
Nigdy nie będą liderami, nigdy nie będą wytyczać głównego nurtu dobrej zmiany. Ale ich bezwstyd i moralne lokajstwo czyni z nich piekielnie skutecznych pożytecznych idiotów.
REKLAMA
Luty 2017. Arkadiusz Mularczyk zostaje oficjalnie przyjęty do PiS. Dopiero 1,5 roku po tym, gdy w ramach rozgrzeszenia za grzech zdrady (Solidarna Polska) zdobył mandat poselski z list Zjednoczonej Prawicy.
Marzec 2017. Trybunałem Konstytucyjnym od kilku miesięcy kieruje Julia Przyłębska, a trup tego niezależnego organu stygnie po grudniowych awanturach. Najwięksi optymiści wśród przeciwników działań PiS nie mają wątpliwości, że na TK trzeba postawić krzyżyk. Ale jest jeszcze Sąd Najwyższy. Trybunału obronić się nie udało, SN wydaje się bastionem nie do ruszenia. I wtedy, "cały na biało", wkracza poseł Mularczyk. Wraz z "grupą posłów" składa do TK wniosek, w którym przekonuje, że prof. Małgorzata Gersdorf została wybrana na prezesa Sądu Najwyższego niezgodnie z konstytucją. Chodzi o rzekomo niekonstytucyjny regulamin SN z... 2003 roku, a więc sprzed 14 lat. Już sam ten fakt wystarczy, by stwierdzić, że PiS szukał po prostu bata na "nieprawomyślną" Gersdorf, a Mularczyk dał temu swoją twarz. Rozstrzygnięcie sprawy przez Trybunał jeszcze przed nami.
Lipiec 2017. Julia Przyłębska ma problem. Sąd Apelacyjny na wniosek byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego pyta Sąd Najwyższy, czy aktualna szefowa Trybunału ma "zdolność sądową", a więc czy została wybrana legalnie. Poseł Mularczyk zjawia się na posterunku. Wraz z "grupą posłów" składa wniosek, by TK uznał, że możliwość badania przez sądy prawidłowości powołania prezesa Trybunału jest niezgodna z Konstytucją. I tu prawdziwa "sensacja". 11 września sędziowie TK orzekają po myśli Mularczyka, czyli sądy nie mają nic do gadania.
Sierpień 2017. Słychać zapowiedzi jesiennej szarży PiS na media pod wdzięcznym hasłem "repolonizacja". Głównym celem mają być niemieckie koncerny. Czas zrobić podkład, wzniecając ogień antyniemieckiej retoryki, idąc za sygnałem Jarosława Kaczyńskiego z lipcowego kongresu Zjednoczonej Prawicy ("Polska nigdy nie zrzekła się odszkodowań za straty wojenne"). Wyzwanie podejmuje Arkadiusz Mularczyk. Składa w Biurze Analiz Sejmowych wniosek o przygotowanie ekspertyzy dotyczącej możliwości otrzymania od Niemiec reparacji wojennych. Prowokacja się udaje. Polacy przez kilka tygodni słyszą o niezapłaconym rachunku Niemców. W końcu BAS publikuje opinię. Oczywiście po myśli Mularczyka i PiS, reparacje się należą.
Wrzesień 2017. Poseł Mularczyk pisze na Twitterze, że "niebawem ruszą sprawy sądowe i prokuratorskie wobec totalnej [opozycji]". O co mu chodzi? Nie wyjaśnia, ucieka przed pytającymi o to dziennikarzami TVN-u. Co jeszcze bardziej kuriozalne, wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki precyzuje, że Mularczykowi chodziło o... "sprawy, które są powszechnie znane". Jak u Kafki. Jakie ciążą zarzuty? Poważne. Jakieś szczegóły? Szczegóły szczególnie szokujące.
Tak oto kariera posła Mularczyka kwitnie pod rządami dobrej zmiany. Takich "mularczyków" jest więcej – nie tylko w Sejmie, ale i w mediach, spółkach, instytucjach państwowych. Idą o dwa kroki za linią frontu, nie mają charyzmy ani politycznej siły, by stać się liderami. Nie mają też moralnego kręgosłupa, co dziś staje się ich największą kompetencją. Nie hamletyzują jak np. wicepremier Gowin. Gdy trzeba wrzucić granat do szama, robią to, nie bacząc, że ich też obryzga.
To prawda, że każda władza opiera się na takich ludziach. Wygrywa ta, której "służalczycy" mają mniej skrupułów. A tu poseł Mularczyk jest fenomenem.
