
"Gazeta Wyborcza" opublikowała listę bulwersujących przypadków, które są skutkiem reformy edukacji przeprowadzonej przez Annę Zalewską. Przykład? W jednej z miejscowości w Wielkopolsce dzieci nie mieszczą się w budynku, więc... uczą się w kontenerach.
REKLAMA
Szefowa MEN uspokajała, że reforma edukacji jest dobrze przygotowana, więc zarówno uczniowie, jak i rodzice, nie mają się czego obawiać. Spokojni mieli być także nauczyciele. A jak wygląda rzeczywistość?
W niektórych podstawówkach, które utworzono w miejscu gimnazjów, nie ma nowych uczniów (np. SP nr 73 w Poznaniu). Inne mieszczą tylko kilkanaście osób.
Podręczników nie ma w prawie 400 szkołach. Nauczyciele zgłaszają, że część książek dotarła, ale nie są to te, które zostały zamówione. Nie wiadomo, ile potrwa wymiana.
Część uczniów musi przemieszczać się między szkołami.Uczniowie z SP nr 10 w Bydgoszczy pokonują kilometr, by dotrzeć do budynku gimnazjum, gdzie są pracownie fizyczne i chemiczne.
W ruchu są także nauczyciele. Muszą zbierać godziny w różnych placówkach, by złożyły się na jeden etat. Mówi się o nich "szkołokrążcy" albo "nauczyciele objazdowi". Jak podaje "GW", tylko w Warszawie jest ich 10 razy więcej niż rok temu.
Tak jak są szkoły, gdzie brakuje dzieci, tak i są podstawówki przepełnione. To skutek tego, że w szkołach uczy się dodatkowy rocznik, czyli klasy siódme. "W SP nr 56 w Katowicach dzieci noszą ze sobą ławki i krzesła, bo w części sal brakuje dla nich miejsc. Powstała tam 34-osobowa klasa siódma. W krakowskiej SP nr 40 przewidzianej na 340 uczniów uczy się ich aż 670. Lekcje kończą się o 18.10, a dyrekcja zaproponowała, by wf. prowadzić w soboty. Problem dotyczy nie tylko dużych miast – w wielkopolskich Wirach dzieci nie mieszczą się w budynku, więc uczą się w blaszanych kontenerach" – czytamy w "Wyborczej".
Źródło: "Gazeta Wyborcza"