Olaf ma 9 lat, w Biskupinie dostał toporkiem w głowę. Ojciec: "Lała się krew, syn do dziś ma traumę. Dlatego ostrzegamy"

Festyn archeologiczny w Biskupinie. Podczas pokazu wojów doszło do wypadku, Olaf został trafiony toporkiem w głowę.
Festyn archeologiczny w Biskupinie. Podczas pokazu wojów doszło do wypadku, Olaf został trafiony toporkiem w głowę. Fot. Screen/Archiwum rodziny
Ojciec Olafa mówi, że tamto wydarzenie zrewolucjonizowało życie całej rodziny. Był wrzesień. Żona z trójką dzieci i dziadkami udała się do Biskupina na festyn archeologiczny. Nagle, podczas, pokazu walk wojów, jednemu z nich w rękach rozpadł się toporek. Duży, wielkości siekiery. – Metalowa część spadła z trzonka i kręcąc się w powietrzu, spadła na głowę mojego syna – aż ciarki przechodzą, gdy człowiek sobie to wyobrazi...Sprawą od trzech miesięcy zajmują się prawnicy, rodzice Olafa mają poczucie, że sprawa jest zamiatana pod dywan. Muzeum w Biskupinie: – To był wypadek.


Olaf ma ranę na głowię i do dziś nie lubi, jak ktoś go tutaj dotyka. – Raz, z tego powodu, wpadł w histerię podczas zabawy z młodszą siostrą. Często wspomina zdarzenie, ponieważ był przerażony całą sytuacją – mówi jego ojciec.


Prawnik reprezentująca rodzinę, również mówi, że chłopiec do dziś odczuwa to, co się wydarzyło. – Dziecko bardzo to przeżyło. Wciąż boi się jakichkolwiek ruchów w okolicach głowy – opowiada adwokat Olga Podlasińska – Pecelerowicz.

Rana na głowie była głęboka, były szwy
Festyn Archeologiczny to doroczna impreza, którą Muzeum w Biskupinie organizuje od 23 lat. Punkt kulminacyjny – pokaz wojów – zawsze przyciąga tłumy. Pole bitwy ogrodzone jest drewnianą belką. Za nią stoją drewniane ławki dla widzów. Olaf z mamą, siostrami i dziadkami, siedział w pierwszym rzędzie.

Jego mama właśnie nagrywała pokaz, gdy w stronę Olafa poleciał kawał metalu.

– W pewnym momencie jeden z wojowników uderzył drugiego toporem. Osunęli się na barierkę. Ten topór odczepił się od trzonka i spadł na głowę Olafa. Uderzenie jest słyszalne na nagraniu. Głowa syna zalała się krwią. Również świadkowie mówią, że wyglądało to tragicznie. Wszyscy byli zszokowani, cały pokaz na ten moment zamarł – mówi nam ojciec chłopca, Juliusz Mieloszyński. 


Wojownik natychmiast podbiegł do Olafa, chwycił go na ręce i pobiegł do karetki. Na festynie była też policja i ochrona, ale gdy dziecko pojechało do szpitala, pokaz dalej był kontynuowany. Rana na głowie była głęboka, były szwy, dziecko przewieziono potem karetką na obserwację do szpitala w Bydgoszczy. I tylko wyobraźnia podpowiada, że mogło skończyć się to gorzej.

"Zrobiliśmy, to co mogliśmy zrobić"
Muzeum w Biskupinie potwierdza, że wypadek się zdarzył i nie zamierza tego ukrywać. Wicedyrektor mówi też, że zwyczajnie, po ludzku, jest mu żal i Olafa, i rodziny. – Sam jestem ojcem i dziadkiem. I też byłbym wkurzony, gdyby coś takiego przytrafiło się mojej rodzinie. Jest nam przykro z powodu tego zdarzenia – mówi nam Kazimierz Szulc.

Z jego punktu widzenia, to był wypadek: – Zrobiliśmy, to co mogliśmy zrobić w pierwszym momencie. Udzieliliśmy pomocy chłopcu. Potem oddaliśmy sprawę naszemu radcy prawnemu oraz do firmy ubezpieczeniowej, bo jesteśmy ubezpieczeni od takich zdarzeń. Ale firma ubezpieczeniowa uznała, że nie należy się odszkodowanie, gdyż zdarzenie ma znamiona nieszczęśliwego wypadku. To był przypadek losowy.

Jak podkreśla, toporek był atrapą, metalowe ostrze było stępione. Juliusz Mieloszyński zrobił mu zdjęcie. Nikt nie chciałby dostać w głowę nawet taką atrapą.
Postępowanie umorzone
Ojciec Olafa nie zamierza tego tak zostawić. Nie było go w Biskupinie z rodziną, ale przyjechał natychmiast, gdy tylko dowiedział się, co się stało. To on, po godzinie 21-ej zawiadomił policję, choć zdarzenie miało miejsce po południu, a jego żona – jak twierdzi – miała otrzymać zapewnienie od ochrony pokazu, że sami złożą zawiadomienie. Nikt tego jednak nie zrobił. – Na policji usłyszałem, że o zdarzeniu dowiedzieli się od osób trzecich – mówi. 

Mec. Olga Podlasińska –Pecelerowicz: – Muzeum początkowo nie wyrażało większego zainteresowania. A problem tkwił w tym, że nie przygotowano tego wydarzenia w taki sposób, aby ochronić publiczność przed takimi sytuacjami.

Postępowanie zostało umorzone gdyż, jak słyszę na komendzie w Żninie, nie dopatrzono się zaniedbań ze strony organizatorów festynu. Powołano biegłych, uznano, że doszło do nieszczęśliwego wypadku.

"Ta belka nie chroniła przed niczym"
Rodzina przekonuje jednak, że ma dowody na to, że pokaz wojów nie był odpowiednio zabezpieczony. Na nagraniach, którymi dysponuje, widać wyraźnie, że ludzie siedzą lub stoją tuż za barierkami, niektórzy nawet się o nie opierają. Nie ma przestrzeni, którą można by uznać za "bezpieczne zachowanie odległości". – Na pewno nie są to dwa metry, jak twierdzi muzeum. Mówią o tym również świadkowie – twierdzi Juliusz Mieloszyński. 
– Nawet ochroniarze nie mogli stać po stronie publiczności, bo nie było miejsca. Musieli stać na polu bitwy. Ta belka nie chroniła przed niczym. Toporek dosłownie wpadł w publiczność. A tam były jeszcze inne rodzaje broni. Gdyby woj wpadł w publiczność z włócznią, to mogłoby się to inaczej skończyć – wtóruje prawnik.

Ojciec chłopca ma żal do muzeum, że nikt nie ostrzegał przed tym, że pokaz jest niebezpieczny i czym walka z użyciem ostrych narzędzi może się zakończyć. Że nikt nie zadbał o te toporki i nie sprawdził stanu broni. Że powinna być siatka ogradzająca pole walki. Ma przekonanie, że muzeum odwróciło się od jego rodziny plecami. Uznając, że – zgodnie z przepisami – skoro festyn odbywa się na terenie muzeum to nie jest to impreza masowa i nie trzeba jej specjalnie ochraniać.

Muzeum w Biskupinie tłumaczy
Wypadki się zdarzały i pewnie będą zdarzać, jak przy każdej imprezie otwartej. Czy to pokazy lotnicze, samochodowe...Raz na jakiś czas niestety takie sytuacje mają miejsce. Zapisać w regulaminie, że pokazy są niebezpieczne? Czy ma pani regulamin chodzenia chodnikiem, co też może być groźne, bo dachówka spadnie? – uważa jednak wicedyrektor muzeum.

W Biskupinie też zdarzały się incydenty. – Ktoś stał za blisko, ktoś dostał odpryskiem przy biciu monet. Rok temu kobieta dostała w głowę drewnianym elementem, ale sprawa została załatwiona polubownie. Za każdym razem wiemy, że tak być nie powinno i jest nam z tego powodu przykro. Robimy wszystko, by takich wypadków unikać – mówi wicedyrektor.

Ojciec Olafa dopiero teraz usłyszał o kobiecie uderzonej trzonkiem i ma do niej żal. – Mam pretensje do tej pani, że ona tego nie nagłośniła. Bo gdyby to zrobiła, to dzisiaj byłoby tam bezpiecznie i mój syn nie zostałby raniony – mówi. Dlatego chce wypadek swojego syna  nagłośnić.

– I uczulić rodziców, żeby każdy, na jakimkolwiek festynie, miał oczy i uszy otwarte dookoła głowy. Bo gdyby za rok doszło w Biskupinie do tragedii, my byśmy z żoną czuli się współwinni. 

"Nie mogę pozwolić na szykanowanie naszej instytucji"
Jak się dowiadujemy, po wypadku Olafa w muzeum powstał specjalny zespół, który pracuje nad tym, jak zapewnić lepsze zabezpieczenia. – Należy się zastanowić co zrobić, żeby do tego typu wypadków nie dochodziło. To musi trochę potrwać. Będziemy próbowali coś z tym zrobić. Mam nadzieję, że do końca lutego zespół przedstawi propozycje, czy jeszcze bardziej można zabezpieczyć ten pokaz. Może jeszcze bardziej przesuniemy ławki, może w ogóle je zlikwidujemy. Ogrodzić? Wtedy to już nie będzie ta sama impreza – tak uważa wicedyrektor.

Pytam o ławki, które przesunięto następnego dnia po wypadku. Ojciec Olafa pojechał do Biskupina i zobaczył, że zostały cofnięte przed barierką. Drugiego dnia pokazu sytuacja wyglądała już zatem nieco inaczej.

– Niczego nie ukrywamy. Po wypadku jeszcze bardziej odsunęliśmy ławki. Wcale nie znajdowały się blisko. Były odsunięte dwa metry od barierek i zawsze to wystarczało. Walki z reguły toczą się na środku – mówi Kazimierz Szulc.
– Oczywiście, poczuwamy się do winy, bo stało się to u nas. Jesteśmy gotowi do rozmów z rodziną, ale na pewno nie z pozycji chłopca do bicia. Na pewno się na to nie zgodzę. Nie mogę pozwolić na szykanowanie naszej instytucji. Czy my jesteśmy jakimiś przestępcami? Mordercami? Robimy pułapki na dzieci? – dodaje wicedyrektor.

Adwokat rodziny złożył zażalenie do sądu na decyzję u umorzeniu postępowania. Do ubezpieczyciele muzeum zostało skierowane roszczenie. Rodzina domaga się zadośćuczynienia, za co – jak słyszę – już spotykają ją nienawistne komentarze.

I tylko wypadałoby zapytać, czy ktokolwiek chciałby, aby to jego dziecko znalazło się na miejscu Olafa.