Europejski blichtr. Największe sekrety hotelu, który wpływał na historię Polski i światowego rock 'n' rolla

Ksawery Wąsowski zaprasza w miejsce, gdzie przepych koegzystuje ze... sztuką Fot. naTemat
Słoneczny warszawski poranek. Z Krakowskiego Przedmieścia skręcam w uliczkę Michała Tokarzewskiego-Karaszewicza i po paru sekundach wkraczam do lśniącego nowością budynku. W czerwcu br., po pięcioletnim remoncie, wrócił do hotelowej gry jako Raffles Europejski Warsaw. Jednak nie dam się zwieść tym nowym "szatom". Chcę cofnąć się w czasie, aby poznać dawne sekrety tego miejsca, bez którego historia Polski byłaby znacznie uboższa. Przecież może być ono bohaterem naprawdę pasjonującej, pełnej zwrotów akcji opowieści, która zaczyna się 163 lata temu.


W połowie lat 50. XIX w. Warszawa jest najdalej na zachód wysuniętą metropolią Imperium Rosyjskiego oraz bardzo ważnym punktem komunikacyjnym. Przecież stolica Królestwa Kongresowego leży na trasie Berlin – Moskwa, przecież to właśnie tutaj trzeba dokonać przesiadki z kolei wiedeńskiej na petersburską lub wileńską. Dodajmy, że jest to również "miasto imprezowe", do którego gromadnie przybywa bogata rosyjska młodzież, aby się wyszaleć.
Lecz jeśli Warszawę zestawić z największymi miastami Europy, to pod wieloma względami okazuje się zacofanym zaściankiem. Ot, weźmy pod lupę tutejszą bazę noclegową: nawet najmożniejsi tego świata mają do dyspozycji wyłącznie mniej lub bardziej siermiężne "domy gościnne". Luksusowe hotele? Brak.

Ów stan rzeczy postanawia zmienić Aleksander Przeździecki, literat i podróżnik. Dzięki zainwestowaniu mnóstwa czasu, energii oraz pieniędzy, stawia budynek, który nie ma precedensu w całej Kongresówce. 1 stycznia 1857 r., po niecałych dwóch latach prac budowlanych, ma miejsce uroczyste otwarcie imponującego hotelu, zaprojektowanego przez Henryka Marconiego.

Choć obiekt nie jest jeszcze w pełni ukończony, zaczyna jak magnes przyciągać coraz większą ilość bogatych, sławnych i utalentowanych. Opowie mi o nich człowiek, który o Europejskim wie tyle, co nikt inny. Właśnie siedzę w hotelowym lobby z Ksawerym Wąsowskim, czyli prapraprawnukiem twórcy tego miejsca.
– Ten hotel od samego początku bardzo ściśle związany był ze światem sztuki. To właśnie tutaj, w attyce znajdującej się nad trzecim piętrem, znajdowała się pracownia, w której tworzyli m. in. Józef Chełmoński, Stanisław Ignacy Witkiewicz oraz Ignacy Jasiński, czy też jeden z pierwszych polskich fotografów, Jan Mieczkowski. Owo miejsce często odwiedzały muzy takie, jak chociażby Helena Modrzejewska – snuje opowieść pan Ksawery.


Niektóre z wielkich dzieł można było kupić od razu, na miejscu. Od roku 1880 w jednym z pokoi na drugim piętrze działała bowiem prywatna galeria sztuki, tzw. Salon Krywulta. Literaci znacznie bardziej ukochali sobie parter budynku, zwłaszcza cukiernię Lourse. Została ona zresztą unieśmiertelniona w "Lalce" Bolesława Prusa, jednego ze stałych bywalców.
Lecz historia Europejskiego nie zawsze ociekała lukrem. O tym, że hotel współdzielił cierpienia Polski, żyjącej pod rosyjskim butem, można było przekonać się 28 lutego 1861 r., gdy w demonstracjach przeciwko caratowi zastrzelono pięć osób. Ciała czterech z nich zostały przeniesione do Europejskiego i wystawione na pierwszym piętrze, w Sali Pompejańskiej.

Budynek staje się wówczas symbolem walki o niepodległość – przewija się się przez niego 100 tysięcy osób (czyli jedna trzecia ówczesnej populacji Warszawy), które składają hołd poległym patriotom.

Niech żyje bal
W kolejne stulecie hotel wchodzi jako miejsce, które wciąż słynie z przepychu i nieprzyzwoitych wręcz wygód. Lecz czas płynie i sycenie się tym, że np. to właśnie tutaj, w roku 1877, zainstalowano pierwsze w Polsce windy, już nie wystarcza. Na początku XX w. vis-à-vis Europejskiego staje wielki konkurent, czyli hotel Bristol. Wymusza to wielką modernizację, która będzie trwać aż do lat dwudziestych.

Jednym z jej efektów są dwie sale balowe, w których zakochuje się ówczesna śmietanka towarzyska. Przez hotel przewijają się sławy takie, jak Artur Rubinstein, Maurice Ravel czy też Karol Szymanowski, natomiast świat sztuki przeplata się tutaj z polityką.

W drugiej i trzeciej dekadzie ubiegłego stulecia na terenie hotelu działają poselstwa Belgii, Brazylii, Finlandii, Hiszpanii oraz Litwy. To właśnie tutaj przez miesiąc mieszka i pracuje Jean Monnet, wybitny francuski polityk i doradca finansowy, ściągnięty w roku 1927, aby ratować polską złotówkę.

W Europejskim regularnie pojawiają się m. in. Zula Pogorzelska, Loda Halama oraz Nina Andrycz. Ta ostatnia wygrywa zresztą jeden z tutejszych bali mody, czyli najważniejszego w przedwojennej Polsce cyklu imprez dla miłośniczek stylu i szyku.

Szalona zabawa trwa na całego, choć nad Polską zbierają się czarne chmury. Ostatni bal mody odbywa się jeszcze w czerwcu 1939 r., natomiast w przededniu inwazji Niemiec na Polskę hotelowymi korytarzami biegają jeszcze tabuny ludzi ze świata filmu: o, właśnie kręcona jest tutaj wysokobudżetowa węgierska produkcja "Wszyscy do walca".

Nur für Deutsche
Pierwsze rany na "ciele" Europejskiego pojawają się już we wrześniu roku 1939, podczas pierwszych nalotów Luftwaffe. Budynek zostaje parokrotnie trafiony bombami zapalającymi i ocaleje wyłącznie dzięki zapobiegliwości ówczesnego dyrektora, Bolesława Kosińskiego. Nakazał wcześniej wypełnić wszystkie wanny hotelowe wodą, co ułatwia obsłudze gaszenie pożarów przy użyciu wiader.

– Gdy Warszawa zostaje zdobyta, to miejsce zostaje przekształcone w Europäischer Hotel. Wyłącznie dla oficerów najeźdźczej armii. Towarzyszy temu częściowa zmiana personelu: najważniejsze funkcje sprawują teraz rodowici Niemcy oraz Volksdeutsche, natomiast Polacy mogą pełnić jedynie funkcje pomocnicze, pozostając w tle – opowiada Ksawery Wąsowski.

Lecz przecież nie masz cwaniaka nad Warszawiaka! Sytuacja pozwala dotychczasowym pracownikom nie tylko skutecznie "organizować" jedzenie, tak trudne do zdobycia w okupowanym mieście, lecz także ukrywać uciekinierów z getta warszawskiego. Znają przecież zakamarki budynku, o których nie mają pojęcia Niemcy. Żydzi przechowywani pod nosami oficerów Wehrmachtu? Cóż, najciemniej pod latarnią.
Podczas Powstania Warszawskiego walki nie docierają do Europejskiego. Budynek ucierpi poważnie dopiero wówczas, gdy Niemcy zaczną wycofywać się z miasta. Najpierw ogołocą wnętrza, chwilę później konstrukcja budynku zostanie uszkodzona w efekcie bombardowań.

Koniec konfliktu światowego
Do Warszawy wraca Stefan Czetwertyński, czyli przebywający wcześniej w oflagu potomek twórcy Europejskiego. Przed wojną odebrał staranne wykształcenie hotelarskie w Lozannie i z miejsca zabiera się za odbudowę interesu rodzinnego.

Robi to z taką energią, że już w roku 1945 w hotelu odbywa się pierwszy w Warszawie bal sylwestrowy. Kelnerzy w białych frakach, eleganckie damy i mężczyźni smokingach, które cudem przetrwały wojenną zawieruchę. Oto desperacka próba powrotu do normalności w okaleczonym mieście.
Jednak najbliższe lata nie okażą się różowe. W roku 1948, zgodnie z dekretem Bieruta, budynek zostaje upaństwowiony i zaczyna się wielka przebudowa. Zacznie się ona w roku 1949 i potrwa do 1951, gdy hotel przemieni się w… siedzibę Akademii Wojskowo-Politycznej im. Feliksa Dzierżyńskiego.

"Czerwoni" oficerowie nie zagrzeją tutaj długo miejsca, zaledwie do roku 1954. Dwa lata później Józef Cyrankiewicz przekazuje gmach ministerstwu turystyki z poleceniem: Europejski ma być znów hotelem. Tak samo luksusowym jak ten sprzed wojny, w którym konkursy modowe wygrywała Nina Andrycz, aktualna żona premiera.

Na razie w budynku lokowani są Żydzi ze Związku Radzieckiego, emigrujący do Palestyny, jednak już niedługo pojawią się betoniarki i robotnicy z kielniami, aby w roku 1962 doszło do kolejnego uroczystego otwarcia hotelu, który teraz zarządzany jest przez państwowy Orbis.
W Europejskim znów można spotkać wielkie sławy. Takie, jak Robert F. Kennedy, który mieszka tutaj podczas prywatnej wizyty w roku 1964. Pobyt ów, a jakże, zostaje bogato uwieczniony w materiałach wideo, kręconych przez bezpiekę.

– W tym samym roku pojawia się tutaj sama Marlena Dietrich. Lecz zaznaczmy: nie bawi zbyt długo. Kaprysi, że windy są zbyt małe i nie mieszczą się w nich jej kreacje. Tak więc szybko przenosi się do Bristolu – śmieje się Ksawery Wąsowski, z którym przemierzam kolejne tajemnice tego miejsca.

To tylko rock'n'roll

Kwiecień 1967 r. Gdy nad Wisłę przylatuje zespół The Rolling Stones, zostaje ulokowany właśnie w Orbis-Europejskim. Pierwszy punkt programu? Wiadomo, impreza w hotelowym klubie "Kamieniołomy"!

Brytyjczycy nie mogą tutaj niestety liczyć ani na posłuchanie muzyki na żywo (lokalny zespół, specjalizujący się w graniu do kotleta, nie wytrzymuje stresu i ucieka w panice na widok tak wielkich sław), ani konsumpcję ulubionych trunków (whisky i tequili – brak).

Jak relacjonuje Marek Karewicz, który był wówczas opiekunem Stonesów, pojawia się propozycja zakosztowania pewnego lokalnego specjału, którego artyści wcześniej nie mieli w ustach. Kelner przynosi wódkę, zaserwowaną w oszałamiającym stylu: na mocno zmrożonej tacy znajduje się 36 równie mocno zmrożonych kieliszków. Każdy z nich zostaje wypełniony tak samo chłodnym trunkiem.

Najodważniejszy okazuje się Charlie Watts. Perkusista wychyla pierwszy kieliszek, a jego reakcja jest tak entuzjastyczna, że reszta kapeli również sięga po wódkę. Tak ochoczo, że w trakcie trwającej trzy godziny "nasiadówki" kelner donosi zmrożone tace wielokrotnie.

Efekt? Mickowi Jaggerowi droga z hotelowego baru do swojego pokoju zajmuje... dwie godziny. Między innymi dlatego, że większość tej trasy odbywa się na czworakach.

Cała reszta jest już historią: czy to dwa świetne występy Stonesów w Sali Kongresowej (o godzinie 17 i 20), czy słynna anegdota, mówiąca, iż zapłatą za koncerty był wagon pełen polskiej wódki, czyli słowiańskiego nektaru, który Brytyjczycy pokochali właśnie w hotelu Europejskim.

W naszej opowieści istotniejsze jest to, że podczas tegorocznej wizyty w Warszawie zespół znów nocował w tym miejscu i, jak się okazuje, doskonale pamiętał hotel, w którym zaszalał ponad pół wieku temu. Jeśli porządnie popytać, można dowiedzieć się, że Jagger nostalgicznie wspomina nie tylko wódkę w "Kamieniołomach", lecz także deser, którym zajadał się w roku 1967: oblane koniakiem i podpalone lody.

Być może pewnego dnia Europejski postanowi przywrócić ten smakołyk do oferty?

Nowa era
Przez kolejne dekady orbisowski hotel starał się zapewniać gościom zachodnie standardy w szarych, komunistycznych realiach. Tych, które tak zszokowały niegdyś pana Ksawerego. W roku 1987 ten urodzony we Francji, a wychowany w Stanach Zjednoczonych 26-latek po raz pierwszy znalazł się po "czerwonej" stronie żelaznej kurtyny i odwiedził kraj swoich przodków.
Po przyjeździe do Warszawy trafił na obiad do Europejskiego, gdzie usłyszał ostrzeżenie: "Uważaj, co robisz i co mówisz, bo tutaj każdy kelner to szpieg"! Nic dziwnego, że to miejsce odebrał jako straszne. Dopiero jakiś czas później dowiedział się, że dzięki zbiegowi okoliczności trafił w miejsce, które niegdyś należało do jego rodziny.

Gdy w Polsce zmienił się ustrój, ów mieszkający w Nowym Jorku grafik, specjalizujący się w tworzeniu plakatów filmowych, przeniósł się nad Wisłę. Zaczął tutaj pracować w branży reklamowej, jednocześnie angażując się w odzyskanie hotelu przez familię. Choć udało się to w wyniku toczącej się pomiędzy rokiem 1991 a 2005 serii procesów, to kolejne lata upłynęły pod znakiem poszukiwania odpowiednich inwestorów, takich jak m. in. singapurska firma Raffles.

Sztuka współczesna
Co najmocniej łączy dzisiejszy hotel z ideami, które towarzyszyły jego początkom? Nie, nie chodzi tu wyłącznie o luksus, bo to zbyt banalne. Znacznie bardziej intrygują mnie ścisłe związki ze światem sztuki.

Właśnie one sprawiają, że Europejski to miejsce naprawdę wyjątkowe, a nie jedynie kolejny "pięciogwiazdkowiec".

Widzi się to natychmiast po przekroczeniu progu. Od razu rzucają się w oczy neonowe kolumny autorstwa Włodzimierza Jana Zakrzewskiego. Pokazują one granice Polski: od czasów piastowskich, aż po te "pojałtańskie". Neony gasną w momentach takich, jak rozbiory lub okupacja nazistowska.
Wchodząc nieco głębiej, oczy zaczynają przeskakiwać od prac Wilhelma Sasnala, po dzieła Sławka Pawszaka. Ba! Tutaj sztuki nie szukaj wyłącznie na ścianach, bo można po niej wręcz chodzić. Właśnie przemierzam korytarz wyściełany dywanem autorstwa samego Leona Tarasewicza i słucham opowieści Igora Blocha, czyli człowieka pełniącego tutaj funkcję tzw. art consierge'a. Opiekuje się kolekcją dzieł sztuki, która liczy ponad pół tysiąca eksponatów.

– Tarasewicz był wychowankiem Tadeusza Dominika, który w czasach PRL-u wysyłał swoich studentów po papierosy właśnie do Peweksu w Europejskim. Często chadzał tutaj z nimi także na wódkę – opowiada ze swadą Bloch.

Choć dzieła sztuki można znaleźć tutaj dosłownie wszędzie – i na korytarzach, i w pokojach – żadne z nich nie jest opisane. Dlaczego? Ma to sprawić, że obcowanie z nimi będzie odbywało się w sposób naturalny, goście nie mają czuć się jak w muzeum albo galerii sztuki. O autora obrazu lub rzeźby zawsze można zapytać któregokolwiek z pracowników hotelu.

Przemierzam wnętrza (w większości zaprojektowane przez Borisa Kudličkę, scenografa Opery Narodowej) i docieram do baru. Nawet tutaj nie da się uciec od obcowania ze sztuką – sącząc drinki, człowiek kontempluje umieszczone na ścianach prace Jarosława Flicińskiego, zatytułowane "Blessed Relief".
W karcie koktajli widzę mocno "światowe" pozycje, takie jak kolorowy Warsaw Sling, czyli połączenie ginu, pigwówki, likieru piernikowego, ananasa, limonki oraz pomarańczy. Hm, chyba czas, aby przerwać pisanie tego materiału.

Zamiast tego zacznę sprawdzać, czy w Europejskim mam szanse na czystą polską wódkę, zaserwowaną tak, aby poczuć się niczym Mick Jagger.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
WYWIAD 0 0Dlaczego faceci nie chcą seksu. Seksuolożka wylicza powody i radzi, jak to zmienić
0 0Słynna fabryka ogłasza zwolnienia grupowe. Miśnieńska porcelana walczy o przetrwanie
JANDA 0 0Kremy z kolagenem: nie bierz pierwszego lepszego. To skomplikowany składnik
0 0Podgrzewanie tytoniu mniej szkodliwe od palenia? Badania napawają optymizmem
O TYM SIĘ MÓWI 0 0"Maska opadła". PiS szuka pieniędzy na swoje obietnice. Oto gdzie wszyscy za nie zapłacimy
0 0Zdrojewski "chlapnął" o jedno zdanie za dużo. PO odcięła się od jego słów
WYWIAD 0 0"Byłam przed 30, a nie chciało mi się żyć". Patrycja schudła 50 kg, pokonała hashimoto i depresję
0 0Czekasz, aż ostygnie, zanim włożysz do lodówki? 3 kulinarne błędy, które popełnia każdy Polak
NATEMAT EXTRA 0 0Jak mu tak wróżka powie, to zwolni pół firmy. Po 15 latach ujawnia kulisy pracy wróżenia w telewizji
POLECAMY 0 0Nie zawsze musisz być wśród ludzi. Te rzeczy powinieneś zrobić sam przynajmniej raz w życiu