
"Ale po co, ale dlaczego, mieliście wpadkę?" – mniej więcej tak wyglądają reakcje na wieść o tym, że dwudziestoparoletnia para planuje wziąć ślub. Wśród młodych panuje przekonanie, że "im później, tym lepiej". Tymczasem opublikowane właśnie badania mówią, że zaledwie 3,6 proc. związków żyje w konkubinacie. Te dane dziwią, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że młodzi ludzie decydujący się na małżeństwo są często postrzegani przez otoczenia raczej jako "śmiałkowie".
– Polacy są społeczeństwem bardzo tradycyjnym i jednak większość par ostatecznie decyduje się na ślub – czytamy w "Rzeczpospolitej", która powołuje się na raport dotyczący związków nieformalnych, opracowany przez Instytut Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. W mediach podkreśla się, że ta liczba jest raczej zaniżona. Ale i tak oznacza to, że prawie wszystkie żyjące razem pary to małżeństwa. Tyle statystyki, ale gdzie są ci ludzie?
Wikipedia
Za: W. Ćwiek: Konkubinat, wyd. C.H. Beck, Warszawa 2002)
Moje obserwacje są zupełnie inne, niż wyniki badań opublikowane w "Rz". No ale w końcu to tylko obserwacje. Bez oceniania, czy warto brać ślub czy też nie, młodzi ludzie decydujący się na ślub są moim zdaniem bardzo często postrzegani jako zjawisko co najmniej dziwne i jakby niepasujące do dzisiejszych czasów. Oczywiście nie spotyka ich żaden ostracyzm ze strony otoczenia, ale o nich się "mówi". Taki obraz potwierdzają mi rozmówcy, którzy w wieku dwudziestu kilku lat zdecydowali się na ślub. Tak, jak Blanka.
– Ale co i dlaczego? W ogóle to po co? O co chodzi? – usłyszała wielokrotnie 23-letnia Blanka, która w tym roku weźmie ślub. Jak mówi, jej rówieśnicy uważają ten krok za bezsensowny, że teraz "będą musieli" razem zamieszkać z mężem itd. – Moja koleżanka stwierdziła, że jest ze swoim facetem pięć lat i nie wyobraża sobie ślubu – słyszę od Blanki, która jest już nieco zmęczona tłumaczeniem swojej decyzji. Tym bardziej, że dla dużej części otoczenia oczywistym powodem ślubu przed 30-tką jest ciąża. – Nie jestem w ciąży – zaznacza.
Blanka mieszka w bardzo małej wsi i wieść o jej ślubie poniosła się dość szybko. – Do mojej mamy przyszła koleżanka z pytaniem, czy ta ceremonia to już ostateczność i czy niedługo rodzę – słyszę od Blanki.
W 2013 roku było najmniej małżeństw od 1945 roku
Źródło: Newsweek.pl, za: "Rzeczpospolita"
"Dziwna jesteś" – Wszyscy byli zdziwieni – mówi z kolei Julia z Warszawy, która dziesięć lat temu wzięła ślub. Jej zdaniem, dekadę temu z równie dużym zdziwieniem patrzono na młodych małżonków. – Miałam 22 lata i od trzech lat byliśmy parą. Jestem osobą, która wszystko robi wcześnie. Jestem wcześniakiem, o rok szybciej poszłam do szkoły i zawsze miałam poczucie, że jestem najmłodsza – mówi Julia, dla której małżeństwo było naturalnym krokiem po trzyletnim związku.
Julia zauważyła, że po ujawnieniu decyzji o jej zamążpójściu, status społeczny ich pary podniósł się. Ludzie zaczęli ją traktować poważniej i podkreślali słowo "narzeczona", jakby miało to coś zmieniać w jej charakterze lub sposobie obchodzenia się z nią. – Wyprowadziłam się z domu, zamieszkaliśmy razem itd. – wspomina Julia. Twierdzi, że gdyby jej córka w podobnym wieku oświadczyła, że chce wyjść za mąż, to by jej na to nie pozwoliła.
Julia nie wzięła ślubu z rozsądku, a wręcz przeciwnie. Twierdzi, że była wówczas bardzo beztroską osobą. Stwierdziła, że "jeszcze nigdy nie była mężatką" i że pójdzie w nieznane. Jej rodzice wzięli ślub, gdy mieli 30 lat, ale nie byli zdziwieni decyzją córki. Co innego rówieśnicy, choć wszyscy uważali ich za doskonałą parę.
– Spotkałam się z dużym zdziwieniem. Zwłaszcza, że na studiach znalazłam się w środowisku lesbijek - feministek. One wszystkie pukały się w czoło i zarzucały mi, że chcę powielać "mieszczańskie wzorce" i uważały, że stanę się "katolicką żoną", a moje życie zmieni się bezpowrotnie. Wszystko okazało się bzdurą – stwierdza moja rozmówczyni.
Ślub się przydaje Zdaniem Julii, osoby dziwiące się małżonkom bazują na stereotypach. – Jak ktoś informuje że bierze ślub, a już nie daj boże w kościele, to ludzie uważają że ta osoba przyjmie tradycyjny model rodziny. A tych modeli, nawet po zawarciu małżeństwa jest naprawdę coraz więcej – mówi mężatka.
Julia absolutnie nie żałuje swojej decyzji i przekonuje, że życie po ślubie jest po prostu łatwiejsze, choćby z biurokratycznego punktu widzenia. – Jak mam tego męża, to w różnych sytuacja mogę grać na tym stereotypie i trochę pościemniać. Ostatnio poproszono mnie na matkę chrzestną i dzięki małżeństwu i córeczce dostałam niezbędne zaświadczenie z parafii bez problemu. Gdybym poszła ubrana w ćwieki i powiedziała, że my tu właśnie z moją dziewczyną żyjemy sobie i chciałabym zostać matką chrzestną to nie dostałabym tej karteczki – zachwala żona z dziesięcioletnim stażem małżeńskim.
Blanka mówi z kolei, że i tak chciała być ze swoim chłopakiem, więc po prostu nie było na co czekać. – Mój narzeczony pracuje, zarabia i nie widzi potrzeby czekania. Bo niby na co? Nie widzimy sensu w odkładaniu pieniędzy na piękne, wielkie wesele, bo wiadomo jak to bywa. Dużo może się zmienić... – słyszę od Blanki, która za kilka miesięcy będzie po ślubie.
Z opowieści moich rozmówczyń, a także codziennych obserwacji tym bardziej dziwię się, że jedynie 3,6 proc. związków to konkubinaty. Tak naprawdę jednak statystyki te nie mają (na szczęście) większego znaczenia. Znam wiele par żyjących w małżeństwie, jak i na "kocią łapę". Nie ma reguły na to, który z modeli ma większą szansę przetrwania próby czasu. Albo się kogoś kocha, albo nie, i każdy ma prawo żyć, jak tylko mu się podoba.
