To oni straszą warszawiaków do łez, a nawet... gorzej. Pracownicy Fear Zone i Horror House o kulisach swojej pracy

Gotowi do przejścia przez bramy piekielne? Tak prezentuje się Dragon Horror House w Szczecinie.
Gotowi do przejścia przez bramy piekielne? Tak prezentuje się Dragon Horror House w Szczecinie. Fot. Cezary Aszkietowicz / Agencja Gazeta
Złośliwi powiedzieliby, że to praca dla psychopatów. Inni, że najlepsza pod słońcem. Domy grozy, do których chodzi się tylko po to, by przeraźliwie się wystraszyć, już jakiś czas temu stały się hitem i ciekawą alternatywą na wieczór ze znajomymi. Justyna Czarnecka jest właścicielką warszawskiego Horror House'u. Natomiast Hubert pracuje w konkurencyjnym Fear Zone jako.... etatowy potwór. Zdradzili nam, jak to jest z tym straszeniem klientów. Zapnijcie pasy, bo to żadne "Potwory i spółka"!


Czy po tych wszystkich godzinach straszenia i chorych akcjach jest jeszcze coś, co was przeraża?

J: Tak, od zawsze boję się pająków. Najgorzej, kiedy jakiś pojawi się, w którymś z Horror House'ów. Wtedy mam tam prawdziwy dom grozy.

H: Kiedyś na pewno bardziej bałem się horrorów. Podczas seansu zdarzało mi się podskakiwać przy bardziej przerażających scenach. Odkąd sam jestem potworem, o wiele łatwiej jest mi pokonać strach. No chyba że mowa o pająkach. Może się to wydawać dziwne, ale potwór z Fear Zone cierpi na arachnofobię (śmiech).

Niektórzy lubią horrory. Wy macie inaczej, jesteście po drugiej stronie – straszycie ludzi. Wciąga?

Justyna: To zmieniło moje życie. Jako właścicielka Horror House'u mogę powiedzieć, że mimo stresów, moje domy grozy sprawiają mi wiele satysfakcji. Straszenie też, choć ostatnio osobiście robię to coraz rzadziej. Ta praca pozwala mi odciąć się od codziennych trudów, odreagować. Ale proszę nie mylić tego z "wyżyć"! (śmiech) Nigdy nie zrobilibyśmy swoim gościom niczego złego.

Hubert: Uwielbiam to. Ta praca to moje osobiste spełnienie marzeń. Będąc dzieciakiem kochałem straszyć członków rodziny i kumpli, a teraz straszę połowę Polski. Fear Zone dał mi całą gamę rekwizytów, którymi mogę urozmaicać swoje straszenie. Coś wspaniałego.
Kim są goście domu grozy?


J: Śmieję się, że po swojej wizycie w Horror House, młodzież musi zaraz przyprowadzić ze sobą rodziców. Pewnie po to, żeby ich wykończyć (śmiech). Mamy bardzo różnych gości, od grup złożonych z samych rodzin, które w weekendy urządzają sobie prawdziwą, międzypokoleniową rozrywkę. Wspólnie przychodzą dziadkowie, dzieci, rodzice. Wpadają całymi rodzinami. Poza tym głównie młodzież od 14. roku życia, bo to dolna granica wieku, od której wpuszczamy. No i ludzie w trzeciej dekadzie życia, tych też jest sporo.

H: Przede wszystkim przychodzą do nas ludzie, którzy chcą zmierzyć się z naszą trasą. Poszukiwacze adrenaliny. Inną grupą są niedowiarkowie, którzy wychodzą z założenia, że "przecież nikt ich nie przestraszy". Czasem nie udaje im się nawet ukończyć trasy, a jeśli dojdą do jej końca, wychodzą niesamowicie zaskoczeni. Porównuję to czasem do wizyty w teatrze lub kinie. Osoba, która przed seansem zebrałaby cały plecak spoilerów, pewnie byłaby zawiedziona. W naszym domu grozy wychodzimy z takiego samego założenia.
Ludzie lubią się bać?

J: Nie wiem, czy lubią. Samo przyjście do Horror House wynika jednak z innej przyczyny – z potrzeby przeżycia czegoś nowego. W komentarzach swoich gości często czytam, że mieli okazję doświadczyć horroru na żywo. Mogli poczuć się, jak bohaterowie swoich ulubionych horrorów.

H: Uważam, że każdy powinien mieć możliwość sprawdzenia się w takim miejscu. Wielu z odwiedzających nas ludzi porównuje towarzyszące im emocje do skoku na bungee czy ze spadochronem. By czerpać przyjemność ze strachu, ważne jest, żeby sytuacja była kontrolowana. U nas jest hasło bezpieczeństwa, które przerywa zabawę. Uważam, że każdy powinien poczuć taką dawkę adrenaliny.

A czy ten nagły przypływ adrenaliny albo strachu nie jest ryzykowny dla was, aktorów? W przypływie emocji ktoś przecież może cię walnąć. Zdarzyło ci się to kiedyś?

J: Każdy z nas, a kilkoro nas tu jest, został uderzony po kilkanaście razy w przeróżny sposób. Latarką po twarzy, w głowę. Mimo że na początku informujemy naszych gości, iż nie mogą wchodzić w kontakt z aktorami, to czasem jednak ktoś popchnie mnie w przypływie strachu, w wyniku jakiegoś impulsu. Jakiś czas temu na tyle skutecznie przestraszyłam jednego pana, że ten kopnął mnie w brzuch. Mimo licznych obdrapań i przyjętych ciosów, nikomu nic się nie dzieje, jesteśmy twardzi.

H: Nie da się ukryć, że zdarzają się takie sytuacje. Na szczęście nie było nigdy tak, że któryś z gości domu grozy poważnie "uszkodził" któregoś z aktorów. Pod wpływem emocji ludzie różnie reagują: krzyczą, uciekają przed nami, inni śmieją się, no ale niestety są też tacy, którzy reagują agresywnie. Głównie chodzi o to, by nasz gość poczuł się jak bohater horroru i to nie ten zły, więc wiadomo – chodzi im o to, żeby przeżyć (śmiech).
Co poza obsadą aktorską, mrokiem i doskonałymi rekwizytami oddziałuje na zmysły waszych gości?

J: Dotyk jest ważny. Oczywiście nie chodzi o żadne szarpanie, czy wyrządzanie komuś krzywdy. Najczęściej panie reagują na to lekką paniką, kiedy przed wejściem czytamy gościom regulamin i informujemy ich o tym, co może ich spotkać na trasie.

H: Przede wszystkim jesteśmy 10 metrów pod ziemią. Sam fakt zejścia głęboko pod ziemię wywołuje nutę grozy. Jeśli chodzi o rekwizyty to niestety nie mogę tu zbyt wiele zdradzać, ale mogę powiedzieć, że Fear Zone stawia na realizm wykonania. Zapewniam, że klimat bywa na tyle ciężki, że zwyczajnie przygniata ludzi. Fear Zone został zaprojektowany tak, by wpływać na wszystkie ludzkie zmysły, począwszy od zapachów, rekwizytów i wystroju pomieszczeń a na charakteryzacji kończąc.
Usłyszałem od znajomych, że ganiał ich gość z piłą mechaniczną. Inni powiedzieli z kolei, że szli trzymając się za rękę, a nagle ostatni z gości zorientował się, że od paru minut trzyma za sobą dłoń kogoś, choć był... ostatni. Okazało się, że idzie z nim ta "mała dziewczynka" z horrorów. Mógłbyś opowiedzieć o jakiejś zabawnej sytuacji, która przydarzyła ci się w trakcie pracy?

J: Zabawne bywają te najbardziej krępujące dla gości sytuacje. Ktoś się zsikał… Ale nas to już w zasadzie nie dziwi. Osobie, której się to zdarzyło pewnie nie było do śmiechu. Odprowadziliśmy ją na recepcję, nie chcieliśmy, by czuła się niekomfortowo.

H: Tak naprawdę śmieszne historie zdarzają się codziennie. Ale jest sytuacja, która najbardziej zapadła mi w pamięć i dała pewną dozę satysfakcji Chodzi o to, że za każdym razem chcę dać z siebie wszystko, kiedy przychodzi nowa grupa, wkręcam się na maksa i wiesz… Kiedyś odwiedziła nas taka para - chłopak z dziewczyną, którzy niesamowicie się bali. Wychodząc z trasy, której np. nie ukończyli, gość rzucił: "Stary, dosłownie się zesrałem". Sprawdziliśmy to – nie kłamał.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
Renault 0 0Łatwiejsza jazda. W tym modelu kierowca poczuje, co to znaczy prawdziwe wsparcie
0 0Chaos po roku bez użytkowania wieczystego. Już mówi się o nowym podatku
O TYM SIĘ MÓWI 0 0Nie chcemy nudy, chcemy DRAMY. Ten odcinek "Rolnik szuka żony" zaspokoił odwieczną ludzką potrzebę
RECENZJA 0 0Bez coming outu Elsy, ale wciąż "ma tę moc". O "Krainie lodu 2" znów będzie głośno
POLECAMY 0 0Nigdy się nie poddawaj – tego uczy kino. 10 tytułów, które powinien zobaczyć każdy mężczyzna
Volvo 0 0W mieście Volvo ci więcej. Kompaktowy XC40 to SUV gotowy na (prawie) wszystko