
Aż do tego roku na Przystanku Woodstock zawsze pojawiały się ambulanse do pobierania krwi. Z Warszawy, Katowic i Poznania. W tym roku może ich zabraknąć. Miejsce, w którym dotychczas stały, zmieniło właściciela. Na takiego, który za udostępnienie ambulansom miejsca żąda zapłaty.
Wbrew temu, co niektórzy pewnie sobie o woodstokowiczach myślą, odsetek zakażonych jest wśród nich taki sam jak u innych. Dostawaliśmy więc świetną krew od młodych ludzi, i to w wakacje, kiedy najbardziej jeb brakuje.
Oprócz zielonogórskiej ekipy na Woodstock przyjeżdżały też ambulanse z Warszawy, Katowic i Poznania. Jak mówi "Wyborczej" przedstawiciel katowickiego centrum krwiodawstwa, "w ciągu czterech dni festiwalu każdy miał prawie po tysiąc dawców".
To ogromna strata, że już tam nie możemy być. Pojawimy się na innych festiwalach, ale trzeba będzie zaczynać od początku. Tylu ludzi i tak chętnych jak na Woodstocku od razu nie będzie.
Wszystko przez to, że ambulanse nie mogą stać gdziekolwiek. W miejscu, gdzie pobierają krew, musi być woda i prąd. Do tej pory miasto udostępniało im działkę tuż przy terenie Woodstocku. Niestety, grunt zmienił właściciela. Nowy posiadacz terenu za udostępnienie skrawka ziemi zażądał 100 tysięcy złotych. Próbowali z nim negocjować działacze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – czyli organizatorzy Woodstocku – ale nic nie wskórali.
Czytaj: Czy oddawanie krwi uzależnia? Obalamy mity
Nowym właścicielami są dwaj przedsiębiorcy ze spółki Arkita Usługi Dźwigowe. Jeden z nich w rozmowie z "GW" zaprzecza informacjom o żądanych 100 tysiącach. Krzysztof Dymarek twierdzi, że chciał dostać tylko 40 tysięcy i był otwarty na negocjacje. Działacze z centrów krwiodawstwa mu zaprzeczają i podają kwotę 100 tysięcy. Takiej kwoty, oczywiście, ambulanse z żadnego miasta nie są w stanie zapłacić.

