie starać do swoich lekarzy rodzinnych. Produktów zabrakło nam na bardzo krótko. Generalnie można powiedzieć, że nie było takiego problemu. Teraz to ucichło.

A co w Słupsku? Media informowały, że w słupskich aptekach brakuje jodu w tabletkach. – W tym momencie, to ucichło. Przez weekend zainteresowanie było. Ale teraz już nikt nie przychodzi – słyszę po drugiej stronie słuchawki. Doświadczeni farmaceuci doskonale wiedzą, że "jodowa panika" pojawia się co jakiś czas. – Zadziwiające zjawisko. Farmaceuta czuje się, jakby mówił do ściany. Nieważne jakim tonem się mówi i jakich argumentów używa, w głowie pacjenta jest tylko jedno słowo – jod – opisał Łukasz Waligórski, farmaceuta i redaktor naczelny portalu Mgr.farm.