"Lekarz nie chciał mi nic powiedzieć o moim nie-mężu". Zaskakujące są w Polsce losy ludzi żyjących w konkubinacie

Osoby żyjące w konkubinacie nie mają łatwego życia. Na każdym kroku muszą potwierdzać wiarygodność swojego związku.
Osoby żyjące w konkubinacie nie mają łatwego życia. Na każdym kroku muszą potwierdzać wiarygodność swojego związku. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
"Nie macie ślubu? Oj to niedobrze... Co ludzie powiedzą? A co powie proboszcz na kolędzie?" – ci, którzy żyją w konkubinacie z pewnością dobrze to znają. Ale plotkarska sąsiadka, miejscowy ksiądz, czy konserwatywni rodzice to tak naprawdę pikuś. Jeśli nie masz ślubu, to dla państwa twój związek nie istnieje i musisz go na każdym kroku uwiarygodniać.

Mateusz to 30-letni pracownik biurowy. Przyznaje otwarcie, że nie jest zwolennikiem małżeństwa. Uważa, że potwierdzeniem miłości nie musi być papier lub kawałek metalu na palcu. – Ostatecznie przecież to nie one są gwarantem, że partner lub partnerka nas nie zdradzi, a relacje w związku – mówi mężczyzna. – Nie potrzebna jest więc mi i mojej partnerce żadna instytucja, która potwierdzi, że jesteśmy razem, bo my to wiemy.

Podobnego zdania jest Katarzyna, 36-letnia nauczycielka. Na co dzień pracuje w szkole podstawowej, gdzie uczy matematyki i jest wychowawczynią. Ma wielu podopiecznych, których rodzice nie są już małżeństwem.

– To smutne, że ludzie pobierają się, moim zdaniem na siłę, a potem po kilku latach ich związek się rozpada – stwierdza Katarzyna. – Dlaczego? Bo okazuje się, że nie znali tak naprawdę tej drugiej osoby i po paru latach muszą się rozstać. Ale lepszym pytaniem powinno być: dlaczego się zeszli? I tutaj odpowiedzi są kosmiczne i świadczą o tym, jak bardzo zabobonnym i zaściankowym narodem jesteśmy – bo będzie wstyd żyć tak bez ślubu, bo kobieta zaszła w ciążę i co rodzice powiedzą albo mój faworyt: bo ludzie będą wytykali na ulicy, że jest się starą panną / kawalerem – śmieje się kobieta. Sama nie ma ślubu i od 10 lat żyje ze swoim partnerem w konkubinacie.

Nie uległa presji rodziny i znajomych. Twierdzi, że jest szczęśliwa w takim układzie. – Dookoła widzę koleżanki na Facebooku, które publikują fotki ze swoich ślubów, a średnio raz na miesiąc mam rozmowę z moją mamą na temat tego, że nie zamierzam wychodzić za mąż. Ale juz przywykłam i nie rusza mnie to. Nawet mnie to trochę bawi – przyznaje Katarzyna.


Wielu stawia na konkubinat
Ale Kasia czy Mateusz nie są osamotnieni, bo w Polsce coraz częściej młodzi ludzie decydują się na konkubinat. W 2014 roku według źródeł kościelnych w kraju 3 proc. społeczeństwa żyło w takich związkach, czyli około 650 tysięcy osób. Wierząc tym danym i patrząc na badania CBOS, które mówiły o zwiększającej się tolerancji wśród Polaków dla konkubinatu, można wysunąć tezę, że obecnie takich związków jest jeszcze więcej.
I nikt na to nie narzeka (przynajmniej nie powinien) do momentu, kiedy dochodzi do kontaktu konkubina / konkubent i państwo. Wtedy zaczynają się schody i paradoksy. Przed takim stanęła ostatnio 35-letnia Klaudia, której "nie mąż" trafił do jednego z warszawskich szpitali. Oczywiście mężczyzna podpisał wszystkie stosowne papiery, że wyraża zgodę na wgląd w swoją kartotekę medyczną Klaudii i to ją trzeba informować, kiedy będzie się z nim coś działo. Niestety, papierologia nie pomogła.

– Siedziałam z moim "nie mężem" w sali. Byliśmy sami, nikomu nie przeszkadzaliśmy, bo "nie mąż" leżał w jedynce. Przyszedł lekarz i chciał zbadać mojego faceta i poinformować go o jego stanie. Ale nie chciał tego zrobić przy mnie. Strzelił wręcz focha, że nie przystąpi do badania póki ja nie wyjdę. Nie pomogło nawet tłumaczenie, że mam zgodę na wgląd do kartoteki medycznej mojego faceta. Zostałam wyproszona z sali. Jak to jest, o jego zgonie mi powiedzą, a o tym co mu jest już nie? – pyta rozżalona kobieta.

Co na to prawo?
W podobnej paradoksalnej sytuacji znalazł się opisywany jakiś czas temu przez "Newsweek" Artur, którego konkubina urodziła córeczkę. Wystąpiły jednak komplikacje, kobieta przeżyła, ale nie odzyskiwała przytomności. Żeby dopełnić beznadziejności i dramaturgii tej sytuacji, mężczyzna nie mógł odebrać ze szpitala swojej córeczki, bo wcześniej nie podpisali odpowiednich papierków, które poświadczyłyby, że on jest jej ojcem. Sprawa otarła się o sąd, a dziecko leżało w szpitalu przez kilka tygodni. W końcu kurator zweryfikował, czy Artur ma warunki, żeby zająć się córką i mała mogła trafić do domu.

Sprawa jest jeszcze poważniejsza, bo kobieta zapadłą w śpiączkę i kończyło jej się ubezpieczenie, a mężczyzna, jako obca dla niej osoba, nie mógł objąć jej swoim ubezpieczeniem, ani występować w jej imieniu przed urzędami.

Ale jak to obca? Przecież są w związku! Okazuje się jednak, że prawo jest bezsilne wobec konkubinatu, bo dla państwa taki związek nie istnieje. Nie podlega prawu i nie jest prawem regulowany. Konkubinat to tak naprawdę związek dwóch osób, których łączą więzi emocjonalne, wspólne pożycie i wspólne zarządzanie majątkiem.
Wyrok Sądu Najwyższego z dnia 31.III.1988

Konkubinat to wspólne pożycie analogiczne do małżeństwa, tyle, że pozbawione legalnego węzła. Oznacza istnienie ogniska domowego charakteryzującego się duchową, fizyczną i ekonomiczną więzią pomiędzy kobietą a mężczyzną.

Dlatego tak naprawdę prawnie konkubent i konkubina są dla siebie obcymi ludźmi. Nie mogą więc mieć wspólnego nazwiska, występować za siebie przed urzędami czy dziedziczyć po sobie. Na wszystko muszą mieć dodatkowe poświadczenia i akty notarialne.

Jak umrę to...
Na przykład jeśli chcą kupić razem dom, muszą mieć akt notarialny mówiący o tym, że jest ich i określający kto ma ile procent tej nieruchomości, oczywiście proporcjonalnie do wkładu. Tak samo jeśli chcą po sobie coś dziedziczyć, to muszą to zapisać w testamencie, bo wobec prawa nie mają wspólnego majątku, tylko każdy ma swój oddzielny. A kupione razem rzeczy też są "dzielone" procentowo. Jeśli nie sporządzą takiego dokumentu, to nie mają co liczyć na jakiekolwiek dziedziczenie, bo ustawa obejmuje tylko dziedziczenie "z urzędu" w małżeństwach.

Tak samo sprawa ma się jeśli chodzi o dzieci konkubentów. Należy razem zgłosić się do urzędu stanu cywilnego, żeby potwierdzić ojcostwo. Inne prawa, np. do alimentów czy dochodzenia praw pozostają bez zmian.

Paradoksalna sprawa zachodzi w sferze podatkowej. Partnerzy nie mogą rozliczać się wspólnie, ale ordynacja podatkowa traktuje ich jako członków rodziny, a co za tym idzie, ponoszących odpowiedzialność solidarną za zobowiązania podatkowe swego partnera. Pomimo że państwo nie uznaje ich jako rodziny, to każde z nich odpowiada za czyjeś "przewinienia".

Dwa przypadki, kiedy jesteś w związku
Istnieją jednak dwie sytuacje, kiedy konkubinat jest uznawany przez prawo jako związek. Niestety nie są to miłe okoliczności. Pierwsza to kiedy konkubent jako "bliska osoba" może zostać zwolniony od składania zeznań przed sądem. Druga, kiedy para mieszka razem w wynajmowanym przez jedną z osób mieszkaniu. Kiedy ona umiera, wtedy prawo najmu przechodzi z niej na drugą osobę ze związku.

Ale co ze sprawą Klaudii? Czy lekarz miał prawo ją wyprosić? Według prawa, konkubenci mają prawo do uzyskania informacji na temat swojego zdrowia, gdy jedno z nich znajdzie się w szpitalu. W karcie informacyjnej lekarz wpisuje dane partnera, żeby nie było wątpliwości komu przekazywać informacje o stanie zdrowia. A jak w tym przypadku?

– To zależy co lekarz chciał powiedzieć pacjentowi – mówi w rozmowie z naTemat prof Leszek Kubicki specjalizujący się w prawie medycznym. – A w takich sytuacjach to pacjent decyduje o tym, co lekarz może przekazać osobie bliskiej, a co nie. I lekarz miał prawo wyprosić z sali konkubinę, bo mógł mieć informacje dla pacjenta, którą pacjent nie chciałby dzielić się z partnerką. Wszystko zależy tak naprawdę od woli pacjenta – stwierdza profesor.

I pomimo wielu przeszkód stawianych przed osobami żyjącymi w konkubinacie, ludzie decydują się na takie związki i są szczęśliwi. I to chyba największy dowód i świadectwo ich miłości.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...