Pobieranie krwi na Woodstocku w 2008 roku
Pobieranie krwi na Woodstocku w 2008 roku Fot. Agnieszka Kosiec / Agencja Gazeta

Aż do tego roku na Przystanku Woodstock zawsze pojawiały się ambulanse do pobierania krwi. Z Warszawy, Katowic i Poznania. W tym roku może ich zabraknąć. Miejsce, w którym dotychczas stały, zmieniło właściciela. Na takiego, który za udostępnienie ambulansom miejsca żąda zapłaty.

REKLAMA
Do Kostrzyna, wraz z tysiącami młodych ludzi, zjeżdżały ambulanse do pobierania krwi. Co roku, od 7 lat.
Zbigniew Urbaniak
Dyrektor Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Zielonej Górze.

Wbrew temu, co niektórzy pewnie sobie o woodstokowiczach myślą, odsetek zakażonych jest wśród nich taki sam jak u innych. Dostawaliśmy więc świetną krew od młodych ludzi, i to w wakacje, kiedy najbardziej jeb brakuje.

"Gazeta Wyborcza"

Oprócz zielonogórskiej ekipy na Woodstock przyjeżdżały też ambulanse z Warszawy, Katowic i Poznania. Jak mówi "Wyborczej" przedstawiciel katowickiego centrum krwiodawstwa, "w ciągu czterech dni festiwalu każdy miał prawie po tysiąc dawców".
Stanisław Dyląg
Szef RCKiK w Katowicach

To ogromna strata, że już tam nie możemy być. Pojawimy się na innych festiwalach, ale trzeba będzie zaczynać od początku. Tylu ludzi i tak chętnych jak na Woodstocku od razu nie będzie.

"Gazeta Wyborcza"

Wszystko przez to, że ambulanse nie mogą stać gdziekolwiek. W miejscu, gdzie pobierają krew, musi być woda i prąd. Do tej pory miasto udostępniało im działkę tuż przy terenie Woodstocku. Niestety, grunt zmienił właściciela. Nowy posiadacz terenu za udostępnienie skrawka ziemi zażądał 100 tysięcy złotych. Próbowali z nim negocjować działacze Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – czyli organizatorzy Woodstocku – ale nic nie wskórali.

Czytaj: Czy oddawanie krwi uzależnia? Obalamy mity

Nowym właścicielami są dwaj przedsiębiorcy ze spółki Arkita Usługi Dźwigowe. Jeden z nich w rozmowie z "GW" zaprzecza informacjom o żądanych 100 tysiącach. Krzysztof Dymarek twierdzi, że chciał dostać tylko 40 tysięcy i był otwarty na negocjacje. Działacze z centrów krwiodawstwa mu zaprzeczają i podają kwotę 100 tysięcy. Takiej kwoty, oczywiście, ambulanse z żadnego miasta nie są w stanie zapłacić.
W efekcie ekipy z Katowic i Warszawy nie przyjadą. A te, które na Woodstock dotrą, będą stały w miejscach znacznie oddalonych od centrum wydarzeń – czyli samego Przystanku. A to oznacza litry straconej krwi. Krzysztof Dymarek zaś, pytany przez "GW", nie widzi w swoim zachowaniu nic złego.