Pojazd nie olśniewa linią, ale ma tak ponadczasową sylwetkę, że nie znudzi się za kilka lat.
Pojazd nie olśniewa linią, ale ma tak ponadczasową sylwetkę, że nie znudzi się za kilka lat. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Reklama.
Skoda Kodiaq to samochód, w którym w ciągu kilku dni znalazłem tylko dwie wady. Jedna to taka, że ten samochód nie był mój i po kilku dniach trzeba go było oddać. Myśl ta towarzyszyła mi niestety od samego początku, nie pozwalając do końca cieszyć się z jazdy. Druga wada to nazwa. Dziwaczna, nawet nie wiadomo, jak to wymawiać. Poza tym podczas dość intensywnego użytkowania więcej wad nie znalazłem. A śmiem twierdzić, że jestem modelowym targetem: mąż i ojciec.
logo
Kodiaq nie boi się zjazdu z ubitej drogi. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Ale po kolei. Kodiaq to przede wszystkim kawał samochodu. Jest wielki, szeroki i długi, tak bardzo, że mieszą się aż trzy rzędy foteli. Co prawda w trzecim, na co dzień zapewne złożonym w bagażniku zmieszczą się tylko dzieci, ale przydadzą się pewnie nie raz. Inna rzecz, że stajemy przed wyborem: albo trzeci rząd siedzeń, albo wielki bagażnik.
logo
Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Wyjazdu na wakacje w 7 osób lepiej nie planować, chyba że wykorzysta się fabryczne relingi dachowe i przymocuje jakiś box.
logo
Deska rozdzielcza to kwintesencja smaku i funkcjonalności. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Albo doczepi przyczepę. Kodiaq ma nawet hak, sprytnie schowany pod zderzakiem. Jak każdy facet nie czytam instrukcji od samochodu, więc odkryłem hak zupełnie przypadkiem. Ot, nacisnąłem przycisk umieszczony na burcie bagażnika. Przycisk zwalnia zaczep i hak wysuwa się spod zderzaka. Jeśli już nie jest potrzebny, trzeba go złożyć ręcznie. Podobne rozwiązanie widzieliśmy np. w Volvo V90 Cross Country.
logo
Hak rozkłada się po naciśnięciu przycisku w garażu. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Fotele w trzecim rządzie należy traktować awaryjnie, za to pozostałych pięć jest bardzo wygodnych. Szerokie i wysokie oparcia, dość długie i szerokie siedziska. Z początku wydają się twarde, ale nie męczą nawet podczas kilkugodzinnej jazdy.
logo
Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Fotel kierowcy w wersji jaką dostaliśmy na testy był sterowany elektrycznie z pamięcią trzech ustawień. Ciekawy patent jest w zagłówkach na dwóch zewnętrznych fotelach w drugim rzędzie. Są to odchylane małe ramiona, które świetnie trzymają głowę. Można zasnąć w trakcie drogi i kark nie będzie bolał po przebudzeniu. Takie proste, wręcz genialne w swojej prostocie, a jakże przydatne.
logo
Fotel kierowcy sterowany jest elektrycznie. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Z tyłu jest dużo miejsca na nogi, ale to nic wobec tego, co czeka na kierowcę i pasażera z przodu. Tam przestrzeń jest niemal nieograniczona, zarówno na nogi jak i między fotelami. Jedno, do czego możnaby się troszkę przyczepić, to podłokietnik. Można go podnosić, przesuwać do przodu lub tyłu, w ten sposób zresztą można się dostać do tego, co pod nim schowamy, ale dostęp do puszek z napojem schowanych pod nim nie jest zbyt wygodny.
logo
Zagłówki mają dodatkowy bajer, dzięki któremu śpiochów nie będzie bolał kark. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Z przodu schowków nie brakuje. Przed pasażerem są dwa, jeden głęboki i klimatyzowany, drugi nad nim trochę płytszy, ale mapa czy wspomniana wcześniej instrukcja obsługi się zmieści. Tylko po co mapa, skoro jest świetna nawigacja i zaskakująco trafnie działający system sterowania głosem?
logo
Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Oprócz tego jest odsuwany schowek przy dźwigni zmiany biegów, potężne wnęki na drzwiach, a przy kolumnie kierownicy jeszcze małe schowki. Kierowca i pasażer mają w drzwiach dodatkowe schowki na... parasole. Są dwa, małe i składane, ale są. Który inny producent samochodów tak dba o klientów? Tylko Rolls-Royce.
logo
Pod maską znajdowała się dwulitrowa jednostka. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
W drzwiach oprócz parasoli jest jeszcze jeden ciekawy patent. Chwilę po otwarciu spod rantu wysuwa się kawałek plastiku, który chroni krawędź drzwi przed obiciem o ścianę garażu czy zaparkowany obok samochód. Koniec z zamalowywaniem odprysków lakieru.
logo
Zegary i dodatkowy ekran pomiędzy nimi to dość typowe rozwiązanie. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Kierowca ma do dyspozycji całe centrum dowodzenia. Część funkcji można obsługiwać przyciskami umieszczonymi na kierownicy, reszta to przyciski, pokrętła i wielki ekran wielofunkcyjny. To już nie jest tylko radio i nawigacja, to prawdziwe centrum multimedialne. Oczywiście system może się łączyć z telefonem, dzięki czemu można rozmawiać bez odrywania rąk od kierownicy. Oprócz tego można słuchać muzyki z telefonu, albo oglądać filmy. Prawie wszystko można, nie znalazłem tylko funkcji parzenia kawy. System przyjmuje też polecenia głosem, ale to co najbardziej mi się spodobało, to możliwość przełączenia nawigacji z widoku "kartograficznego" na widok satelitarny Google Maps. Ta opcja szczególnie przydaje się w terenie, gdzie od tego, jak się nazywa polna droga, dalece ważniejsze są widoczne z satelity punkty orientacyjne.
logo
Google Map w samochodzie? Tak, w Kodiaqu to standard. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Testowe auto miało napęd na cztery koła i automatyczną skrzynię biegów. To zestaw, który bezstresowo radzi sobie z każdą drogą. Skrzynia pracuje miękko, niemal nie czuć szarpnięć w trybie normalnym, zaś w sportowym szarpnięcie jest bardzo delikatne. Po zjechaniu z asfaltu na drogi piaszczyste samochód nadal świetnie sobie radzi. Na ubitej drodze przez las jechałem naprawdę szybko i auto szło jak po szynach. W trudnym piaszczystym terenie można się wspomóc włączając tryb "Off Road".
logo
Bagażnik jest olbrzymi, ale jakby komuś zabrakło miejsca na laptopa czy teczkę z dokumentami, to jest pusta przestrzeń pod półką. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Kodiaq, jak na SUV-a przystało, jest autem wysokim. Do tego stopnia, że przy wysiadaniu dziecko musiało niemalże z niego zeskakiwać. Łatwo to docenić szczególnie w mieście, gdy nie ma dość miejsca na szerokie otwarcie drzwi. Wysiadanie z wysokiego pojazdu szczególnie docenią właściciele nisko zawieszonych rodzinnych sedanów. Ja w każdym razie polubiłem tę Skodę praktycznie od razu.
logo
Szybka jazda po lesie? Żaden problem. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Podobnie jak jej spalanie. Jeździłem wolno i szybko, po autostradzie i w warszawskim korku ciągnącym się w nieskończoność niczym przemówienie Fidela Castro. Średnie spalanie wyliczone dla dystansu ponad 600 km wyniosło około 10,5 litra na sto kilometrów. Całkiem nieźle zważywszy na masę i rozmiary pojazdu z silnikiem 2 litrowym. Podobny wynik wykręcił ostatnio kolega z redakcji w małym aucie miejskim z litrowym silnikiem.
logo
Skoda dawno temu przestała być synonimem obciachu. To świetne auta w świetnej cenie. Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Po trzech dniach musiałem samochód oddać. Z prawdziwym żalem rozstawałem się ze tą Skodą. To już nie jest pojazd, w którym można doszukiwać się pokrewieństwa z modelami Favorit czy Felicia. To świetne auto, które bez wstydu można postawić w jednym szeregu z konkurencją. Trudno wskazać będzie jakieś znaczące różnice. Poza ceną, Skoda jest wyraźnie tańsza. Samochód testowy kosztuje około 140 tysięcy złotych, a ceny słabszych wersji zaczynają się od 92 tysięcy.
logo
Fot: naTemat / Paweł Kalisz
Gdy zacznie się wyprzedaż rocznika 2017, można się spodziewać prawdziwych okazji. Warto się za nimi rozejrzeć, choć moim zdaniem i bez obniżek samochód jest wart każdej złotówki, którą się na niego wyda. O ile tylko nie szukamy samochodu premium i nie jesteśmy uczuleni na plastikowe wykończenie wnętrza. Coś za coś.