
W poniedziałek z bezpiecznych antypodów weekendu wracamy w sam pępek świata informacji. Dlatego też co poniedziałek będę przyglądać się, co i jak tygodniki opinii piszą o kulturze. Raz na miesiąc będę też zaglądać do magazynów lajfstajlowych. Czasem też zagoszczą tutaj publikacje bardziej niszowe. Wy też się przyłączcie w komentarzach.
REKLAMA
1. "Uważam, Rze" – "Bezpłciowa kultura", rozmowa Moniki Mostowskiej z Pawłem Wolińskim, prezesem Fundacji Mamy i Taty
"Mitowi [jakoby w społeczeństwie było 10 proc. osób homoseksualnych] udało się wyjątkowo skutecznie zawładnąć sferą publiczną, przekonać polityków, że homoseksualizm jest sprawą polityczną oraz publiczną i że o sprawach wynikających z orientacji seksualnej trzeba rozstrzygać z parlamencie"
Tak, oczywiście, homoseksualistów prawie nie ma, a ci, którzy istnieją, powinni koniecznie się dobrze się zakamuflować, bo jeśli "ich zobaczą", to na pewno będzie to dowód, że są dumni, a przecież na gay pride (i jakąkolwiek pride, której nie ma liście na krótkiej liście tożsamościowych dogmatów) w nowoczesności nie ma miejsca. Cytuję dalej: " Nowoczesność to oczywiście tolerancja dla skłonności i poglądów innych osób, ale nie dumne gloryfikowanie ich bez względu na to, co mówią nauka, psychologia i medycyna". Oczywiście – co mówią – jasne jest dla odbiorcy artykułu. Że homoseksualizm to społeczna aberracja.
Jaka konkretnie nauka, psychologia i medycyna to mówi? Taka, która się podoba panu Walińskiemu, a mianowicie kwestionująca decyzję Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, które w latach 70. wykreśliło homoseksualizm z listy chorób psychicznych (spisek, to był spisek, na pewno!) i taka, która wymyśla takie bękarty pojęciowe jak homoseksualizm egodystoniczny – czyli taki, na który nie godzi się wewnętrzne go danej osoby. Hmm – takie sformułowanie pojawia się tylko na prawicowych stronach. Ciekawe jak się to ma to nauki przywoływanej tutaj jako obiektywna wyrocznia?
Teraz widocznie mniej wygodnie, jak widać, jest odwoływać się do religii, bo wydaje się wtedy mniej przekonującym. Ja jednak wolałam grę w otwarte karty – potępianie homoseksualizmu ze stanowisk religii katolickiej jest przynajmniej jakoś logiczne. Wymyślanie naukowych teorii na poparcie swoich kompletnie nienaukowych teorii – jest nadużyciem. Oczywiście, każda nauka jest skażona ideologią, jak każda część kultury. Nie istnieje obiektywizm. Zwykle jednak nauka stara się z ideologią walczyć, kwestionować ją w sobie, ubezpieczać się. Te "naukowe" przykłady, jakie podane są w artykule zideologizowane są jawnie i w ogóle się tego nie wstydzą. Są dumne! Taka duma jest dla społeczeństwa dobra, gejowska już niekoniecznie. Traktowanie jej ze zrozumieniem to "radykalna tolerancja".
"Doświadczenie uczy, że ideologie które sugerują jednoosiowe rozwiązanie problemów, z którymi boryka się ludzkość muszą budzić daleko idącą ostrożność". No właśnie.
2. "Newsweek" – "Porno dla mamusi", tekst Piotra Milewskiego
"50 Shades Of Grey" to książka przełomowa, tak zwany znak czasów i jeden z największych sukcesów komercyjnych w literaturze ostatnich lat. To napisany na pensjonarską nutę romans BDSM, w którym sceny seksu absolutnie pensjonarskie nie są. Oczywiście Hollywood zekranizuje powieść, a wśród kandydatów do głównej roli perwersyjnego i mrocznego tytułowego Christiana Greya wymienia się najbardziej pożądanych (dosłownie i w przenośni) młodych aktorów, m.in Ryana Gosslinga i Alexandra Skarsgaarda.
My pisaliśmy o tym, zanim ktokolwiek zaczął – patrz link wyżej. Czytajcie na zdrowie, bo historia naprawdę tania i smaczna jak dobry whopper. Diety whooperowej nie polecam, ale raz na jakiś czas na gulity pleasure trzeba sobie pozwolić. Główna bohaterka książki wie o tym dobrze.
3. "Przegląd" – "Robię filmy ironiczne", rozmowa Katarzyny Szeloch z Olafem Lubaszenko
Nie jest to zbyt mądry wywiad. Zaczyna się od piłki nożnej (ile można??), a kończy się na enigmatycznym wyznaniu o nadziei na to, że w życiu prywatnym się ułoży. Powodzenia życzę oczywiście. Wywiad ten pominęłabym jako zupełną nudę, gdyby nie kilka stwierdzeń.
Po pierwsze, Olaf Lubaszenko uważa Quentina Tarantino za przedstawiciela kina gangsterskiego, co jest jakąś wierutną bzdurą, chyba, że zatrzymał się na "Pulp Fiction". Zamykanie w obrębie jednego gatunku autora, który tak gatunkami żongluje jest dowodem na to, że miłość do Tarantino u Lubaszenki jest raczej naiwna.
I jeszcze jeden smutny dla mnie fragment, ale z zupełnie innego powodu. "Problem zaczyna się, kiedy twórca dowiaduje się, ile film kosztuje, ilu ludzi zaryzykowało pieniądze, żeby mógł powstać. Taka odpowiedzialność paraliżuje, a ja uważam się za człowieka odpowiedzialnego i jeśli ktoś mi zaufa, staram się tego zdania nie zawieść". Wynika z tego, że film musi powstawać taki, jak chcą tego inwestorzy – nie można zawieść ich zaufania, bo nie będą już dawać pieniędzy. W takim mechanizmie wszyscy reżyserzy staną się koniunkturalistami albo zaczną zastawiać na poczet filmu własne domy, żeby nikogo nie narażać własnymi artystycznymi "wybrykami". Dlaczego nasi producenci nie mogą przypominać choć trochę tych w USA i znać się, nawet ociupinkę na filmie?? Wtedy może ryzykowaliby więcej i Lubaszenko mógłby robić lepsze filmy ze spokojnym sumieniem.
