"Wyobraża pan sobie sytuację, gdy ledwie słaniający się na nogach chirurg musi przeprowadzić operację?".
"Wyobraża pan sobie sytuację, gdy ledwie słaniający się na nogach chirurg musi przeprowadzić operację?". Wojciech Olkuśnik / AG

28-letnia lekarka zmarła na zawał podczas dyżuru w przychodni lekarskiej w Niepołomicach. Ze wstępnych ustaleń wynika, że problemy z sercem zaczęły się podczas 12-godzinnego dyżuru, na który trafiła zaraz po tym, jak skończyła ósmą godzinę pracy w innej placówce. To tylko pokazuje skalę patologii w służbie zdrowia.

REKLAMA
"Zostań dziecko lekarzem, będą cię ludzie szanować i będziesz dobrze zarabiać" – słyszeli absolwenci szkół jeszcze przed wojną. Lekarz i prawnik to były zawody, które pozwalały z ufnością patrzeć w przyszłość. Dziś lekarz też może zarobić niemałe pieniądze, ale system przez lata został tak ustawiony, że zanim to nastąpi, wielu z młodych medyków po drodze odpadnie. Niektórzy rzucą praktykę lekarską i przejdą pracować w jednej z wielu firm farmaceutycznych, inni zdecydują się wyjechać za granicę, jeszcze inni mogą umrzeć z przepracowania. Bo młodzi lekarze pracują zdecydowanie więcej niż 40 godzin tygodniowo. Nasi rozmówcy mówią nawet o takich przypadkach, gdy ktoś tygodniowo pracuje 120 godzin.
Lekarzy za mało
Dlaczego? W największym skrócie po prostu lekarzy jest za mało. Wiele placówek, od przychodni lekarskich po szpitale ma wolne etaty, których nie są w stanie zapełnić, bo nie ma kim. Szczególnie w mniejszych miejscowościach brak jest lekarzy specjalistów. O szczęściu może mówić ordynator szpitala, jeśli zgodzi się do niego na dwa-trzy dni w tygodniu przyjeżdżać specjalista z innego powiatu.
Okazuje się, że takie wycieczki są zresztą bardzo popularne. Na przykład w Bieszczady, na weekend. Ale myliłby się ktoś, kto sądzi, że lekarz jedzie pochodzić po połoninach i podziwiać widoki. Nie, on tam jedzie do pracy. W tym regionie jest taki deficyt, że dyrektorzy placówek są skłonni płacić nawet wyższe stawki, byle przyjechał lekarz o wąskiej specjalizacji, choćby na jeden dzień w tygodniu. Potem medyk wraca do miasta i od poniedziałku do piątku siedzi na dyżurach. W pracy nie jest tylko wtedy, jak jedzie z jednego zakładu opieki zdrowotnej do drugiego. I raz na kilka dni, jak dziura w siatce dyżurów pozwoli, to ląduje we własnym łóżku.
To oczywiście skrajne przypadki, ale niestety zdarzają się. Młody lekarz idzie pracować do przychodni. Dyżuruje 8 godzin, potem jeszcze 8 w drugiej placówce. Albo nocny dyżur, 12 godzin. – Jak się nic nie dzieje, to można się przespać. Ale bywa i tak, że jest kilka wizyt i ze spania nici – twierdzi Radosław, lekarz z Warszawy. – A następnego dnia znów do pracy. Dlaczego tak dużo pracuje? – Mam na utrzymaniu dom, a przez to, że jest na rynku mało lekarzy, to jest możliwość dorobić – przekonuje mój rozmówca.
Studentów za mało
Wydawałoby się, że nic prostszego, wystarczy otworzyć dodatkowe miejsca na uczelniach medycznych, wykształcić dwa razy więcej lekarzy i za 10 lat problem zniknie. Tymczasem od lat zamiast przybywać lekarzy na rynku raczej obserwuje się odwrotny trend. – Wielu moich kolegów wyjechało, do Szwecji albo do Anglii. Są i tacy, co śmignęli jeszcze dalej, na Antypody czy do Kanady. Tam jeżdżą mercedesami i pracują po 8 godzin na dobę – żali się Stanisław Walicki, ortopeda z Warszawy. On sam wciąż się waha, czy nie wyjechać. – Dylemat. Rodzice są starzy i chorzy, nie chcą słyszeć o przesadzaniu starych drzew, ja jestem jedynakiem, nie miałby im kto szklanki wody podać – tłumaczy powody, dla których pozostaje w Polsce.
Wszyscy nasi rozmówcy podkreślają, że polscy lekarze pracują za dużo i zarabiają za mało, zwłaszcza, gdy porówna się ich do kolegów z zachodu. Jednocześnie są na tyle dobrze wykształceni, że po wyjeździe nie szukają długo pracy. A w kraju nie ma ich kto zastąpić. Okazuje się też, że nawet nie trzeba studiować w Polsce, jeśli komuś marzy się kariera lekarska to może wyjechać jeszcze w trakcie studiów. – W Danii koszty utrzymania są na podobnym poziomie co w Polsce, a uczyć można się za darmo. Co więcej, jeśli ktoś jest dobrym studentem, to otrzyma stypendium. Nie może dziwić zatem fakt, że wielu młodych ludzi coraz częściej korzysta z tej szansy – zauważa dr Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. 
– Mają plan, wizję. W tym planie jadą po to, żeby zdobyć wiedzę i wrócić do Polski. W praktyce jednak jest tak, że po studiach zostają i tam robią karierę – dodaje prezes. Dlaczego nie studiują w Polsce? Z powodu limitów. – Ministerstwo zdrowia broni się przed znaczącym zwiększeniem liczby studentów medycyny. Tworzone są limity, odsiewa się słabszych, minister Radziwiłł argumentuje to troską o utrzymanie wysokiego poziomu absolwentów uczelni medycznych – tłumaczy Hamankiewicz. Jednocześnie podkreśla, że taki system już u podstaw jest wadliwy. – Po to walczyliśmy o utrzymanie egzaminu końcowego dla lekarzy, żeby to po zakończeniu studiów absolwent mógł udowodnić swoją wartość jako lekarz. Tymczasem odbiera się możliwość kształcenia wielu chętnym już na starcie, co jest w mojej ocenie marnotrawstwem drzemiącego być może w nich potencjału. 
Pieniędzy za mało
W efekcie lekarzy jest za mało. Ci, co zostali, pracują ponad ludzkie siły z dwóch powodów. – Mamy już 25 procent kobiet lekarzy, które powinny być na emeryturze, mamy 90-letniego ginekologa, mamy 70- i 80-letnich chirurgów. Nikt nie podważa ich wiedzy, ale to są ludzie, którzy już powinni zająć się swoim zdrowiem i zrezygnować z wykonywania zawodu. Nie robią tego, często z powodu zbyt niskich emerytur, z których bywa, że nie starcza na lekarstwa, czy opłacenie mieszkania – tłumaczy prezes NIL. Młodzi lekarze pracują na kilku etatach, żeby jakoś wiązać koniec z końcem. – Z jednej posady lekarz stażysta nie utrzyma rodziny, bo na jednym etacie zarobi około 2 tysięcy złotych. Brutto. A pamiętajmy, że są to ludzie po studiach, które w przypadku medycyny trwają o wiele dłużej. Ci ludzie po latach nauki mają prawo myśleć o godnych zarobkach – przekonuje nasz rozmówca. 
Z drugiej strony jednak nasi rozmówcy podkreślają, że lekarze nie odejdą od łóżek. Po to się uczyli, po to pracują w zawodzie, żeby leczyć. Niektórzy biorą dodatkowe etaty, żeby dorobić, ale są i tacy, którzy zostają po godzinach tylko dlatego, iż mają świadomość, że nie ma ich kto zastąpić, bo nie wykształcono nowych medyków, bo nie ma dla nich etatów, itd.
Czy wszystko rozbija się o pieniądze? I tak i nie. Można wpompować w system wiele miliardów, ale jeśli nie poprawi się organizacji pracy, to i tak sytuacja się nie musi poprawić. – Mamy najmniej lekarzy przypadających na tysiąc mieszkańców w całej Unii Europejskiej. Ale podobny wskaźnik mają w USA. Tyle tylko, że tam lekarz nie musi się bawić w wypełnianie papierków, ma od tego personel. U nas medyk po zakończonym badaniu siada i wypełnia dokumentację, kwadrans, 25 minut, różnie. Taki system jest skrajnie nieefektywny – przekonuje Maciej Hamankiewicz.
Na tę i inne patologie próbowali zwrócić uwagę rządzących lekarze rezydenci. Niestety, ich protest głodowy spotkał się z całkowitym niezrozumieniem w kręgach władzy. Marszałek Karczewski, sam będąc lekarzem i znający sytuację od podszewki, mówił o niegodnym lekarza opuszczeniu łóżek pacjentów. Minister Radziwiłł przekonywał, że lepszy zmęczony lekarz niż żaden. – Praca ponad siły jest niebezpieczna dla lekarzy, o czym świadczy przykład zmarłej na zawał lekarki. Ale jest też niebezpieczny dla pacjenta. Wyobraża pan sobie sytuację, gdy ledwie słaniający się na nogach chirurg musi przeprowadzić operację? – pyta retorycznie dr Maciej Hamankiewicz.