Jeśli chodzi o wybór tego, co mamy położyć na talerzu, żyjemy prawdopodobnie w najtrudniejszym w historii momencie. Paleolityczni myśliwi po prostu powalali mamuta i wrzucali go na ogień (lub nawet nie). Nie rozstrzygali co dnia czy lepiej wybrać mleko odtłuszczone, smakowe czy może sojowe, ani nie dumali nad wpływem glutenu na dobrostan psycho-fizyczny. Teoretycznie nasza wiedza na temat żywienia jest bardzo rozległa, jednak co jakiś czas na horyzoncie pojawiają się nowe badania wywracające nasze przekonania do góry nogami. Z drugiej strony głowy mamy pełne mądrości i porzekadeł na temat jedzenia, stworzonych niekiedy przez speców od reklamy jeszcze w czasach naszych babć.
REKLAMA
Kalorie ujemne

Pomysł, że jest grupa produktów, które można jeść do woli, ponieważ cały proces trawienia wymaga od nas więcej energii, niż zawiera produkt brzmi kusząco i zachowuje pozory logiki. Kiedy byłam w liceum podobną popularną teorią było przekonanie, że lody odchudzają, ponieważ organizm potrzebuje tyle energii na rozpuszczenie ich, że kalorie zawarte w waniliowych kulkach natychmiast są spalane.
Przykładowo wedle diety ujemnych kalorii 100 g selera naciowego zawiera 8 kcal, ale na strawienie tej ilości potrzebujemy energię o wartości około 100 kcal, tak więc seler ma mieć „tak naprawdę” minus 92 kalorie. Proste i piękne, tyle że nie ma produktu, który miałby ujemny bilans kaloryczny. Oczywiście na diecie ujemnych kalorii trudno nie schudnąć (skoro spożywa się wąską grupę warzyw i owoców, takich jak ogórki kiszone, szparagi czy grapefruit), jednak zdrowiej i z bardziej długotrwałym efektem można nauczyć się choćby stosując dietę doktor Dąbrowskiej, o której pisaliśmy jakiś czas temu.
Przykładowo wedle diety ujemnych kalorii 100 g selera naciowego zawiera 8 kcal, ale na strawienie tej ilości potrzebujemy energię o wartości około 100 kcal, tak więc seler ma mieć „tak naprawdę” minus 92 kalorie. Proste i piękne, tyle że nie ma produktu, który miałby ujemny bilans kaloryczny. Oczywiście na diecie ujemnych kalorii trudno nie schudnąć (skoro spożywa się wąską grupę warzyw i owoców, takich jak ogórki kiszone, szparagi czy grapefruit), jednak zdrowiej i z bardziej długotrwałym efektem można nauczyć się choćby stosując dietę doktor Dąbrowskiej, o której pisaliśmy jakiś czas temu.
Królewska oliwa

To nie tak, że oliwa jest niezdrowa. Zawiera kwasy tłuszczowe Ω-3 (0,67% ogólnego składu), witaminę E, antyoksydanty. Jednak wszyscy z nabożeństwem kropiący nimi sałaty powinni zdawać sobie sprawę, że o wiele więcej kwasów Ω-3 zawiera tani i mało efektowny olej rzepakowy (aż 11,25%). Kwasy omega wspierają pracę serca i układu krwionośnego, a ich niekwestionowaną królową jest…olej lniany (54,52% Ω-3 w składzie). Także oliwa świetnie sprawdzi się do bruschetty, ale jeśli jesteście maniakami superfoods – po olej lniany marsz.
5 porcji warzyw

Na pewno słyszeliście to hasło, wymiędlone reklamowo przez wielu producentów żywności z dodatkiem warzyw lub owoców. 5 porcji warzyw dziennie to niewątpliwie jedno z częstszych przykazań, którym kierują się osoby pragnące żyć zdrowo, ale mało siedzą w temacie żywienia. Nie zastanawiało was nigdy jaka jest definicja owej porcji? Czy zjedzenie 5 truskawek wystarczy? A może raczej chodzi o pół kilo surówki? Skoro nie wiemy możemy w końcu kupić sok oznaczony plakietką „1 z 5 porcji warzyw”, który z pewnością został precyzyjnie zmierzony i zważony przez specjalistów.
Kika lat temu zaczęto precyzyjnie badać wpływ jedzenia warzyw na organizm. Okazało się, że optymalną ilością warzyw jest tu około 375 gramów, czyli trzy porcje po 125. U osób, które spożywały między 375, a 500 gramów warzyw ryzyko śmierci było aż o 22 proc. mniejsze, niż u unikających warzyw. Co ciekawe, większe spożycie warzyw nie łączy się wcale z lepszym zdrowiem.
Kika lat temu zaczęto precyzyjnie badać wpływ jedzenia warzyw na organizm. Okazało się, że optymalną ilością warzyw jest tu około 375 gramów, czyli trzy porcje po 125. U osób, które spożywały między 375, a 500 gramów warzyw ryzyko śmierci było aż o 22 proc. mniejsze, niż u unikających warzyw. Co ciekawe, większe spożycie warzyw nie łączy się wcale z lepszym zdrowiem.
Cukier rafinowany najgorszy z najgorszych?

Wytwarzany z kukurydzy syrop glukozowo-fruktozowy w latach 70. stał się beniaminkiem przemysłu spożywczego – w przeciwieństwie do tradycyjnego, rafinowanego cukru w procesie przetwórstwa zachowywał stałe właściwości chemiczne. I choć nam, jako konsumentom kilka dobrych lat zajęło zorientowanie się, że syrop to nic innego jak nowa postać wyklętego przez większość orientacji dietetycznych cukru.
Różnica między cukrem rafinowanym, a niewinnym z pozoru syropem nie ucieszy jednak miłośników słodkich granoli i batonów muesli. Z badań przeprowadzonych na szczurach, które karmiono jedzeniem z dodatkiem zwykłego cukru lub syropu glukozowo-fruktozowego wynika, że te karmione syropem przytyły znacznie więcej, a tłuszcz odłożył im się wokół brzucha. Niestety naukowcy nie potrafią wyjaśnić dokładnie wyników tego badania. Alarmujące jest jednak, że od wprowadzenia syropu na rynek procent osób z nadwagą gwałtownie podskoczył.
Różnica między cukrem rafinowanym, a niewinnym z pozoru syropem nie ucieszy jednak miłośników słodkich granoli i batonów muesli. Z badań przeprowadzonych na szczurach, które karmiono jedzeniem z dodatkiem zwykłego cukru lub syropu glukozowo-fruktozowego wynika, że te karmione syropem przytyły znacznie więcej, a tłuszcz odłożył im się wokół brzucha. Niestety naukowcy nie potrafią wyjaśnić dokładnie wyników tego badania. Alarmujące jest jednak, że od wprowadzenia syropu na rynek procent osób z nadwagą gwałtownie podskoczył.
Ten straszny gluten

Z pewnością znacie kogoś, kto postanowił zrezygnować z glutenu i to nie ze względu na celiakię czy nietolerancję. I choć jako społeczeństwo jemy niewątpliwie o wiele za dużo wszelkiego typu buł i makaronów, wyeliminowanie go całkowicie nie jest najlepszym pomysłem. Słynne „nowe życie bez glutenu”, czyli gwałtowna poprawa samopoczucia i zastrzyk energetyczny w przypadku osoby, która toleruje pochodne pszenicy, można włożyć między bajki, lub co najwyżej życzeniowe placebo. Do tego prowadzenie przez dłuższy czas restrykcyjnej diety bezglutenowej może się skończyć nawet wtórną celiakią. A za kilka lat może się okazać, że żywieniowym hitem zostanie dieta składająca się z placków pszennych i zapiekanek makaronowych.
Podróż do wód

Picie ośmiu szklanek wody jest ekstra, jeśli szczególnie lubicie oddawać mocz, a tak poza tym całkiem niepotrzebne. To błędne przekonanie wynika z jednej strony z porad dietetycznych starej daty, w których można było przeczytać, że człowiek potrzebuje 2,5 litra wody dziennie bez zaznaczenia, że chodzi o płyny przyjmowane we wszystkich formach. Firmy produkujące butelkowaną wodę ogromnie przyczyniły się do rozpowszechnienia mijającej się z prawdą informacji. Z rewelacyjnym skutkiem – w Wielkiej Brytanii od 1980 konsumpcja wody w butelkach wzrosła o 100 procent.
Mordercze jajo

Trudno dziwić się, że jedzenie jest gorącym medialnym tematem, dotyczy w końcu wszystkich bez wyjątku. W sukurs dziennikarzom przychodzą tu takie zabiegi jak deifikacja („Chia – nasienie boga”) i demonizacja („Nie uwierzysz, tę śmiercionośną substancję zawiera niemal każdy ziemniak). Ten los spotkał i jajka. Pamiętam, że kiedy byłam mała i chciałam jeść na śniadanie pastę z jajka, moja babcia godziła się tylko na pół kanapki, przekonana, że większa ilość skończy się dla mnie zawałem przed 40.
Pomijając już fakt, że cholesterol stanowi średnio zaledwie 0,03% objętości jajka, jego poziom to kwestia naszych indywidualnych uwarunkowań, a nie diety. Ten zawarty w pokarmach ma, wbrew temu, co można usłyszeć w reklamach margaryn, ograniczone możliwości odkładanie się w układzie krwionośnym. Cholesterol jest produkowany przez wątrobę, a przyjmowanie go zewnętrznie może wręcz ograniczyć jego szkodliwą nadprodukcję. Do tego jajka są jednym z najbogatszych w komplet aminokwasów i witamin pokarmów, jakie możemy przyjąć w tak małej objętości i kaloryczności.
Pomijając już fakt, że cholesterol stanowi średnio zaledwie 0,03% objętości jajka, jego poziom to kwestia naszych indywidualnych uwarunkowań, a nie diety. Ten zawarty w pokarmach ma, wbrew temu, co można usłyszeć w reklamach margaryn, ograniczone możliwości odkładanie się w układzie krwionośnym. Cholesterol jest produkowany przez wątrobę, a przyjmowanie go zewnętrznie może wręcz ograniczyć jego szkodliwą nadprodukcję. Do tego jajka są jednym z najbogatszych w komplet aminokwasów i witamin pokarmów, jakie możemy przyjąć w tak małej objętości i kaloryczności.
Po pierwsze: śniadanie

Nawet jeśli uważasz się za osobę, którą światłość intelektu uodporniła na reklamowe haczyki i doniesienia pseudonauki, są przekonania, które zostały wdrukowane ci tak wcześnie, że nie przychodzi ci do głowy ich podważać. Choćby śniadanie, jak sądzimy, to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Nie ma żadnego badania potwierdzającego, że jedzenie takich czy innych śniadań poprawia samopoczucie, pomaga w odchudzaniu czy jest ważniejsze niż zjedzenie obiadu. Kampania na rzecz śniadań trwa jednak już od lat 20. Amerykański PR-owiec Edward Bernays, który zajmował się PR-em jednej z firm zajmującej się sprzedażą bekonu dzwonił do lekarzy zadając im specyficznie sformułowane pytanie – „Czy konkretne śniadanie nadrabiające spadek energetyczny po nocy jest lepsze niż lekkie śniadanie?”.
4500 z nich zgodziło się z tym twierdzeniem, a Bernays poszedł z tymi wynikami do redakcji największych gazet. W tych, które zdecydowały się napisać coś na ten temat, strategicznie wykupił reklamy bekonu tuż obok artykułów o śniadaniu. Dziś 70 proc. bekonu je się w Stanach właśnie na śniadanie. Z kolei Kellogg’s, gigant produkujący płatki śniadaniowe ufundował przeprowadzone przez poważną instytucję badanie, które miało udowodnić związek jedzenia na śniadanie płatków z niższym BMI. Z kolei The Quaker Oats Center of Excellence (organizacja założona i finansowana przez producenta płatków owsianych) odkryła, że owsianka jest remedium na cholesterol.
Zwyczaj picia do śniadania świeżo wyciskanego soku z pomarańczy jest natomiast ni mniej ni więcej, tylko efektem nieoczekiwanego urodzaju w kalifornijskich sadach. Zdając sobie sprawę ze skutków nadpodaży owoców producent zatrudnił agencję reklamową, która przeprowadziła szeroko zakrojoną kampanię „społeczną” dotyczącą dobrodziejstw płynących z picia soku z cytrusów. Marketerzy zadbali też, żeby do marketów w Stanach trafiły tanie wyciskarki.
4500 z nich zgodziło się z tym twierdzeniem, a Bernays poszedł z tymi wynikami do redakcji największych gazet. W tych, które zdecydowały się napisać coś na ten temat, strategicznie wykupił reklamy bekonu tuż obok artykułów o śniadaniu. Dziś 70 proc. bekonu je się w Stanach właśnie na śniadanie. Z kolei Kellogg’s, gigant produkujący płatki śniadaniowe ufundował przeprowadzone przez poważną instytucję badanie, które miało udowodnić związek jedzenia na śniadanie płatków z niższym BMI. Z kolei The Quaker Oats Center of Excellence (organizacja założona i finansowana przez producenta płatków owsianych) odkryła, że owsianka jest remedium na cholesterol.
Zwyczaj picia do śniadania świeżo wyciskanego soku z pomarańczy jest natomiast ni mniej ni więcej, tylko efektem nieoczekiwanego urodzaju w kalifornijskich sadach. Zdając sobie sprawę ze skutków nadpodaży owoców producent zatrudnił agencję reklamową, która przeprowadziła szeroko zakrojoną kampanię „społeczną” dotyczącą dobrodziejstw płynących z picia soku z cytrusów. Marketerzy zadbali też, żeby do marketów w Stanach trafiły tanie wyciskarki.
Przysmak tytanów

Prawdopodobnie kojarzycie Popeye’a, kreskówkowego marynarza stworzonego w latach 20. Oprócz wysokiej narzeczonej Olive Oyl i charakterystycznej czapki, jego znakiem rozpoznawczym stała się puszka szpinaku, po której zjedzeniu jego mięśnie stawały się twarde jak stal. Przez lata panowało przekonanie, że szpinak nie ma sobie równych jeśli chodzi o zawartość żelaza. Ten powtarzany przez lata sąd okazał się być błędem naukowca, który spisując wyniki pomiarów postawił przecinek w niewłaściwym miejscu, tym samym 10-krotnie zwiększając zawartość dobroczynnego pierwiastka. Dobra wiadomość dla tych, których nie trzeba namawiać do jedzenia zielonych liści jest taka, że nawet ze „zmniejszoną” zawartością żelaza szpinak jest bardzo zdrowy.
