Ryszard Kalisz #TYLKONATEMAT: Nie rozumiem ludzi lewicy współpracujących z "dobrą zmianą"

W rozmowie z naTemat.pl Ryszard Kalisz wyznaje, że nie rozumie ludzi lewicy, którzy współpracują z PiS i obozem "dobrej zmiany". Zdradza też, czy zgodzi się być kandydatem lewicy na prezydenta Warszawy. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Nie może chodzić tylko o szyldy, najważniejsza jest wiarygodność! Mówiąc o "nowym ugrupowaniu", mam na myśli takie, które będzie atrakcyjne zarówno dla młodych, tych w średnim wieku, jak i najstarszych Polaków. Ono musi mieć program, który będzie opowiadał o Polsce naszych marzeń – mówi #TYLKONATEMAT Ryszard Kalisz. W rozmowie z naTemat.pl były szef MSWiA i szef Kancelarii Prezydenta w czasach Aleksandra Kwaśniewskiego komentuje opór przed wejściem do ostrej politycznej gry Barbary Nowackiej i Roberta Biedronia oraz ujawnia swoje polityczne plany.

Jak z pańskimi ambicjami warszawskimi? Mieszkańcy stolicy zobaczą pańskie nazwisko na kartach do głosowania, gdzieś obok Rafała Trzaskowskiego i innych kandydatów na prezydenta Warszawy?

Nie, już dawno zdecydowałem, że nie będę startował. Nie przewiduję startu w wyborach samorządowych i kandydowania na prezydenta Warszawy.

A jeśli będą namawiać? Niedawno szef SLD Włodzimierz Czarzasty wspominał o sondażach, w których miał pan notować podobne wyniki, jak "kandydat marzeń" lewicy, czyli Robert Biedroń. Wiadomo już, że Biedroń zostaje w Słupsku, więc...

Moja decyzja jest ostateczna. Oczywiście cieszę się z tak dobrych wyników sondażowych. Bardzo dziękuję mieszkańcom Warszawy za duże zaufanie. Jednak podjętej raz decyzji, nie zamierzam zmieniać. Na pewno będę starał się działać na rzecz tego, by Warszawa dalej się rozwijała, a jej mieszkańcom żyło się jak najlepiej, ale kandydowanie na prezydenta stolicy odpada.

A czy jest pan gotów na jakąkolwiek przyszłą współpracę z SLD w innych projektach politycznych?

Jestem gotów na różne pomysł. Jako człowiek lewicy z krwi i kości bardzo bym chciał, aby w Polsce powstała znowu progresywna, silna i dynamiczna partia lewicowo-liberalna. Taka, która będzie mogła odgrywać ważną rolę w polityce centralnej i samorządach, oraz realnie walczyć o władzę.

Obecne SLD takich możliwości niestety nie ma, ale zarazem jest ważnym czynnikiem na etapie budowania tej nowej lewicy. SLD kojarzy się dzisiaj w sondażach jako główna twarz lewicy, ale ma swoje liczne ograniczenia. A ja chciałbym, by tę przestrzeń wolności i przestrzeń spraw społecznych zajęła silna formacja, która ograniczeń nie będzie mieć.


Włodzimierz Czarzasty i spółka są chyba przekonani, że wystarczy tylko subtelnie przypomnieć wyborcom logo SLD. Pan jest zwolennikiem nowego szyldu?

Tu nie może chodzić tylko o szyldy, najważniejsza jest wiarygodność! Mówiąc o "nowym ugrupowaniu", mam na myśli takie, które będzie atrakcyjne zarówno dla młodych, tych w średnim wieku, jak i najstarszych Polaków. Ono musi mieć program, który będzie opowiadał o Polsce naszych marzeń.

Tylko do budowania takiego projektu brakuje chętnych. Ludzie wierzyli, że będzie rewolucja Roberta Biedronia, ale on woli być samorządowcem. Barbara Nowacka liderką opozycji zamierza bywać tylko okazjonalnie. Mógłbym wymienić jeszcze kilka podobnych nazwisk. W tym nazwisko Ryszarda Kalisza, który nadal jest popularny, ale przed powrotem do polityki na poważnie też się kryguje...

Wszyscy się krygują, bo to jest ciężka praca. Trzeba znaleźć nie tylko odpowiednio dużą i silną grupę osób zgodnych co do wizji Polski. To tylko pierwszy etap. Potem konieczne będzie zgromadzenie odpowiedniej grupy, która weźmie się za systematyczną pracę. Podjęcie się takiego zadnia jest trudne. Poza tym, to wszystko powinno wynikać z dynamiki sytuacji, którą mamy w Polsce. Odpowiednie miejsce w polityce trzeba sobie wywalczyć. To powinien być efekt działania takiego naturalnego autorytetu, a nie jakichś negocjacji.

A ja jestem już osobą, która w swoim politycznym życiu wiele zrobiła. Uważam, że moja rola jest bardziej doradcza. Rozumiem obawy zarówno Barbary, jak i Roberta, ale to z ich pokolenia – a może i ludzi młodszych – powinna powstać ta nowa idea.

Jakbym słyszał Władysława Frasyniuka, gdy mowa o odbudowaniu środowisk centrowych...

Niech się pan nie dziwi. My z Władysławem Frasyniukiem mamy bowiem podobne poglądy na wiele spraw. Jesteśmy też w podobnym wieku, więc to naturalne, że mamy zbieżne spojrzenie...

A może jednak polityka nadal wzywa takich, jak wy? Bo młodsi nie garną się do tego, by robić ją na poważnie.

Jeżeli naprawdę okaże się, że ci młodsi tego nie zrobią, to być może rzeczywiście nasze pokolenie będzie musiało na to wezwanie odpowiedzieć. Całkowicie tego nie wykluczam, bo wiem, że polityka jest nieprzewidywalna.

Był pan ministrem w jednym z rządów z najsilniejszym poparciem w historii i szefem kancelarii absolutnie najpopularniejszego prezydenta. Wierzy pan, że takie dobre czasy dla lewicy mogą jeszcze wrócić?

Ależ oczywiście, że tak! W polityce co chwila przychodzą kolejne zmiany. Tylko, że nic się samo nie stanie. Dlatego potrzebne jest wreszcie spójne i efektywne działanie ludzi polskiej lewicy. Dzięki niemu mielibyśmy szansę na realizację marzeń o powrocie do władzy.

Gdy mowa o "ludziach lewicy", większości Polaków przed oczami staje Leszek Miller...

Właśnie w tym też jest wielki problem SLD. To blokuje możliwości rozwoju.

Jakie są dziś pańskie relacje z byłym premierem?

Z Leszkiem Millerem mam już bardzo mało kontaktów. Ostatnio widzieliśmy się jednak z trzy tygodnie temu i rozmawialiśmy normalnie.

Minął żal? Bo okoliczności pańskiego rozstania z Sojuszem nie były przyjemne. Wyrzucono pana de facto za krytykę Leszka Millera.

Teoretycznie Leszek Miller wyrzucił mnie wtedy z SLD za stworzenie Europy+. I najśmieszniejsze jest to, że w najbliższych wyborach zrobił to samo, co ja. Była przecież koalicja Zjednoczonej Lewicy, którą Sojusz tworzył między innymi z Twoim Ruchem.

No, ale nie można być takim pamiętliwym. Na ile to możliwe, staram się nie przenosić konfliktów politycznych na życie osobiste. Dlatego z Leszkiem Millerem normalnie rozmawiamy. Co prawda zdarza się to rzadko, może raz do roku, ale rozmawiamy.

Pyta pan go wówczas, dlaczego często miewa poglądy zbieżne z tymi, które prezentuje obóz "dobrej zmiany"?

Mnie to zjawisko nie dziwi. Leszek Miller zawsze miał pociąg do silnej struktury. Takiej bardzo hierarchicznie podporządkowanej, najlepiej podporządkowanej jemu. Pamiętajmy, że on stworzył jednolitą władzę najpierw w SLD, a potem w rządzie, którym kierował. Ostatecznie jednak coś mu nie wyszło, bo szczebel regionalny działał na własną rękę i zaczęły się te wszystkie kwestie parabiznesowe, które rozwaliły rząd SLD. Dlatego teraz Leszek Miller się tak zachowuje, bo patrzy na Jarosława Kaczyńskiego z zazdrością, że prezesowi PiS udało się to, czego on nie dał rady zrobić.

Są też inne osoby, które latami były silnie kojarzone z lewicą, a dziś znalazły się w samym środku "dobrej zmiany". Jak to możliwe? Gdzie zaczyna się ta nić porozumienia między ludźmi lewicy a PiS i spółką?

Ja tego nie rozumiem. No po prostu nie rozumiem! Istotą współczesnej lewicy jest przecież demokratyczne państwo prawne. To my, ludzie lewicy byliśmy współtwórcami konstytucji z 1997 roku. Nie wiem zatem, jak lewicowiec może dzisiaj współpracować z partią, którą tę konstytucję i zasady praworządności łamie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...