"Krótka historia jednego zdjęcia" to najlepszy fanpage, jaki ostatnio odkryłem. Niezwykłe, ile kryje każde z nich

1954, Alabama, ważący prawie 4 kilogramy fragment meteorytu przebija dach domu
1954, Alabama, ważący prawie 4 kilogramy fragment meteorytu przebija dach domu Fot. facebook.com / Krótka historia jednego zdjęcia
Jakub Kuza, autor fanpage'a "Krótka historia jednego zdjęcia", wydarzeniami z przeszłości zainteresował już przeszło 58 tysięcy osób. Patrząc na opublikowane przez Kubę fotografie, aż ciężko uwierzyć, ile zdarzeń kryje się za każdym z nich. "Krótka historia jednego zdjęcia" to fanpage, który odwiedzić powinien absolutnie każdy, kto uważa historię za nudę.

W przeciwieństwie do wielu moich znajomych, miałem szczęście do nauczycielek historii, które z pasją potrafiły opowiadać o wydarzeniach z czasów minionych. Moi przyjaciele w przytłaczającej większości wspominają jednak te lekcje jako nudne, ciągnące się w nieskończoność 45 minut. Ich mordęga była tym większa, im więcej suchych faktów, chronologii i sztywnej narracji pojawiało się na szkolnej tablicy.


A przecież historię można podać w sposób interesujący, wszak nawet wiele codziennych zdarzeń z perspektywy czasu jawi się jako niesamowite przeżycie. W świetnym stylu udaje się to Jakubowi Kuzie, autorowi fanpage'a "Krótka historia jednego zdjęcia", z którym porozmawialiśmy o jego interesującym i pożytecznym zajęciu.
Wielu ludzi pamięta lekcje historii jako 45 minut totalnej nudy. Jakim cudem udało ci się zatem zaciekawić niemal 60 tys osób zdarzeniami z przeszłości?

Myślę, że wystarczy trochę inaczej o tej przeszłości mówić, więcej o "zwykłych ludziach", o relacjach, emocjach, niesamowitych zbiegach okoliczności niż o datach i suchych faktach. Zamiast pompatycznych akademii ku czci żołnierzy wyklętych, zaciekawić historią niesamowitej miłości Wiesławy Pajdak i Jerzego Śmiechowskiego. Nie katować uczniów polonem i radem tylko opowiedzieć o przyjaźni Marii Skłodowskiej-Curie z Albertem Einsteinem, albo o jej skandalicznym romansie z Paulem Langevinem. Przykłady można mnożyć.


Od czego się zaczęło?

Zupełnie przypadkiem, półtora roku temu. Siedziałem już wieczorem w łóżku z laptopem, zobaczyłem w internecie zdjęcie młodej dziewczyny, której właśnie udało się uciec z NRD do Berlina Zachodniego, poczułem potrzebę, żeby się tym podzielić, więc w trzy minuty założyłem fanpage, zaprosiłem znajomych do polubienia i szybko okazało się, że pomysł chwycił.

Skąd taka forma przedstawiania zdarzeń?

Byłem nastolatkiem, gdy zafascynował mnie cykl "Zdarzyło się wczoraj", od którego co tydzień rozpoczynałem lekturę Dużego Formatu. Oczywiście jak najdalszy jestem od porównywania mojej facebookowej zabawy ze wspaniałymi tekstami Włodzimierza Kalickiego, ale zawsze marzyłem, żeby chociaż trochę mówić o historii tak jak on. A że czasy są nieciekawe i prawie nikt nie czyta tekstów dłuższych niż kilka zdań, uznałem że formuła "jednego zdjęcia" i "krótkiej historii" będzie najlepsza. W kumulowaniu ciekawostek w niewielkich notkach mam spore doświadczenie, bo zawodowo zajmuje się promocją książek, próbując skusić czytelnika do zakupu tym, co przeczyta na tyle okładki.
Gdzie znajdujesz historie?

Wszędzie. Czasami mam w głowie historię i szukam tylko zdjęcia, czasami jest odwrotnie. Czytam bardzo dużo książek, mam chyba relatywnie szerokie zainteresowania, więc inspiracje same przychodzą do głowy. Oczywiście śledzę podobne profile obcojęzyczne – zwłaszcza Rosjanie udostępniają w mediach społecznościowych naprawdę niesamowite fotografie. Dużo propozycji podsyłają mi też sympatycy profilu.

Jak decydujesz o doborze treści na dany dzień?

Czasami przygotowuję coś specjalnie z okazji rocznicy czy święta – nietrudno zgadnąć, że takimi wpisami można zrobić największe zasięgi. Na przykład w piątek trzynastego dużą popularnością cieszył się post o castingu do głównej kociej roli w niskobudżetowym horrorze "Tales of terror". W piątki wpisy są raczej luźniejsze, w sobotę sport, w niedzielę pozwalam sobie częściej na nieco bardziej hermetyczne miejsko-architektoniczne klimaty, ale takich generalnych reguł doboru treści raczej nie ma. Za to z perspektywy czasu widzę, że kiedy mam złe tygodnie, to więcej jest seryjnych morderców i polityki (śmiech)
Czy publikowane przez ciebie zdarzenia zgadzają się co do dnia?

Każde zdjęcie staram się umiejscowić w czasie, ale rzadko jest to aż tak dokładnie, bo niejednokrotnie ustalenie daty dziennej jest albo bardzo trudne albo wręcz niemożliwe. Poza tym chciałem zerwać ze szkolnym fetyszem daty – ważniejsze, aby z obrony Westerplatte zapamiętać arcypolski konflikt dwóch dowódców, z których jeden chciał ratować swoich żołnierzy, drugi honor całego kraju, niż to czy półwysep skapitulował siódmego września przed południem czy po południu.

Czy wszystkie historie są weryfikowane? Zdarzają się wtopy?

Staram się weryfikować wszystkie wpisy, ale ostateczną instancją są oczywiście fani - przy tak dużej liczbie osób, specjalizujących się w różnych dziedzinach, żadna pomyłka nie ujdzie na sucho. Zdecydowanie największą kompromitacją, momentem niewyobrażalnego zaćmienia umysłu, było dla mnie pomylenie na zdjęciu gauleitera Prus Wschodnich Ericha Kocha z Adolfem Hitlerem. Przeprosiłem, poprawiłem opis, chyba zostało mi wybaczone. Więcej takich spektakularnych wpadek raczej nie miałem, drobne błędy (gramatyczne też) koryguję na bieżąco według informacji z komentarzy.
Która z podanych przez ciebie historii jest Twoją ulubioną?

Uwielbiam wpatrywać się w zdjęcia, które obnażają ahistoryczność naszego myślenia - interpretowanie zdarzeń według późniejszej wiedzy. Myśląc o dwóch anonimowych mężczyznach uczących się w Mińsku rosyjskiego ciężko sobie wyobrazić, że ten młodszy za rok zabije amerykańskiego prezydenta, a starszy trzydzieści później lat rozwiąże Związek Radziecki. Patrząc na młodego Roberta Lewandowskiego, w którego nie chciała uwierzyć jego ukochana Legia Warszawa zaczynam myśleć, co byłoby gdyby w tamtym momencie się poddał (a było blisko). Gdy powstaje Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, wśród rozłamowców zaskakująco nie ma Andrzeja Dudy, a przecież gdyby wtedy zdecydował inaczej, pewnie nigdy nie zostałby prezydentem.

Niesamowite jak wiele historii może stać za jedną fotografią. Czy interesowałeś się kim byli nie tyle sami bohaterowie, co autorzy poszczególnych zdjęć?

Stosunkowo rzadko publikuję zdjęcia najbardziej znanych fotografów, bo często są one przede wszystkim starannie wyreżyserowanym spektaklem. Zdecydowanie bardziej wierzę w siłę zdjęć "z przypadku" (jak np. Josepha Louwa, który dokumentuje pierwsze minuty po zabójstwie Martina Luthera Kinga) albo fotografa, będącego częścią całej historii. Przejmujący jest autentyzm zdjęć pasjonata Józefa Ulmy, który fotografuje swoją rodzinę jedynym aparatem na wsi. I to właśnie pod pretekstem zrobienia zdjęcia odwiedza go sąsiad, który później doniesie, że Ulmowie ukrywają Żydów – wszyscy łącznie z dziećmi zostaną rozstrzelani… Wstrząsające jest też zdjęcie radosnego Gera McDonnella na szczycie K2, zrobione przez jego kolegę z ekipy wspinaczkowej, Wilco van Rooijena. Ger nie przeżyje kolejnego dnia, Wilco zostanie cudem uratowany po 60 godzinach spędzonych w "strefie śmierci".
Z którego roku pochodziło najstarsze zdjęcie opublikowane na fanpage'u?

Najstarsze to druga połowa XIX wieku – ekspansja kolei na tereny Indian, wojna secesyjna, Billy The Kid grający w krokieta (zdjęcie kupione przez kolekcjonera na pchlim targu za pięćdziesiąt centów, wycenione rynkowo na kilka milionów dolarów). Najnowsze dotyczą współczesności, nierzadko wydarzeń dosłownie sprzed kilku dni. To też już historia.
Jakie historie najbardziej cię interesują?

Uwielbiam bałwochwalczo piłkę nożną. Bardzo lubię historię polityczną III RP. Godzinami mógłbym dyskutować o architekturze i urbanistyce, ale prowadząc fanpage muszę liczyć się też z vox populi w nowoczesnym wydaniu, czyli zasięgiem, lajkami, udostępnieniami, liczbą komentarzy itd. Wrzucając słodkiego warchlaka, który zasnął utrudzony po spożyciu owoców z wina domowej roboty, jestem spokojniejszy, gdy później napiszę o Édith Piaf, która nie może liczyć aż na takie zainteresowanie.

Wiele rozmów o historii toczy się w komentarzach pod zdjęciami. Czy zależało ci na stworzeniu pewnego rodzaju grupy dyskusyjnej, czy to już przyszło samo z siebie?

Raczej wydarzyło się samo. Cieszę się zwłaszcza z tych osób, które praktycznie codziennie dzielą się swoją opinią o najnowszym wpisie. To co wydaje mi się szczególnie cenne – rozmawiamy ze sobą stosunkowo kulturalnie i rzeczowo, nawet na tematy polityczne. Patrząc na ocean nienawiści w polskim internecie, naprawdę daje mi to olbrzymią satysfakcję.
Co jeśli któregoś dnia wstaniesz z poczuciem, "o cholera, chyba wrzuciłem już wszystko"?

Czasami czuję się bardzo zmęczony, myśląc późnym wieczorem co "wrzucić" na rano, zwłaszcza że cała ta "zabawa" po godzinach zajmuje jednak sporo czasu. Kiedy zaczynałem, miałem samozaparcie, aby przygotować nawet trzy wpisy dziennie. Teraz realistycznie trzymam się harmonogramu - codziennie rano jeden wpis. Na razie sił jeszcze starcza, mam nadzieję, że formuła się nie wyczerpała, a poziom nie pikuje w dół. Mimo, że Facebook cały czas obcina zasięgi, fanów ciągle przybywa, co jest najlepszą motywacją.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...