Bronisław Komorowski: Fałszywy zarzut o moje "wskoczenie na krzesło" przekreśliło zdjęcie Dudy z Trumpem

Bronisław Komorowski o prezydencie Andrzeju Dudzie i botach w kampanii Fot. Agnieszka Sadowska / AG
– Ujawniony rachunek z kampanii Andrzeja Dudy można traktować jako czubek góry lodowej. Boty jako fragment brudnej kampanii miały istotne znaczenie. Uprawnione jest podejrzenie, że to Polska była jednym z krajów, gdzie testowano pomysł na wybory amerykańskie – mówi w rozmowie z naTemat były prezydent Bronisław Komorowski.

40 tys. zł wydano na internetowe boty w kampanii Andrzeja Dudy w 2015 roku. To przez boty pan przegrał?

O sukcesie wyborczym jak i o porażce zawsze decyduje wiele czynników, a nie tylko jeden. Tym nie mniej, ze względu na relatywnie małą różnicę w ilości oddanych głosów (chyba była to najmniejsza różnica w skali wszystkich wyborów prezydenckich) myślę, że te boty jako fragment brudnej kampanii miały istotne znaczenie.

Ale to jest "tylko" 40 tys. złotych przy kilkunastu milionach wydanych na kampanię.

Tak, ale ten jeden ujawniony rachunek z kampanii można traktować jako czubek góry lodowej, gdyż w kampanii w 2015 roku skala zorganizowanego hejtu, kampanii kłamstw i pomówień była bardzo duża. Wcześniej, zorganizowanej na taką skalę i jak widać opłaconej, brudnej kampanii nie było. To nas zaskoczyło. Podobnie działo się w innych krajach np. w Stanach Zjednoczonych. Myślę, że uprawnione jest podejrzenie, że to Polska była jednym z krajów, gdzie testowano pomysł na wybory amerykańskie.

Czy internetowe boty wykorzystywano też w pana kampanii?

Nie. Nastawialiśmy się na obronę, na odpieranie ataków w internecie, a nie na atak własny. Nie przygotowywaliśmy brudnej amunicji do zaatakowania mego konkurenta. Skala ataku sprawiła jednak, że ten system obronny okazał się niewydolny. Przykładem jest słynna sprawa rzekomego wskoczenia przeze mnie na krzesło spikera parlamentu w Japonii. Prostowaliśmy to, prostował to parlament japoński, ale siła negatywnej kampanii była gigantyczna i do dzisiaj nawet poważni ludzie powtarzają na ten temat bzdury. I to pomimo, że tam nie było żadnego krzesła, na które hipotetycznie mógłbym wskoczyć, stałem na podeście przeznaczonym do robienia zdjęć.
Przyznaję się, że dzisiaj mam małą satysfakcję, bo nieprawdziwy zarzut, że ja wskoczyłem na krzesło, został przekreślony przez prawdziwe wydarzenie, że zabrakło krzesła dla Andrzeja Dudy w gabinecie Donalda Trumpa.


Wspomniał pan o krześle Andrzeja Dudy. Nie ma pan wrażenia, że to, co u pana stało się obciążeniem, czyli łatka obciachu, teraz dotyczy urzędującego prezydenta?

Myślę, że jest duża różnica między prawdziwym a fałszywym obrazem, stającym się źródłem negatywnych opinii. W moim przypadku to było oparte na kłamstwie. A niestety zdjęcie Andrzeja Dudy, który stał przy Trumpie, jest boleśnie prawdziwe. Trzeba zachować proporcje, także w szukaniu analogii. Wpadki prezydenckie się zdarzają, zdarzały się także i mnie, ale z tym zdjęciem z Białego Domu problem polega na tym – poza szkodą wizerunkową– że to gospodarz amerykański tak potraktował głowę państwa polskiego.
To ilustracja tego jak spadł prestiż Polski, także w oczach amerykańskiego sojusznika. To się nie miało prawa zdarzyć. Nie warto się koncentrować na tym, co jest śmiesznie, ale mało szkodliwe,ale zobaczyć, co jest istotą problemu. Zdjęcie prezydenta Dudy potwierdza niską pozycję Polski w polityce międzynarodowej.

Boi się pan taśm? Nie wiemy, ile ich jest, co jest nagrane, kto jest dysponentem. Ostatnio wypłynęły rozmowy premiera Morawieckiego.

Platforma zapłaciła już polityczną cenę za te taśmy, a ja razem z nią. Dzisiaj w takiej sytuacji znalazł się obóz władzy. Okazało się, że robione przez kogoś nagrania, które miały zaszkodzić Platformie, uderzają także w premiera rządu PiS, i to bardzo mocno. Gdyby mierzyć nieprawidłowości kilogramami ośmiorniczek, to PiS tych ośmiorniczek zjadł całe wagony. Mam na myśli m.in. wypłacane niezgodnie z prawem i przyzwoitością drugie pensje dla ministrów, ale też nagrane słowa i zachowania premiera Morawieckiego.

Mówi pan, że taśmy zaszkodzą PiS...

Na logikę to powinny zaszkodzić. Dziś ci co atakowali z pozycji politycznych moralizatorów, gdy taśmy dotyczyły PO, próbują nam wmawiać, że gdy taśmy dotyczą premiera ich rządu to sprawa straciła na znaczeniu i jest nieistotna. PiS ratuje to, że ma gigantyczną przewagę w mediach. Zamienili media publiczne na partyjne, dysponują rozbudowanymi wpływami, mając swój radykalnie prawicowy koncern. Poza tym mają poparcie większości mediów kościelnych, co ma duże znaczenie. W innym przypadku taki skandal jak z nagraniami premiera zrobiłby odpowiednie wrażenie na opinii publicznej, a teraz nie dociera – dociera przeżute jako papka, gdzie jest sugerowane myślenie, że to jest nieważne, nieaktualne, nie dotyczy PiS-u itd.

Miała być sanacja polskiego życia politycznego, a jest propagandowa manipulacja.

Czy opozycja robi wystarczająco dużo, by dotarło? Czytam np. pierwszy komentarz Grzegorza Schetyny o tych taśmach – że mają przykryć... aferę PiS w Radomiu. Może jest w tym obawa, że na taśmach jest też coś na polityków opozycji.

Z tego, jak taśmy są wypuszczane, można wnioskować, że ktoś to robi, by zaszkodzić poprzedniej ekipie. Ale to, że poszła taśma premiera Morawieckiego, to według mnie przejaw walki wewnętrznej w PiS-ie. Tym razem puszczono co innego.

Źródłem w tym przypadku jest Sąd Najwyższy.

Ktoś wpadł na pomysł, żeby z Sądu Najwyższego to wyjąć.

Dziennikarze Onetu.

Możliwe. Tym nie mniej nie widać w tej sprawie jakiegoś zainteresowania ze strony np. Prokuratora Generalnego. To symptomatyczne.

Nie przeraża pana, że dziś nie robi się nic, by ujawnić prawdziwych inicjatorów tej afery. Mowa jest tylko o Marku Falencie i kelnerach. Nikt nie pracuje np. nad sprawdzeniem tzw. rosyjskiego tropu.

To potwierdza tezę, że PiS dysponuje potężnym wpływem na prokuraturę, sądy i służby specjalne. W moim przekonaniu używa tych wpływów do celów nie zawsze zgodnych z interesem państwa.

W interesie PiS nie jest badanie, kto stoi za aferą taśmową?

Zgodnie z logiką: "czyja jest korzyść?", powiedziałbym: korzyść jest pisowska i oni są podejrzani. Mateusz Morawiecki został wtedy nagrany jako osoba z kręgu współpracowników rządu PO-PSL. Ale teraz sprawdza się stare porzekadło – kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada.

Wiadomo, o czym Andrzej Duda rozmawiał z Donaldem Tuskiem w Nowym Jorku. "Powiedziałem, że nie jestem tak pewny swego jak prezydent Komorowski i ja swojego mieszkania nie wynająłem nikomu na 10 lat. To nas tak rozbawiło" – mówił sam Duda. Wbił panu szpilę...

To nieładnie tak zaglądać komuś do kieszeni. Nie pytam więc za ile i na ile pan prezydent wynajął swoje.

Będzie walczył o reelekcję w 2020 roku? Jest liderem rankingów zaufania.

Funkcja prezydenta jest z natury niosąca politycznie. Ludzie zawsze utożsamiają prezydenta z państwem. Siłą rzeczy w rankingach zaufania na ogół znajduje to pełne odbicie. Wyjątkiem był Lech Kaczyński, ale to raczej odstępstwo od reguły i cena, jaką płacił za brata bliźniaka.

Prezydent Duda ma jeszcze trochę czasu, bo to będą wybory ostatnie z serii. Do 2020 roku jest sporo czasu, więc wiele się może zmienić. Wydaje się też, że wyniki wcześniejszych wyborów będą miały istotne znaczenie dla wyborów prezydenckich.

PiS go wystawi?

Nie widać w tym obozie 100-procentowej pewności. Prezydent Duda nigdy nie miał mocnej pozycji we własnym obozie politycznym. W PiS-ie nie było prawyborów tak jak w PO. Został wskazany przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie był więc samoistnym bytem politycznym. Nie szedł do prezydentury poprzez żmudne zdobywanie kolejnych stopni odpowiedzialności za państwo. Prezes PiS miał w tym wyborze jakąś kalkulację. Wątpię, żeby w tej kalkulacji mieściło się dążenie do silnej prezydentury.

Świadczy o tym m.in. wycofanie przez PiS proprezydenckiego projektu konstytucji, który został złożony w czasach, kiedy PiS marzył o tym, żeby prezydentem na drugą kadencję został Lech Kaczyński.

Kto mógłby być kontrkandydatem Dudy? W sondażach pojawiają się dwa nazwiska: Donald Tusk i Robert Biedroń.

To tak daleka perspektywa, że wszelkie spekulacje są pozbawione większego sensu. Poza jednym – stoję na stanowisku, że powinna nastąpić jak najdalej posunięta jedność obozu opozycji demokratycznej w Polsce. To powinien być kandydat stanowiący cząstkę takiego porozumienia. Z sondażami jest tak, że same sondażownie kreują po trosze kandydatów, badając konkretne osoby przez siebie wybrane. Zdecydują jednak wyborcy w wyborach parlamentarnych, bo wskażą na środowiska, którym ufają.

Po drugie trzeba pamiętać, że decydować będą główne środowiska polityczne. Realne szanse są wtedy, jeżeli za kandydatem stoi realna siła polityczna.

Jak pan patrzy na projekt polityczny Biedronia? Wystartuje już w wyborach europejskich.

Nie jestem człowiekiem lewicy. Ale dla higieny politycznej jest potrzeba reprezentacji lewicowo wrażliwych wyborców. Życzę lewicy, żeby przełamała kryzys wewnętrzny, braku jedności oraz kryzys ideowy. Żeby znalazła nowe sztandary, z którymi uzyskałaby przyzwoity wynik w wyborach, bo niewątpliwie to, że dziś PiS rządzi samodzielnie, jest częściowo skutkiem tego, że lewica nie weszła do parlamentu.

Dlatego kierując się zwykłą kalkulacją polityczną chciałbym aby lewica przezwyciężyła swój kryzys i zdobyła się na poważną kandydaturę nowego lidera.

Jedno jest dla mnie pewne – liderowanie na lewicy Włodzimierza Czarzastego wielu lewicowo wrażliwych wyborców odstrasza. Jak sądzę m.in ze względu na skojarzenia z aferą Rywina, która była główną przyczyną klęski Sojuszu. On chyba nie wypełnia lewicowych marzeń o nowym przywództwie. Więc być może Robert Biedroń.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...