Walka pro-life i pro-choice coraz ostrzejsza. Z jednej strony "język nienawiści", z drugiej "szantaż emocjonalny"

Wystawa antyaborcyjna w Katowicach
Wystawa antyaborcyjna w Katowicach Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Na płocie warszawskiego kościoła św. Katarzyny pojawiła się kontrowersyjna wystawa. Ze zdjęciami zarodków i dzieci po aborcji. Drastycznymi zdjęciami. Ostatnio zarówno walka z aborcją, jak i in vitro robi się coraz ostrzejsza.

Przeciwnicy in vitro twierdzą, że "to zabijanie dzieci" i "ukryta aborcja". Według zwolenników in vitro jest to "język nienawiści" i "przekłamania". Z kolei przeciwnicy twierdzą, że to zwolennicy grają na emocjach. Dyskusja o in vitro tak samo jak dyskusja o aborcji coraz bardziej przypomina wojnę, niż cywilizowaną debatę. Wojnę między tymi, którzy określają się jako pro-life a tymi, którzy są pro-choice. Ci drudzy często aborcję i in vitro stawiają na równi – jako takie samo zło.

Szokujące zdjęcia dzieci po aborcji, zarodków i hasła typu "stop zabijaniu dzieci" albo "in vitro to ukryta aborcja" są standardem przy protestach przeciwko tej metodzie. Z drugiej zaś strony mamy dramatyczne opowieści rodziców o niemożności posiadania dziecka. Albo już same dzieci, które mają być przykładem na wspaniałą skuteczność in vitro.

Drastyczne obrazy
Zdjęcia zarodków i dzieci po aborcji to jedna z najbardziej drastycznych metod przedstawiania całej sprawy. Ale niezwykle skuteczna, bo obrazy te po prostu dogłębnie poruszają. – Myślę, że ten rodzaj retoryki pokazuje bezradność tych środowisk – mówi nam Anna Krawczak ze Stowarzyszenia Nasz Bocian.


Czytaj też: W Sejmie biją się o in vitro, a Częstochowa bierze sprawy w swoje ręce

Fotografie prezentowane są na wystawach, takich jak ta przy kościele św. Katarzyny albo przy okazji protestów przeciwko in vitro. Które zazwyczaj stawia się na równi z aborcją.
– Polski Kościół w ten sposób, zestawiając aborcję i in vitro, przekłamuje rzeczywistość. To odwoływanie się do emocji – ocenia Krawczak.

Jak rozmawia kler...
Operowanie drastycznymi obrazami, łącząc dwie różne kwestie to nie jedyne chwyty, jakie stosują przeciwnicy in vitro. Często też mówią, na przykład, o dziesiątkach tysięcy zabijanych zarodków przy stosowaniu tej metody. Jednak, jak mówi nam Anna Krawczak, są to dane zmyślone.
– Podają liczby, które nie mają oparcia w żadnych badaniach, bo nikt takowych nie prowadzi w Polsce. Nie ma nawet regulacji prawnych co do in vitro – wskazuje działaczka Naszego Bociana.

Do tego, oprócz posługiwania się danymi bez pokrycia w faktach, duchowni – według Krawczak – używają "języka nienawiści". – Porównują in vitro do gwałtu albo mówią o kupowaniu dzieci przy ladzie – wymienia działaczka stowarzyszenia NB. – Jeśli to nie jest język nienawiści, to nie wiem, co nim jest – dodaje Krawczak.

– To dyskryminowanie ludzi ze względu na sposób poczęcia, z przerażeniem obserwujemy te ataki na niewinne dzieci i ich rodziców – podsumowuje nasza rozmówczyni.

…I jak mówią zwolennicy
Tomasz Terlikowski, naczelny portalu Fronda.pl, wskazuje jednak, że takie metody debatowania – opierające się na emocjach – to ani nic nowego, ani szokującego. – Środowiska pro-choice też stosują obraz i emocje i nie ma w tym nic dziwnego. Robią dokładnie to samo, co przeciwnicy in-vitro – wskazuje Terlikowski. I jako przykład podaje: ostatnio jedna z amerykańskich działaczek pro-choice nawoływała Kościół do zaprzestania głoszenia swoich poglądów, bo prowadzi to "do zabijania kobiet". – Jako żywo, jest to szantaż emocjonalny – ocenia naczelny Frondy.

Zobacz też: Więzienie za in vitro. Tego, co proponuje Jarosław Kaczyński i PiS, nie ma nawet w Iranie

Terlikowski wskazuje również, że tak naprawdę to właśnie zwolennicy in vitro jako pierwsi zaczęli posługiwać się w debacie publicznej emocjami. – Oni doskonale wiedzą, że współczesna debata toczy się na obrazy i emocje. Odeszło się od słowa, które oznaczało argumenty. Dziś są obrazy, które wiążą się z emocjami, na tym polega współczesna debata – wyjaśnia dziennikarz. I od razu dodaje: – Długo lepiej rozumieli to pro-life'owcy. A teraz złoszczą się, jak się okazało, że inni też mogą tak robić.

Płaczące małżeństwa
Jako przykłady takiego grania na emocjach Terlikowski wskazuje pary, które opowiadają dramatyczne historie o niemożności posiadania dzieci albo pokazywanie dzieci, które urodziły się metodą in vitro. – Rozumiem, że to jest trudne i ciężkie dla takiej pary. Ale to autentyczne pragnienie posiadania dzieci to emocje, a emocje nie są odpowiedzią na argumenty – podkreśla naczelny Frondy. – Piękne dziecko z in vitro to też odpowiedź emocjonalna, a nie racjonalna.

Inny przykład argumentów "poniżej pasa", czyli niekoniecznie merytorycznych? – Mówienie o chęci spełniania marzeń. To też argument emocjonalny – przekonuje Terlikowski. Jak zaznacza, "nie każda metoda spełniania marzeń – nawet tych dobrych, bo marzenie o posiadaniu dziecka jest dobre – to dobra metoda".

– My chcemy rozmawiać konkretnie o tej metodzie, a nie o marzeniach, bo one nie są odpowiedzią na nasze wątpliwości co do losu zarodków – dowodzi dziennikarz.

Walka na śmierć i życie
– Jak zaczniemy grzebać w faktach to okaże się, że tamci stosowali emocje dużo wcześniej – przekonuje Terlikowski. I temu, niewątpliwie, nie można odmówić słuszności. Ale już osądzić kto w tym sporze ma słuszność – każdy musi we własnym sumieniu.

Jedno nie ulega wątpliwości: "debata" o in vitro zaczyna przypominać bardziej wojnę, niż cokolwiek innego. Ani jedna, ani druga strona nie waha się odwoływać do najgłębszych emocji. Wszystkie chwyty dozwolone?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...