Gdzie był Andrzej Duda? Oto miejsce, które budzi grozę, ale... przyciąga turystów

Strefa Zdemilitaryzowana między Koreą Północną i Południową – Panmundżom.
Strefa Zdemilitaryzowana między Koreą Północną i Południową – Panmundżom. Fot. Wikipedia/CC BY 2.0
Zdjęcie prezydenta Andrzeja Dudy w strefie zdemilitaryzowanej zrobiło furorę. On w środku budynku, na zewnątrz żołnierz Korei Północnej patrzy na niego przez lornetkę. To miejsce, które budzi grozę, ale i ogromną ciekawość całego świata. Jak tam jest? W tym miejscu, które oddziela obie Koree, a które uważa się za najbardziej na świecie strzeżoną granicę?

To mniej więcej jak droga z Warszawy do Częstochowy – pas długi na 230 kilometry i szeroki na 4, otoczony z każdej strony przez wojsko. Wielkie połacie pustego terenu, który – jak przy okazji igrzysk w Pjongczangu odkrył medialny świat – stały się rajem dla dzikiej zwierzyny, bo nagle zrobiło się głośno, że żyje tu ponad 90 zagrożonych gatunków. To również największe pole minowe na świecie. Położone niewiele ponad 100 kilometrów od wioski olimpijskiej w Pjongczangu.

Na zachodnim krańcu strefy znajdują się niebieskie budynki i właśnie tam na prezydenta Andrzeja Dudę patrzył przez okno północnokoreański żołnierz. To słynne przejście graniczne w Panmundżom, najpilniej strzeżona granica na świecie, która obrosła już niemal legendą. Tu znajduje się wspólna strefa bezpieczeństwa, tzw. Joint Security Area (JSA), jedyne miejsce, gdzie żołnierze z Korei Południowej i Północnej stoją twarzą w twarz i większą część dnia spędzają praktycznie gapiąc się na siebie nawzajem. Patrząc na nagrania, dość kuriozalnie przedstawia się ten ich kontakt na tak niewielkiej przestrzeni:
"Parę kroków i jestem na Północy"
Pomiędzy niebieskimi budynkami żołnierzy oddziela jedynie pas betonowego krawężnika, którego pod żadnym pozorem nie wolno im przekroczyć, ani nawet nadepnąć. Pas z betonu ma precyzyjne wymiary.

"Został on położony po zrobieniu bardzo dokładnych pomiarów. Żadna ze stron nie chciała oddać choćby milimetra terytorium. Niebieskie baraki leżą na terytorium obu państw i tylko w nich można "przekroczyć" granicę, przechodząc z jednego końca pomieszczenia na drugi. Żołnierze każdej ze stron mają absolutny zakaz przekraczania lub nadeptywania na ten maleńki fragment terenu. Jeden nieuważny krok może stać się powodem wściekłej napaści drugiej strony" – to barwny opis z gadzetomania.pl.


Właśnie w takiej scenerii powstało słynne zdjęcie prezydenta RP, choć wewnątrz pomieszczenia. Ale nie tylko Andrzej Duda odwiedził strefę, przy okazji igrzysk olimpijskich w Pjongczangu byli tam również zagraniczni dziennikarze. Niektórzy zamieszczali potem w internecie nagrania, jak znajdując się w niebieskim baraku ONZ z łatwością przekraczają granicę między obu wrogimi krajami – wystarczy zrobić kilka kroków. Przez środek budynków, w których odbywały się różne konferencje, a także negocjacje między obu krajami (ostatnie na początku 2018 roku, pierwszy raz od 2015 roku) przebiega linia demarkacyjna.

"Jestem w Korei Północnej. A teraz pare kroków, i jestem w Południowej" – testowała amerykańska dziennikarka.
"Generalnie czuć lekkie napięcie"
Strefa nie jest jednak otwarta wyłącznie dla polityków, czy dziennikarzy. Można tam pojechać z wycieczką, ale wyłącznie zorganizowaną. W internecie znajdziemy wiele opisów jak to zrobić, jakie wymagane są formalności i dokumenty.

Nie brakuje również Polaków, którzy dzielą się swoimi relacjami. "Do Panmundżon jest około 55 km z Seulu, tą trasę przejeżdżamy w trochę ponad godzinę. Już od pewnego czasu widać druty kolczaste i jakieś rejony wojskowe. Generalnie czuć lekkie napięcie. Na początku zatrzymujemy się na moście, tu już pełna kontrola wojska południowo koreańskiego" – to relacja z serwisu spakowanawalizka.pl.
Relacja podróżnika
spakowanawalizka.pl

"Do naszego autobusu weszło kilku wojskowych, pani pilot wyszła z listą pasażerów do pobliskiej budki wartowniczej. Po prawej stronie autobusu przeleciały helikoptery wojskowe. Wyglądało to tak jak byśmy wjeżdżali w strefę działań wojennych. Dostaliśmy także do podpisania oświadczenia, w skrócie akceptowaliśmy, że jak ktoś nas zastrzeli to nie będziemy wnosić roszczeń". Czytaj więcej

Obostrzenia są ogromne. Inna Polka, Anna Kiełtyka, opisuje podróż na swoim blogu: "Nie wolno ubierać japonek ani sandałów, dziurawych spodni, krótkich spodenek czy spódniczek, jakichkolwiek ciuchów o charakterze obraźliwym, czy imitującym strój wojskowy. (...) Nie wolno niczego wskazywać palcem, należy powstrzymać się od zbytniej i gwałtownej gestykulacji, ponieważ może to być zrozumiane jako sięganie za broń".
Anna Kiełtyka
fragment bloga

" Zdjęcia można robić tylko we wskazanym kierunku ,wtedy gdy zezwoli na to żołnierz. Nie stosowane się do tych zasad może zakończyć się konfiskatą aparatu fotograficznego, a w najgorszym przypadku, zestrzeleniem przez żołnierza Korei Północnej". Czytaj więcej

Podobno po południowej stronie znajduje się sklepik, gdzie można zakupić północnokoreańskie produkty. A z Mt Odu Observatory – zobaczyć północnokoreańską wioskę. "Otrzymaliśmy lornetki. Widzieliśmy mieszkańców" – opisuje jeden z amerykańskich turystów.

Na terenie strefy są dwie wioski. Po stronie południowej - Daeseong-Dong, a północnej - Kijŏng-dong. Tę drugą ma zamieszkiwać ok. 200 osób, ma tu być przedszkole, szkoła, szpital, ale powszechn opinia jest taka, że budynki są puste, światła w nich zapalają się każdego dnia o tej samej godzinie, a ludzie, których widać przez lornetkę, to tylko ci, którzy pilnują tego miejsca. Wioska od lat nazywana jest propagandową.
Ścieli drzewo, na Północy wściekli
Strefa powstała w 1953 roku. Przez lata dochodziło w niej do wielu incydentów i każdy wywoływał ogromny wzrost napięcia między obu krajami. Wystarczył wybuch miny i ranni żołnierze, by dochodziło niemal do wybuchu wojny. Nawet ścięcie 30-metrowego drzewa, zasłaniającego widoczność między budynkiem dowództwa ONZ a punktami obserwacyjnymi wywołało taki konflikt, że skończyło się śmiercią dwóch amerykańskich żołnierzy.

Zdarzenie miało miejsce w 1976 roku, ścięcie drzewa było wcześniej uzgodnione, żołnierze Korei Południowej i USA zabrali ze sobą tylko siekiery. Ale nagle pojawiło się kilkunastu żołnierzy z Północy, którzy uznali, że to drzewo osobiście zasadził i podlewał Kim Ir Sen. Bitwa, jaka po chwili wybuchła, przeszła do historii jako "incydent z siekierą".

Ale działy się też rzeczy, które można uznać za kuriozalne. Na przykład choinka bożonarodzeniowa, którą kilka lat temu Koreańczycy z Południa postawili po swojej stronie granicy, a którą - jak się okazało - widać było z Północy, czego reżim nie mógł zdzierżyć.
Albo tama na rzece, którą w 2003 roku wybudowano na Północy, a Południe zaraz wybudowało swoją. Maszt z flagą, który Koreańczycy postawili w Daeseong-Dong, a w Kijŏng-dong zaraz postanowiono wybudować większy - wysoki na 160 metrów, o pół metra wyższy niż ten po drugiej stronie, był wówczas trzecim najwyższym masztem w świecie.

Propaganda z każdej strony
Od lat 50. aż do 2004 roku z głośników w strefie zdemilitaryzowanej - z obu stron - płynęła też propaganda. Zgodzono się je wyłączyć na mocy porozumienia, ale dwa lata temu Korea Północna nagle wróciła do tego zwyczaju. "Według różnych doniesień Korea Południowa szuka możliwości unowocześnienia swoich głośników" - czytamy w serwisie o historii wojennej warhistoryonline.com.

Przedziwne to miejsce, bez dwóch zdań. Ale kto nie chciałby by go zobaczyć na własne oczy?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...