
Wirtualna rzeczywistość tak imituje prawdziwą, że błędnik szaleje. Długotrwałe granie ze specjalnymi okularami zakrawa o masochizm. Strasznie żałuję, że to, co jest rewolucyjne i naprawdę wspaniałe, starcza tylko na kilkanaście minut przyjemności, a potem staje się katorgą.
Od dłuższego czasu podejrzewałem, że wirtualna rzeczywistość nie jest dla mnie. Przekonałem się o tym ok. 2 lata temu latając po świecie Google Street View - wystarczył do tego smartfon włożony w specjalne okulary, które zakłada się na głowę. Pierwsze wrażenie było niesamowite - mogłem się rozglądać na wszystkie strony, tak jak to sobie można wyobrazić myśląc o wirtualnej rzeczywistości. Jednak po kilkudziesięciu sekundach musiałem to ustrojstwo zerwać z głowy, bo zebrało mi się na wymioty. Myślałem, że z choroby lokomocyjnej już wyrosłem, ale znów sobie przypomniałem jakie to uczucie.
Powiedzmy to głośno i szczerze: wirtualna rzeczywistość to wciąż niedopracowana nowinka. Wizje ludzi w futurystycznych hełmach ciągną się za nami od ubiegłego wieku, ale nadal nie możemy mówić o rewolucji, lecz o renesansie. Fajnie, że branża się rozwija, ale niech deweloperzy nie zapominają o tym, że błędnik... błądzi. Niektórzy omijają ten problem statycznymi elementami w grze ("Bravo Team") lub poruszając postacią za nas ("Until Dawn: Rush of Blood"). Technologiczne sztuczki to bieżnia wielowymiarowa lub rozszerzona rzeczywistość, które współpracują z naszym błędnikiem, ale kosztują swoje.
