Trzeba wiedzieć kogo bierze się do wyceny. Wkład fundacji Rydzyka w nowe muzeum warty grube miliony

Zbiory muzealne Tadeusza Rydzyka zostały wycenione naprawdę hojnie.
Zbiory muzealne Tadeusza Rydzyka zostały wycenione naprawdę hojnie. Fot. Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta
Wkład Fundacji Lux Veritatis w Muzeum "Pamięć i Tożsamość" został wyceniony aż na 88 milionów złotych. Tyle mają być warte amatorskie nagrania wywiadów o ratowaniu Żydów w czasie II Wojny Światowej. Jednak wycena ta budzi bardzo poważne wątpliwości.


Przypomnijmy – jakiś czas temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego podpisało umowę na dofinansowanie stworzenia Muzeum "Pamięć i Tożsamość" im. św. Jana Pawła II, które ma wynieść około 100 milionów złotych.

Jednak głównym twórcą placówki ma być fundacja Lux Veritatis z Tadeuszem Rydzykiem na czele. Wkładem fundacji miało być przekazanie projektu muzeum, kaplicy i biblioteki oraz eksponatów i materiałów, które mogłyby znaleźć się na wystawie. I właśnie te ostatnie zostały wycenione przez rzeczoznawcę. Dosyć sowicie.
Jak informuje "Gazeta Wyborcza", specjalista od wyceny dzieł sztuki Adam Konopacki wartość zbiorów wniesionych przez Lux Veritatis do muzeum wycenił na 88 mln złotych. Większość zbiorów dotyczy zaangażowania Polaków w ratowanie ludności żydowskiej w czasie II WŚ i okupacji niemieckiej.

Jako najcenniejsze uznano współczesne nagrania wideo zawierające "zgłoszenia o osobach zaangażowanych w ratowanie ludności żydowskiej w czasie II wojny światowej". Wszystkie rozmowy zostały przeprowadzone w ciągu ostatnich 4 lat. Minutę takich nagrań oszacował na tysiąc złotych, a jest ich łącznie 725 godzin 5 minut i 36 sekund. Łącznie daje to kwotę 43 mln 506 tys. złotych.


W zbiorach jest także ponad 1320 godzin nagrań audio. W tym przypadku minutę wyceniono na 300 zł, co łącznie daje kwotę 23,8 mln złotych. Reszta to drobne pamiątki i eksponaty.

Wycenę jak i samą wartość historyczną zbiorów podważają eksperci. Według nich kwota wyceny jest zawyżona, a wartość historyczna nagrań z osobami, które czasów II Wojny Światowej nie pamiętały lub pamiętały bardzo słabo jest praktycznie żadna.

– Robienie takich rozmów z pokoleniem, które tego prawie nie pamięta i karmione było polityką historyczną, nie ma większego sensu. To fałszowanie źródeł, które mają sens, jeśli dotyczą naocznych świadków. Na początku lat 2000. mogliśmy jeszcze zastać ich przy życiu – stwierdziła w rozmowie z "GW" antropolożka prof. Joanna Tokarska-Bakir.

źródło: wyborcza.pl
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...