Hibo Wardere w książce "Cięcie" opisuje okrutny rytuał okaleczania narządów płciowych dziewczynek i jego konsekwencje. Doświadczyła go na własnej skórze jako sześciolatka.
Hibo Wardere w książce "Cięcie" opisuje okrutny rytuał okaleczania narządów płciowych dziewczynek i jego konsekwencje. Doświadczyła go na własnej skórze jako sześciolatka. fot. Dariusz Kadej / Prószyński Media

Jako sześciolatka przeżyła piekło. Jak setki milionów dziewczynek na całym świecie została okaleczona w imię tradycji. Bez znieczulenia, tępą żyletką, odcięto jej zewnętrzne narządy płciowe, a potem zszyto ranę. Skutki tego bestialstwa odczuwa do dziś. W swojej książce "Cięcie" Hibo Wardere, która przeniosła się z Somalii do Wielkiej Brytanii, pragnie uświadomić, że ochrona dziewczynek jest obowiązkiem nas wszystkich, a egzotyczna z pozoru praktyka to element zbyt dobrze znanej męskiej kontroli nad kobiecą seksualnością.

REKLAMA
Czy nadal odczuwa pani ból z powodu okaleczenia sprzed lat? Czy boli panią teraz?

Tak. Ten ból wrasta w człowieka. Staje się częścią tożsamości. Niechcianą częścią, ale mimo wszystko czymś, co zawsze jest obecne.
Wkrótce po tym, jak uciekła pani z Somalii do Wielkiej Brytanii, poprosiła pani ginekolożkę o to, by panią "otworzyła".
To złagodziło ból i umożliwiło np. oddawanie moczu w normalny sposób. Nie dzieje się to już przez pół godziny kropla po kropli. Podobnie z krwawieniem podczas menstruacji. Jednak samo rozszycie nie naprawi szkód. Nie odrośnie mi łechtaczka i wargi sromowe.
Tłumaczka z Somalii, która towarzyszyła pani u lekarki, zastosowała klauzulę sumienia i odmówiła przekazania pani prośby o "otwarcie". Spotkała ją pani potem?
Na szczęście nie. Nie miała prawa decydować za mnie, nawet jeśli wydawało jej się, że to dla mojego dobra. Nie wiem co bym jej dziś powiedziała.
Hibo Wardere
"Cięcie"

Z każdym ruchem żyletki odcinała kolejny fragment mojego ciała. Mój mózg nie miał nawet czasu rejestrować tego wszystkiego, co działo się między moimi nogami. Przypominałam ochłap mięsa, od którego rzeźnik odkrawa kawałki tłuszczu. Nie byłam już dzieckiem, jednostką ludzką, sześciolatką błagającą o ratunek.

Działa pani w organizacji pozarządowej, napisała pani książkę, przemawia pani w parlamentach państw zachodnich. Dużo pani podróżuje. Czy nie jest pani tym wszystkim zmęczona?
Nie mogę sobie pozwolić na ten luksus. Na świecie jest 200 milionów dziewczynek, które są narażone na okaleczenie narządów płciowych lub już jej doznało. Trzeba walczyć o każdą z nich. Czuję, że to moja życiowa misja, że to jest coś, co po prostu muszę robić. Dlatego opowiedziałam swoją historię i będę to robić póki wszyscy nie uznamy, że to jest problem, którym powinniśmy się zająć.
Hibo Wardere
"Cięcie"

Ponieważ moja cewka moczowa została zasłonięta płatem skóry, cierpiałam na nawracające infekcje. Ciągle trafiałam do szpitala, gdzie leczono mnie antybiotykami, podobnie jak wszystkie znane mi dziewczynki. A jednak nawet wtedy nie rozmawiałyśmy o tym, co nam się przydarzyło.

Także w jednolitej etnicznie Polsce, w której opowieści o okaleczaniu narządów płciowych dziewczynek brzmią abstrakcyjnie?
Oczywiście, bo wcale nie są abstrakcyjne. W Polsce też są mniejszości, Polacy na emigracji stykają się z ludźmi pochodzącymi z różnych stron świata. Polscy lekarze powinni mieć świadomość jak reagować w sytuacji, gdy ich pacjentka jest okaleczona. Polscy nauczyciele powinni uważać na sytuację, gdy rodzice dziewczynki nagle chcą ją zabrać na kilka tygodni ze szkoły. To właśnie wtedy dziewczynki są okaleczane. Potem wracają przygaszone, smutne, milczące. I nie mogą uwolnić się od bólu. Takie rzeczy dzieją się w Wielkiej Brytanii i pewnie dzieją się również w Polsce. Właśnie dlatego niezbędne jest wprowadzenie odpowiednich procedur dla nauczycieli, lekarzy i pracowników opieki społecznej.
Prawica powie, że okaleczanie genitaliów dziewczynek to kwestia islamu.
I będą w błędzie. Tak samo okaleczają swoje córki chrześcijanie (w tym katolicy) i ortodoksyjni Żydzi. To zwyczaj starszy niż wielkie religie monoteistyczne.
Część lewicy pozostanie z boku, bo uzna mieszanie się w te sprawy za rasizm.
Wyobraźmy sobie, że grupa ludzi łapie białą dziewczynkę, rozbiera ją, a potem zardzewiałą żyletką odcina jej łechtaczkę i wargi sromowe, zaś na koniec ciasno ją zszywa. Ta historia nie schodziłaby z czołówek gazet, oburzenie sięgnęłoby zenitu, wszystkie służby byłyby na nogach. Ale w przypadku dziewczynek, które nie są białe, tak się nie dzieje. To jest rasizm. Prawa kobiet obowiązują niezależnie od kultury czy religii.
Znajdą się też mężczyźni którzy powiedzą, że to sprawa kobiet, więc nie będą się wtrącać.
Już mam na nich sposób. Ostatnio przemawiałam w kanadyjskim parlamencie. Naprzeciwko mnie grupa składająca się głównie z białych mężczyzn, którym wygodnie będzie pomyśleć, że to ich nie dotyczy. Poprosiłam ich, by zamknęli oczy a potem wyobrazili sobie, że są małymi chłopcami. Bawią się, uczą, odkrywają świat, aż tu nagle pewnego dnia ich najbliżsi rzucają się na nich, przytrzymują ich za ręce i nogi a potem odcinają im penisa.
Jak zareagowali parlamentarzyści?
Widać było, że nagle poczuli się niekomfortowo. Jedni się skrzywili, inni zacisnęli nogi. Osiągnęłam cel: poczuli empatię wobec okaleczanych dziewczynek.
Niektórym trudno będzie pogodzić pani feministyczne poglądy z wychowaniem w kulturze islamskiej.
Zawsze byłam feministką, choć nie wiedziałam jak to się nazywa. Nigdy nie mogłam zaakceptować tego, że jedynym sensem kobiecego życia ma być usługiwanie mężowi i dzieciom. Nie mogłam też pogodzić się z krzywdą, jaką mi wyrządzono właśnie dlatego, że byłam dziewczynką. Mam kochającego męża i siódemkę wspaniałych dzieci - wszyscy bardzo mnie wspierają w tym co robię. Od początku było dla mnie jasne, że nie pozwolę na okaleczenie swoich córek, potem jednak doszłam do wniosku, że to za mało.
Myślę o innych dziewczynkach, które potrzebują wsparcia. O kobietach, które nie zostały okaleczone, ale odbiera im się prawo do własnego ciała w inny sposób: przez odmawianie dostępu do antykoncepcji i zabiegu przerywania ciąży. O kobietach, które są gwałcone i bite we własnym domu. Mamy o co walczyć.
Tyle, że część kobiet uzna, że to cudze problemy, bo same nie są bite, a jak zajdą w niechcianą ciążę, to mają pieniądze na to, by ją przerwać, choć zabieg jest nielegalny. Co by im pani powiedziała?
By nie były egoistkami. Pomyślały o swoich córkach, wnuczkach, przyjaciółkach i koleżankach. I by nigdy nie uwierzyły, że ich prawa są dane raz na zawsze i że ktoś im je dał. Nie: zawdzięczają je pokoleniom dzielnych kobiet, które były przed nimi. Jeśli nie będą dbać o swoje prawa, to je stracą.
A co powiedziałaby pani tym kobietom, które zaczynają wątpić w sens działania?
Nigdy, przenigdy się nie poddawajcie. Nigdy nie traćcie nadziei. Jesteśmy kobietami: gdy nie wpuszczą nas drzwiami, wejdziemy oknem.