"To będzie wstyd dla rodziny". Została zakonnicą, w ostatniej chwili zrzuciła habit

Zakonnice są niemal zupełnie kontrolowane, nie mają też czasu na autorefleksję.
Zakonnice są niemal zupełnie kontrolowane, nie mają też czasu na autorefleksję. Fot. kadr z programu "7 metrów pod ziemią"
Mając 19 lat zdecydowała, że zostanie zakonnicą. Nie wiedziała na co się pisze. W zakonie przez lata była kontrolowana i podejmowano za nią wszystkie decyzje. Dziś ma problem z decydowaniem o sobie, choć już dawno zrzuciła habit. Postanowiła, że opowie wreszcie o blaskach i cieniach życia siostry zakonnej.

Wstąpiłaś do zakonu mając 19 lat. Dlaczego się zdecydowałaś?

To jest taki czas, kiedy zdaje się maturę i trzeba podjąć decyzję, co dalej robić ze swoim życiem. Ja w tym czasie miałem dużo bodźców religijnych. Należałam do grupy apostolskiej, chodziłam na pielgrzymki, bardzo dobrze się w tym czułam.

Przed zajęciami w szkole czy po zajęciach chodziłam praktycznie codziennie na Eucharystię, czy też na Adorację i po prostu gdzieś tam w głębi czułam, że Pan Bóg chce ode mnie czegoś więcej, że może chce mnie na tej drodze powołania. Mimo że tak naprawdę nie znałam tego życia zakonnego.

W gimnazjum przez rok uczyła mnie siostra zakonna. Była jedyną siostrą, którą znałam. Dlatego, gdy pojawił się pomysł pójścia do klasztoru, to oczywiście poszłam z nim do niej. Nikogo innego nie znałam.

A co na to rodzina?

Rodzina... no była zaskoczona, zresztą bardzo dużo osób w moim środowisku było zaskoczonych. Nie spodziewali się po mnie takiej decyzji. Rok młodszy ode mnie brat miał wtedy 18 lat. Przyszedł do mnie ze łzami w oczach i powiedział: "Kasia, proszę cię, zrezygnuj, jeśli nie ze względu na siebie, to ze względu na nas".

I w tym momencie naprawdę złapało mnie za serce, że ten brat jednak mnie kocha, ale on kończy po tym zdaniu: "Ty wiesz, jaki to będzie wstyd dla rodziny?". Teraz ma już zupełnie inne podejście, nie myśli już jak osiemnastolatek.

Nie zniechęcił się wtedy?

Nie, wtedy jeszcze bardziej dał mi bodziec. Zresztą rodzina też na początku mnie nie dopingowała w tym. Ala dla mnie był to taki dodatkowy impuls, że mimo wszystkich przeszkód, przeciwności, ja i tak dopnę swego.

Pamiętasz, jak się odnalazłaś? Jak wyglądały twoje pierwsze dni, tygodnie, miesiące?

Po pierwsze, nas było bardzo mało w grupie. Nasza grupa była bardzo malutka, liczyła tylko trzy osoby. Podczas gdy wcześniej grupy były dość duże. Było około 10 sióstr. Ale dzięki temu mogłyśmy się lepiej poznać. Tym dziewczynom, które wstąpiły do zgromadzenia, od samego początku towarzyszy siostra wychowawczyni. To ona się nami zajmuje, wszystko przedstawia, wszystkiego nas uczy.


Mieliśmy z nią zajęcia, ona wprowadzała nas w życie zakonne. Pokazywała, jak to będzie wyglądało. Jak nie byłyśmy czegoś pewne, jak czegoś nie wiedziałyśmy, to mogłyśmy do niej iść i się zapytać. Był to nasz przewodnik, który prowadził nas po początkowych drogach.

Jak wygląda życie w zakonie? Jak wygląda dzień?

To, jak wygląda dzień, jest zależne od tego, na jakim jest się etapie bycia w zgromadzeniu. Inaczej wygląda dzień siostry, która dopiero wstępuje do zakonu. Inaczej zaś dzień siostry juniorystki, która już jest po tych pierwszych ślubach, a jeszcze przed ślubami wieczystymi, i już jest na placówce. A jeszcze inaczej wygląda dzień siostry profeski, która jest już w zgromadzeniu kilka lat.

No i to zależy, gdzie się jest na placówce. Bo inaczej ten dzień wygląda, jak się pracuje przykładowo w domu generalnym, gdzie jest dom formacyjny, czyli miejsce, gdzie siostry się przygotowują. To jest dosyć duży dom, no i mamy tam właściwie wszystko na tak zwany dzwonek. Zadzwoni dzwonek i wiemy, że przyszła godzina na posiłek czy modlitwę.

Wszystko się zostawia i idzie się po prostu do kaplicy czy do jadalni (refektarza). A inaczej to wygląda na placówce, gdzie jest to uzależnione od tego, gdzie pracujemy. Przykładowo kiedy pracowałam w przedszkolu, mój dzień był uzależniony od tego, jak funkcjonowało przedszkole. Jak później byłam na studiach, to mój dzień zależał od tego, jak wyglądały moje zajęcia. Nie da się jednolicie powiedzieć, jak to wygląda.

Jednolity, bardzo jednolity program jest właśnie podczas początkowych formacji, na samym początku. No i właśnie w tym domu generalnym, też jest on taki jednolity, mamy konkretną godzinę na wstawanie, Mszę Świętą, modlitwy, brewiarz, wspólny różaniec, posiłki. A poza tymi godzinami siostry zajmują się swoimi obowiązkami, w zależności, co dana siostra ma przypisane.
Dużo jest czasu wolnego?

Bardzo niewiele. Czas wolny trzeba sobie samemu jakoś zorganizować. Taka anegdotka z samego początku aspirantu na ten pierwszy etap formacji. Siostra socjuszka, czyli siostra wychowawczyni, mówi tak: "Dobrze siostry, to teraz macie 20 minut wolnego. Możecie sobie w tym czasie zrobić pranie". Także to było takie... no to mamy wolne.

Jakie zasady obowiązują w zakonie? Chodzi mi o takie, które były dla ciebie nowe, kiedy wstąpiłaś do zakonu.

Na przykład, że nie mogę wyjść z domu, kiedy chcę i gdzie chcę. W wypadku wyjścia z domu zakonnego najpierw o zgodę trzeba zapytać siostrę wychowawczynię. Najczęściej nie mogłyśmy. Jeśli już, to idziemy wszystkie razem. Jeżeli potrzebuję gdzieś pójść, na przykład rozboli mnie ząb i muszę iść do dentysty, to na tym pierwszym etapie idzie się z siostrą wychowawczynią.

Do tego dentysty, tak?

Tak. Także to było trochę zaskakujące. Mimo że miałam 19 lat, więc wcześniej nie miałam dużej samodzielności – szkoła, rodzice, wiadomo. Ale tam miałam nie pójść nigdzie sama.

A zakupy?

Nie robiłam właściwie zakupów, w pierwszych latach nie robi się zakupów. O to troszczą się siostry, które mieszkają w domu, w którym my mieszkamy. Jeżeli czegoś potrzebowałam, coś było mi potrzebne, to po prostu szłam do siostry wychowawczyni i mówiłam, że potrzebuję tego czy tamtego. Najczęściej to było dostępne w szafie, gdzie trzymałyśmy wszystkie potrzebne rzeczy. A jeśli tego nie było, to po prostu siostra przekazywała, że to czy tamto będzie trzeba kupić.

Były takie rzeczy, o których wiedziałam, że nawet nie ma co o nie prosić, bo i tak tego nie dostanę.

Na przykład?

Telefon komórkowy.

To było za dużo?

U nas nie korzystało się z telefonów. To był ten pierwszy etap, kiedy się odcinamy czy wchodzimy w nową rodzinę. Zgromadzenie to jest nowa rodzina. Nawet się mówi "rodzina zakonna". Nawet kontakt z prawdziwą rodziną trzeba było troszeczkę ograniczyć. To znaczy nie jest tak, że przekracza się mury klasztoru i koniec kontaktu z mamą, tatą, rodzeństwem.

Wiadomo, rodzicie dzwonili, przyjeżdżali, z tym nie było problemu. Ale to nie było tak, że mama mogła do mnie codziennie dzwonić, a ja mogłam SMS-ować co wieczór z siostrą. Takiej opcji nie ma. Trzeba skupić się na różnych innych rzeczach.

W zakonie nie miałaś swoich pieniędzy?

Nie, nie posiadałam. W zakonie nie można mieć swoich pieniędzy, aczkolwiek to nie jest tak, że skoro nie ma pieniędzy, to cierpię biedę i nic nie mam. Jest wszystko. Kiedy pracowałam i dostawałam jakąś pensję, to ta pensja też trafiała do wspólnego budżetu zgromadzenia, do danego domu czy zgromadzenia. Ale to nie jest tak, że pracuję, a następnie, kiedy potrzebuję czegoś, to siostra mi powie, że "przykro mi, ale nie".

Są takie rzeczy, które trzeba mieć, czyli przykładowo później, jak byłam na studiach, był mi potrzebny do studiowania laptop. Teraz jednak ciężko jest studiować, nie mając stałego dostępu do komputera. Więc też nie było z tym problemu, aczkolwiek to nie jest rzecz, którą może mieć każda siostra. Bo nie każda tego potrzebuje.

Na jakim poziomie żyłyście w zakonie? Czy to było bardzo skromne życie? Czy niekoniecznie?

Jest tak powiedziane i tego siostry starają się trzymać, żeby żyć na poziomie średnio zamożnej polskiej rodziny. To też zależy od zgromadzenia. Są zgromadzenia, gdzie siostry naprawdę żyją w skrajnym ubóstwie i jeżeli nie dostaną czegoś od ludzi do jedzenia, to potrafią nie jeść przez kilka dni.

Moje zgromadzenie było takie, że starałyśmy się trzymać poziom średnio zamożnej rodziny. Żeby nie brakowało nam niczego, ale też żebyśmy nie żyły w jakimś bogactwie. Tak, żeby nie wybijać się. Nie jeździłyśmy na jakieś egzotyczne wycieczki, jakiś wyjazd do Rzymu czy coś takiego to się zdarzało. Ale ludzie też coraz więcej jeżdżą. No i dobrze by było, gdyby każda siostra choć raz odwiedziła Rzym.

Wypada.

Tak, wypada.

Czy w zakonie są wakacje? Jak wyglądają?

Jest urlop, są trzy tygodnie urlopu. W czasie formacji, czyli w tym czasie przed ślubami wieczystymi, jest to podzielone tak, że mamy dwa tygodnie wspólnego urlopu z innymi siostrami juniorystkami stałego zgromadzenia. Zbiera się około 20-30 młodych sióstr, które spotykają się w jednym miejscu.

Jest to najczęściej dom naszego zgromadzenia, który zwykle znajduje się w górach. Przynajmniej w wypadku mojego zgromadzenia. Spędzamy tam wspólnie czas, mamy zorganizowane jakieś zajęcia, wyjazdy i to jest odpoczynek we wspólnocie.

Zobacz cały wywiad wideo

Ale wciąż nie jest to czas wolny dla siebie wyłącznie.

Jest to czas bardziej wolny. Przykładowo chciałyśmy pójść rano na grzyby do lasu, no to już nie musiałyśmy iść do siostry, by powiedzieć, że rano wstajemy o godz. 5:00, bo chcemy iść na grzyby. Tylko na przykład wiemy, że jesteśmy omówione, że mamy jakieś wspólne zajęcie, bo do tej 10:00 musimy wrócić. Jeśli chcemy zjeść śniadanie, to na to śniadanie już musimy wrócić.

No ale to już jest taki bardziej czas faktycznie wakacyjny. Aczkolwiek są pewne fragmenty, które są obowiązkowe, kiedy na przykład przyjeżdża ktoś z wykładami, zajęciami. Często to były jakieś zajęcia psychologiczne albo związane z rozwojem osobistym. W tych zajęciach raczej brało się udział.

Ile lat spędziłaś w zakonie i na jakim etapie zdecydowałaś, że odchodzisz.

Prawie dziewięć lat. Ostateczną decyzję podjęłam właściwie tuż przed złożeniem ślubów wieczystych, kilka miesięcy przed.

Czyli w tym najważniejszym momencie?

Właściwie to był decydujący moment. Byłam pewna, że jeżeli złożę śluby wieczyste, to już na pewno nie opuszczę zgromadzenia, bo znam się i wiem, że jestem osobą słowną. I choćby mi było nie wiem tak trudno, to już bym się nie wycofała.

Dlaczego taka decyzja?

To jest ciężkie. Myślę, że ta decyzja rosła we mnie bardzo długo. To nie jest decyzja, którą podejmuje się w ciągu jednej chwili. Wcześniej też miałam wahania. Zdarzało się, że z kimś o tym rozmawiałam. Ale czasem się mówi, że każdy ma jakieś wątpliwości. Zadaję sobie pytanie, czy to jest na pewno jego droga.

Skąd wzięły się u ciebie te wątpliwości. Co było powodem? Zakochałaś się? Czy coś zupełnie innego?

Nie, nie zakochałam się, nic w tym stylu. Po prostu na pewno dużą rolę odegrała słaba jakość mojej modlitwy.

Co to znaczy słaba jakość modlitwy?

Jeżeli siostra w zgromadzeniu mało się modli albo tę modlitwę zaniedbuje i nie ma kontaktu z Jezusem, dla którego tak naprawdę siostry wstępują do zgromadzenia, to nie będzie w stanie wytrwać. Dlatego, że nie ma tej najważniejszej więzi. Idea wstąpienia gdzieś zanika. Było też dużo rzeczy, które mnie denerwowały.

Rzeczy, z którymi nie czułam się dobrze. Przykładowo na studiach trudno było wyrazić swoją opinię, dlatego że jako osoba w habicie, która jest przedstawicielem Kościoła, powinnam mieć zdanie, które ma wyrobiony Kościół. Jeżeli miałam inne zdanie, to zaraz słyszałam: "Siostra i myśli w taki sposób?". Albo: "Siostra i tak mówi? Siostro, to w ogóle nie wypada".

Ciężko było być sobą?

Ciężko było być sobą. Może tego przymusu było za dużo.

Próbowano cię zatrzymać?

Tak, oczywiście. Mojej decyzji tak naprawdę nikt się nie spodziewał, bo większość rzeczy przeżywałam w środku. Przy większych trudnościach rozmawiałam ze spowiednikiem, który dalej nie przekazał tego, co powiedziałam. Siostry nie wiedziały, że coś dzieje się we mnie. Z siostrą wychowawczynią rozmawiałam dopiero, kiedy właściwie byłam już prawie przekonana, że odejdę i dopiero wtedy się przyznałam, że zachodzi we mnie pewna zmiana.

Dużo sióstr próbowało ze mną rozmawiać, mówiąc, że może są trudności, że przed ślubami wieczystymi często tak jest, że przychodzi takie zwątpienie, że trzeba to przetrwa. Że jeżeli nie jestem pewna czy to jest na pewno moja droga, mogę nie składać teraz ślubów wieczystych, tytko poprosić o czasowe śluby na rok i przez ten czas jeszcze się zastanowić.

Tylko dla mnie składanie ślubów na kolejny rok nie miało najmniejszego sensu. W mojej głowie była myśl, że to będzie kolejny rok oczekiwania i niepewności. I że jeżeli za rok podejmę decyzję, że to jednak nie jest moja droga, to będę znowu o kolejny rok do tyłu z wejściem w życie.

Co na to rodzina?

Rodzina przyjęła to dosyć trudno, dlatego że moi rodzicie na pewno ucieszyliby się z tej mojej decyzji, gdyby zapadła ona kilka lat wcześniej. Na samym początku. Decyzja o wstąpieniu do zgromadzenia była dla nich szokiem. Ale przez dziewięć lat wszyscy zdążyli się przyzwyczaić, że jestem siostrą. I nagle taka trudna decyzja. Widziałam, że było to dla rodziny bardzo trudne, ponieważ właściwie miały już być śluby wieczyste.

Wujek kupił już bilet z Ameryki, żeby na te śluby przyjechać, a tu nagle okazuje się, że nie ma sensu przylatywać. Z proboszczem ustalaliśmy już wstępne rzeczy, tymczasem niespodziewanie się wycofałam. Mieli poczucie, że to nastąpiło za późno.

Jak wyglądało samo odejście? Nie miałaś przecież pieniędzy. Jak sobie poradziłaś?

Bardzo mi pomogła przyjaciółka, z którą przyjaźniłam się od zerówki po maturę. Ona mieszka teraz w Anglii i pomogła mi tam się zorganizować. Znalazła mi tam pracę, mieszkanie.

Czyli wyjechałaś?

Tak, wyjechałam tuż po odejściu. Rano pojechałam do domu prowincjonalnego, oddałam strój zakonny, zdjęłam habit, a wieczorem już miałam samolot do Anglii. Także teoretycznie zrobiłam najprostszą rzecz, jaką można było w tej sytuacji zrobić, czyli uciekłam.
Czy były rzeczy, których musiałaś się nauczyć albo oduczyć w tym nowym życiu?

Na pewno jeśli chodzi o oduczanie się, to na ten problem zwróciła mi uwagę nawet moja przyjaciółka. Zauważyła, że widzi, iż w kościele zachowuję się inaczej niż inni ludzie, tzn. zachowuję się jak siostra.

Czyli?

Cały czas stoję ze złożonymi rękami. Siostry mają też taki zwyczaj, że jak siadają, to przeciągają sobie po szkaplerze, żeby sobie go nie zagiąć. I zawsze, kiedy siadałam w ławce, robiłam to samo, mimo że miałam spodnie.

A w takim codziennym życiu, poza kościołem?

Z dużą trudnością – i odczuwam to do tej pory – przychodzi mi podejmowanie decyzji. Trudno jest mi podejmować samodzielne decyzje, bo wcześniej cały czas ktoś za mnie myślał i podejmował za mnie decyzje. Dlatego często proszę kogoś o radę i nawet nieraz ludzie radzą mi nieświadomie. Po prostu wiem, że chcę coś zrobić i szukam jakieś podpory. Wówczas po prostu o tym z kimś rozmawiam i słucham, co ta osoba powie, jakie ma zdanie. I kiedy usłyszę, jakie zdanie ma ta osoba, to często robię podobnie.

Jak wspominasz pierwsze zakupy? Kiedy poszłaś na ciuchy?

To faktycznie było trochę inne, dlatego że ja kompletnie nie wiedziałam, w czym się teraz chodzi. Nie wiedziałam, jak wyglądam w danym ubraniu i tak dalej. Chodziłam na zakupy z moją siostrą i z moją mamą. Siostra doradzała mi, co mogę kupić. Sama sobie nic nie wybrałam, zrobiła to za mnie siostra. Nie wiedziałam po prostu, w czym mogę chodzić.

Ciągnęło mnie do koloru granatowego, ponieważ habit, w którym chodziłam, był granatowy. Kupiłam sobie więc granatową sukienkę. Preferowałam ciemne rzeczy, byłam do tego przyzwyczajona. Nie zwróciłam na to nawet uwagi, tylko zauważyła to moja siostra.

W jaki sposób całe to doświadczenie wpłynęło na twoja wiarę?

Myślę, że moja wiara na pewno dzięki temu, że byłam w zakonie czy też dzięki temu, że przez pewien czas studiowałam teologię, na pewno bardzo dojrzała. I jest wiele rzeczy, nad którymi bardzo myślę. Tak naprawdę wiem, w co wierzę. Bo większość katolików kieruje się tak naprawdę prostą wiarą, która jest piękna, owszem, ale bardziej opiera się na tradycji. Jest mnóstwo ludzi, którzy idą co niedziela do kościoła, ale tak naprawdę do końca nie wiedzą, w co wierzą.

Po prostu wierzą w to, co gdzieś tam zasłyszą, a nie dociekają sami. Jest niewielu ludzi, którzy znają dobrze Pismo Święte, które jest fundamentem naszej wiary. Na pewno dzięki temu, że byłam w zgromadzeniu, poznałam bardzo dobrze fundament naszej wiary. Zdecydowanie dużym plusem jest to, że moja wiara bardzo dojrzała. Skupia się ona na tym, co najważniejsze, a nie na tej całej tradycyjnej otoczce, która jest zrobiona wokół Kościoła.

Masz poczucie rozczarowania, rozgoryczenia?

Jedyne rozczarowanie jest spowodowane moją osobą. Chodzi o to, że nie miałam odwagi wcześniej podjąć tej decyzji. To jest jedyna rzecz, a tak poza tym, to myślę, że nie. Nie mam jakiegoś żalu w sobie. Jakby nie było, to, że byłam w zakonie przez te wszystkie lata, było moją osobistą decyzją. Sama osobiście prosiłam o wszystkie śluby, nikt mnie do tego nie zmuszał. Tak naprawdę nie mam nawet prawa mieć jakiegokolwiek żalu czy być rozgoryczoną, dlatego że tyle lat spędziłam w zgromadzeniu. No bo sama tego chciałam. Jedyny żal mogę mieć do siebie za to, że czułam, iż to nie jest moje miejsce, a mimo to nie zdecydowałam się wcześniej nie odejście, tylko czekałam do ostatniej chwili.

Jest to zapis wywiadu, który pierwotnie ukazał się na YouTube na kanale Rafała Gębury pt. "7 metrów pod ziemią". Ten i inne materiały znajdziesz też na Facebooku i Instagramie.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...